Cyganie. Spotkania z nielubianym narodem - Rolf Bauerdick

-
Proszę czekać

Słowo wstępne

Wierzycie w każdą bzdurę, którą się wam opowie.

Kilka lat temu pojechałem na wschód Bułgarii z małżeństwem etnologów-cyganologów, Eleną Marusziakową i Wesselinem Popowem, których zalicza się do najbardziej cenionych badaczy w Europie. Dowiedzieli się oni, że na oddalonym pagórkowatym terenie o wybornej nazwie Pole Kłamstwa biwakuje pewien klan Romów. Byli to półkoczownicy, rodziny, które zimą mieszkały w przemysłowym mieście Harmanli, a latem ciągnęły przez kraj z końmi, osłami i namiotami, żeby wycinać rzadko występujące twarde drzewa. Gałęzie pewien hurtownik eksportował do Arabii, gdzie produkowano z tego drewna szlachetne rękojeści noży. Gdy wieczorami głodni mężczyźni wracali z objuczonymi zwierzętami do obozu, kobiety mieszały już strawę w garnkach nad otwartym ogniem. Mimochodem zapytałem szefa szczepu, co jest do jedzenia.

- To, co znajdziemy - odpowiedział Stojan Stajkow, nadzwyczaj przyjazny człowiek. - Dobre są króliki, ale najlepiej smakują węże. Łapiemy je w krzakach, obdzieramy ze skóry i pieczemy nad ogniem.

Zanotowałem: "Drwale grillują węże".

- Co zapisał wasz reporter? - zapytał Stojan moich szczerzących się w uśmiechu przyjaciół.

- Że jecie węże.

Mężczyźni zwijali się ze śmiechu, przerażone kobiety łapały się za głowy, dzieci chichotały. Patrzyłem na nich z naprawdę głupią miną, gdy Elena wyjaśniła:

- Żaden Rom nawet we śnie nie wpadłby na to, żeby zjeść węża. Węże są tabu.

- Wy literaty jesteście miłe ludzie. - Stojan poklepał mnie po ramieniu. - Wierzycie w każdą bzdurę, którą się wam opowie.

Obawiam się, że dobry Stojan ma rację.

Cyganie określają każdego nie-Cygana mianem gadzio. Pojęcie to może oznaczać również głupca, chłopa lub wroga, mimo to - jako gadzio - zawsze uznawałem za szczęście spotkania z ludźmi takimi jak Stojan Stajkow. Wśród Romów zaś jest wielu takich Stojanów. Dowcipni, gościnni, sprytni, niezmiernie mili ludzie. Serbski reżyser Emir Kusturica w swych pełnych życia filmach wystawił im pomnik. Kinowy obraz dzikiego i wolnego Cygana to oczywiście stereotyp. Ale taki, który niekiedy dotyka prawdy. Przez wiele lat Cyganie byli dla mnie ucieleśnieniem zła, anachronicznej, nieokiełznanej obcości, czegoś, do czego niejasno, zapewne też romantycznie się tęskni. Nadal uspokaja mnie pewność, że w oddalonych o dzień podróży słowackich, węgierskich i rumuńskich wioskach żyją tacy Stojanowie Stojkowowie, którym obca jest postawa oschłego dystansu i nudnej poprawności.

W 1990 roku pojechałem po raz pierwszy do Rumunii, żeby udokumentować exodus Sasów siedmiogrodzkich. Kiedy skończył się terror władzy Ceauşescu, Niemcy nie mogli wystarczająco szybko uciec przed państwem cienia i wyzbywali się swego mienia za bezcen. Do wielu saskich wiosek wprowadzili się Romowie. Następnej wiosny domy były zrujnowane. Nowi mieszkańcy dosłownie spalili swoje siedziby, najpierw wychodki, potem drzwi, podłogi i belki dachowe. A ponieważ w domach bez dachów zbyteczne są również rynny, sprzedawano ten metal na złomowiskach. Ostatni Sasi, którzy zostali, nie byli tym ani trochę przerażeni. Mówili tylko: "Oni po prostu tacy są, ci Cyganie". Zdanie to nie było wyrazem rasizmu, lecz konsternacji wobec faktu, do jak osobliwych zachowań zdolny jest człowiek. Często stałem przed rowem, który oddziela gadziów od Romów. Zdawało mi się, że współrzędne naszego postrzegania i objaśniania świata były przesunięte, jakby tam zegary tykały asynchronicznie, przeniesione w czasie.

Jako fotograf reportażu Przyszłość Cyganów wraz z redaktorem "Spiegla" Hansem-Ulrichem Stoldtem odwiedziłem słowackie osiedla Romów u stóp Tatr Wysokich. W pewnej kolonii powyżej wioski Stráne pod Tatrami wojewoda Ernest Badzora powiedział: "Chętnie żylibyśmy jak gadziowie, ale jesteśmy wykluczeni. Nawet autobus nie dojeżdża na górę do naszego osiedla". "Nie, nie - wyjaśniali ludzie we wsi. - Kierowca autobusu odmawia jazdy do kolonii, odkąd mu grożono i został okradziony". "Biali nie chcą nas na dole w swojej wiosce - podejrzewał Badzora. - Dlatego podwyższyli czynsz za uroczystości rodzinne w publicznej sali gminnej do sześciu tysięcy koron. Tyle nie możemy zapłacić". "Nie, nie - mówił słowacki burmistrz Pitonak. - Połowa tych pieniędzy to kaucja. Oddaje się ją, kiedy wszystko pozostanie bez szwanku. Bo ostatnim razem Romowie zdemolowali okna, krzesła i stoły oraz ukradli żarówki".

Kto podróżuje czasem szosami po Rumunii, temu rzuca się w oczy z lewa i z prawa, że liczni Romowie doszli ostatnimi laty do bogactwa i cieszą się uznaniem. Zawsze dziwiło mnie tylko, czemu wiele szykownych domów, bogatych willi, a nawet ekstrawaganckich pałaców wyglądało na niewykończone. Jak budynki w stanie surowym. Kiedyś zapytałem o przyczynę kotlarza Victora Calderara, którego rodzina mieszka w bogatej, ale nieotynkowanej budowli z cegły na peryferiach Brateiu. Odpowiedział: "Gdy twój dom jest gotowy, ty jesteś martwy". Cóż za sentencja! Zdanie warte zanotowania! Zdawało mi się wyrazem mądrości i dalekowzroczności. Dopóki mój rumuński towarzysz, ksiądz Lucian Mosneag, nie wyjaśnił mi zwyczajnego tła tej cygańskiej mądrości: "Gdy twój dom jest gotowy, państwo żąda wysokich podatków".

No cóż, tacy oni są. Setki razy słyszałem to zdanie i tyle samo razy usprawiedliwiałem ten styl życia Romów: jako wyraz wielowiekowego dziedzictwa wrogości i odrzucenia, zniszczenia i nienawiści, jako konsekwencję zniewolenia i poddaństwa, skutek bezsilności wobec wyzyskujących i wysiedlających oraz tych wszystkich chłodno kalkulujących populistów, którzy dla swojej porąbanej polityki wykorzystują nędzarzy tej ziemi jako kozły ofiarne. To wszystko zdania słuszne, poprawne. Ale wszystkie mało użyteczne. Ponieważ jest też inna prawda. Z niezliczonych spotkań w ciągu przeszło dwudziestu lat nie przypominam sobie chyba ani jednego Roma, który cząstki odpowiedzialności za swą nędzę szukałby w sobie samym, nie mówiąc o tym, by ją znalazł.

Bezspornie Romowie po upadku socjalizmu zostali przez prawa wolnego rynku katapultowani w socjalną nędzę. Bułgarscy kowale i pobielacze nie mają szans w konkurencji z tanimi blaszanymi garnkami z Chin. Pierwszymi pracownikami, których zwolniono podczas prywatyzacji węgierskich kołchozów paprykowych, byli Cyganie. Zgubne jednak jest to, że wielu z nich nie widzi alternatywy dla państwowej alimentacji, zastygają w apatii i utrwalają swój status ofiary. Konsekwencją wykorzenienia ich rodzin jest fatalny cykl ubożenia i gettoizacji, przemocy i reakcji na nią, proces, który jest zbyt skomplikowany, żeby większość społeczną stanowili zawsze jedynie winowajcy, a mniejszość wyłącznie ofiary.

Wypiera się ze świadomości fakt, że Cyganie są o wiele mniej wykorzystywani przez gadziów niż przez przedstawicieli własnego narodu. Sami najbardziej cierpią z powodu wykorzystywania seksualnego dzieci, handlu kobietami i stręczycielstwa, z powodu lichwiarskich kredytów, wymuszeń i kradzieży dokonywanych przez bandy. Przestępczość jest natychmiast potępiana przez odpowiedzialnych romskich liderów, ale nie przez moralną awangardę gadziów. Wykorzystuje ona Cyganów jako obiekt jedynie wyimaginowanej troski, pozostawiając innym wyniszczającą pracę w dzielnicach biedy. Wychowawczynie, przedszkolanki i nauczyciele są zrozpaczeni, że rodzice pozwalają dzieciom wyrastać na analfabetów, dwunastoletnie dziewczynki zaręcza się za posag, by w wieku lat piętnastu wyszły za mąż, a w wieku dwudziestu były matkami czwórki dzieci. Intelektualiści zachodnioeuropejscy niezmiennie twierdzą, że Romowie są ofiarami społeczeństwa, oszukanymi na samodzielnym życiu. Ale wszyscy oni milczą, kiedy bułgarscy Cyganie zmuszają setki młodych kobiet do nierządu na ulicach Dortmundu, a przestępcy w Mediolanie czy Marsylii, a nawet w pobożnym Lourdes, nocą na podwórzach bez skrupułów wyciągają od zaniedbanych i apatycznych dzieci wyżebrane pieniądze.

Pamiętam spotkanie z pewną nauczycielką ze szkoły średniej, która, jak sama deklarowała, czytała wszystko o Sintich i Romach. Oburzona pouczała mnie podczas wystawy fotograficznej w westfalskim Münsterze, że Wilma Lakatos, która karmi niemowlę na jednym z moich zdjęć, "nigdy przenigdy" nie mogłaby być Romką, ponieważ romska matka nigdy nie obnażyłaby się przed fotografem. Nie wspomniałbym tej nauczycielki, gdyby jej oburzenie nie było reprezentatywne dla intelektualnego klimatu, w którym politycznie poprawne opinie uparcie chcą się obronić wbrew wszelkiej wiedzy empirycznej. W końcu lat dziewięćdziesiątych na jednym z niemieckich uniwersytetów odwiedziłem panią doktor socjologii, która dzięki swym publikacjom o Cyganach zdobyła uznanie jako naukowiec. Pokazałem jej kilka fotografii, wśród nich portret węgierskiego Roma z koniem. Badaczki nie interesowało, że Gáspár György jako zbieracz złomu nie najlepiej radził sobie w życiu. Zachwyciła się natomiast plecioną uzdą zwierzęcia. Tkackie dzieło wzbudziło w niej wręcz szacunek dla rzemieślniczego talentu Cygana, nawet więcej - sądziła, że umie przyporządkować wprawnie wykonaną uzdę do określonego szczepu Romów, którego nazwy nigdy jeszcze nie słyszałem. Mimo to pani socjolog zdumiała mnie o wiele bardziej niż jakikolwiek Cygan, którego spotkałem. Ta kobieta wyniosła swoją ogromną wiedzę wyłącznie z książek. Kiedy się żegnaliśmy, zdradziła mi, że jeszcze nigdy nie weszła do cygańskiego osiedla. W tym miejscu trzeba dodać wskazówkę. Jeśli użyta tu terminologia miałaby kogoś zirytować, obrończej mowy dla słowa "Cygan" i wglądu w groteskową kłótnię o poprawne terminy dostarczy rozdział VIII.

Jałowy dyskurs o Sintich i Romach zdominowali prawie całkowicie badacze antycyganizmu, którzy przesiadują lata w bibliotekach i za biurkiem, ale nawet jednego dnia swego życia nie dzielą z Cyganami na wschodnioeuropejskich wysypiskach śmieci; którzy jeżdżą z kongresu na kongres, a jednak nawet ze słyszenia nie znają albańskich, bułgarskich czy ukraińskich dzielnic slumsów; którzy ignorują to, że rumuńskie sierocińce są pełne romskich dzieci, ponieważ ich rodzice żebrzą na zachodnioeuropejskich deptakach; którzy nigdy nie zafundują węgierskim Romungros skrzynki piwa, gdy przegrają na rękę; którzy nie przebalują dni i nocy z hiszpańskimi Gitanos, ale mimo to uważają, że muszą na akademickich katedrach oddać swój głos Sintim i Romom, co zazwyczaj wiąże się z pouczaniem, jak rasistowskie i antycygańskie jest dominujące społeczeństwo.

Kiedy francuski prezydent Nicolas Sarkozy kazał w 2010 roku wydalić z francuskich przedmieść rumuńskich Romów i zburzyć ich obozowiska, filozof André Glucksmann wykorzystał fakt tej deportacji, by wyjaśnić resentymenty wobec Cyganów w "postmodernistycznej Europie" za pomocą psychologii zbiorowości. W eseju Strach przed nami samymi Glucksmann napisał w "Die Welt": "Zniesienie granic, europeizacja narodów, globalizacja kontynentu - to wszystko rzuca każdego z nas w kosmos bez jasnej orientacji i stałych norm". Rom, wyjaśnia francuski myśliciel, "jest dla nas odzwierciedleniem wykorzenienia, niepokojącą częścią naszego losu! Lęk przed Romami jest tylko strachem przed nami samymi, do którego się nie przyznajemy". Być może.

"Trzymaj się z daleka od Cyganów!". Taką radę dała mi strapiona Rumunka ze wsi Apold, kiedy jesienią 1990 roku pytałem o drogę do Wolkendorfu. Jej uzasadnienie, że "czarni" palą kościelne ławki, kradną żarówki i podprowadzają ludziom ziemniaki z pól, nie było bezpodstawne. Jednak ostrzeżenie, abym nigdy nie tracił z oczu swoich aparatów fotograficznych, okazało się nieuzasadnione. Przynajmniej w Wolkendorfie. Nie mogłem tu znaleźć uważniejszych towarzyszy niż dzieci Cyganów Gaborów, które nie odstępowały mnie na krok i sprzeczały się ciągle, kto może ponieść moją fotograficzną torbę. To, że Gaborowie, nawiasem mówiąc, odrzucali życzliwe określenie "Roma" i obstawali przy tym, by nazywać ich ţigani, uważałem niegdyś, pyszniąc się politycznym oświeceniem, za brak etnicznej samoświadomości. Miałem się mylić.

Odkąd zignorowałem radę Rumunki, podjąłem ponad sto podróży do Cyganów w dwunastu krajach Europy. Nie wędrowałem jako etnolog, socjolog czy bojownik o prawa człowieka, lecz jako sprawozdawca i fotograf. Odwiedzałem. Byłem gościem. Nic więcej, ale też nic mniej. Patrząc wstecz, nie przypominam sobie ani jednej sytuacji, w której zamknięto by przede mną drzwi. Jednakże mimo całej otwartości, życzliwości i serdeczności nierzadko pozostawałem obcy. Byłem gadziem, który nie rozumiał. Dla etnografa to problem. Dla reportera nie. Dziennikarz jest w tej uprzywilejowanej sytuacji, że może opowiadać o swoim zdumieniu, niezrozumieniu, a niekiedy i o strachu.

Gdy przed kilku laty "Playboy" zapytał mnie w wywiadzie o doświadczenia z Cyganami, mój rozmówca Rüdiger Winter wykazał się odwagą w naturalnym traktowaniu rzekomych uprzedzeń. Chciał wiedzieć: "Czy tam aby strasznie nie okradają?". Pytanie to również w tym miejscu nie powinno pozostać bez odpowiedzi. W porównaniu z podróżami do Ameryki Południowej tu materialne ubytki prezentowały się bardzo przejrzyście. Worek z używaną bielizną i brudnymi skarpetkami, różne plastikowe długopisy i jednorazowe zapalniczki, okulary przeciwsłoneczne, parę kaset z muzyką Milesa Davisa oraz kilka dziesięciopaków z niewywołanymi kliszami do slajdów. A potem był jeszcze drogi aparat fotograficzny, który nagle zniknął.

Na terenie cementowni w rumuńskiej Turdzie pokazywałem Romom zdjęcia z poprzedniej wizyty, gdy w izbie Carola Costei zauważyłem tę stratę. Kiedy zagroziłem, że jeśli aparat się nie odnajdzie, nie opuszczę tego domu i sam zostanę Cyganem, zamyślony szef klanu, Carol, wycofał się. Upłynęła niemal wieczność, nim znów się pojawił, z aparatem w rękach, promieniejący i z najcudowniejszym chyba wyjaśnieniem, z jakim kiedykolwiek unieważniono kradzież. Według Carola aparat wypadł z torby i zawieruszył się w domu sąsiada. "Bo nie wszyscy Cyganie są uczciwymi Cyganami". Nie miałem powodu nie wierzyć dobremu Carolowi, gdy mnie zapewniał: "Czasem wartościowe rzeczy znikają w niewyjaśniony sposób. I w tak samo niewyjaśniony sposób wracają".

Tacy oni po prostu są, ci Cyganie. Z jednej strony. Z drugiej strony Romowie o rzut kamieniem od domu Carola Costei chcieli mi w 1992 roku sprzedać dwoje niemowląt. Cena: trzy tysiące marek. I kiedy dwadzieścia lat później odwiedziłem pierwszą alternatywną szkołę dla dzieci ţigani niedaleko Sybina, siedmiogrodzkiego Hermannstadt, nocą przed hotelem w historycznym centrum podeszła do mnie młoda Cyganka i szarpnęła za marynarkę. Mogła mieć jakieś dwadzieścia pięć lat. Łamaną niemczyzną dość nieustępliwie oferowała mi dwie małe dziewczynki do usług seksualnych. "Możesz wybrać. Jedna blond, jedna czarna, obie słodkie. Bardzo miłe". W tym momencie filozof André Glucksmann pojąłby, że istnieje nie tylko strach przed Romami, ale także strach o Romów. O rozdarty naród, który nie potrzebuje gadziów, by zburzyć sen o cygańskiej wolności. Ale raczej po to, by ten sen wspólnie urzeczywistnić.

Rozdział ICena wolności

Mroźne czasy - Przegrane bitwy o płacę i chleb - Kociołki do wytapiania ołowiu z Heves - Śmierć w chmurze gazu - Gdy opieka społeczna wypłaca gotówkę - Copşa Mică: ciemna dusza Rumunii - "Czarni" w czarnym mieście - Stelian Coseriar: ocalały, z którego uchodzi powietrze - Dziedzictwo niewolnictwa i ciężar historii

Moja pierwsza podróż do Cyganów na Węgrzech zakończyła się w 1995 roku w ponury jesienny poranek na północnym krańcu Budapesztu we wsi Kerepes, w podwórzu u zbieracza złomu Gáspára Györgyego. Fotografowałem tam kilku robotników, którzy przez dobrą godzinę trudzili się odrywaniem opony ciężarówki od zardzewiałej felgi. Bez jakichkolwiek narzędzi, gołymi rękami. Mężczyźni wciąż klęli, gdyż przytrzaskiwali sobie palce, a potem nagle zakląłem ja. Zdążyłem jeszcze sportretować Gáspára z jego koniem, kiedy bezczelny szczekacz na łańcuchu wyskoczył z drewnianej szopy, ugryzł mnie w łydkę i błyskawicznie zniknął z powrotem w budzie. Gáspár i jego koledzy zapewniali, że zazwyczaj kundel jest całkiem spokojny. Dlatego też nie nadawał się na psa stróżującego, bo przy obcych zawsze podkulał ogon, od kilku dni ma jednak skłonność do dziwnych zachowań, dla których brak wyjaśnienia. W każdym razie owi cigány, jak sami siebie nazywali, sądzili, że pies prawdopodobnie zwariował. Poradzili mi, bym przerwał podróż i na wszelki wypadek poddał się w Niemczech szczepieniu. A ponieważ nie chciałem skończyć jak młoda María Sierva, którą w powieści Gabriela Garcíi Márqueza O miłości i innych demonach uśmiercono egzorcyzmami, przypuszczając, że jest obłąkana po pogryzieniu przez wściekłego psa, w domu zapobiegawczo dałem sobie kilka razy wstrzyknąć surowicę.

Wraz z pierwszym grudniowym śniegiem wróciłem na Węgry, by spotkać ludzi, o których moja koleżanka, dziennikarka i tłumaczka Viktória Mohácsi, wiedziała, że wolny rynek wykluczył ich z procesu rozwoju gospodarczego. Jechaliśmy do miejscowości, których nazw nigdy dotąd nie słyszałem. Ale mogłyby to być również setki innych miejscowości, których nazwy, jeśli się nie jest rodowitym Węgrem, da się zapamiętać jedynie z wielką trudnością.

Zrobiło się przenikliwie zimno i ostra śnieżyca szalała po bezludnych równinach puszty. Gdzieś między Törökszentmiklós a Püspökladány opuściliśmy europejską drogę numer 60 i dotarliśmy do Tiszabő, wsi, która wydawała się zapomniana przez Boga i opuszczona przez ludzi. Nie było tam nikogo poza jednym garbatym starcem, który trzymając naręcze chrustu, samotnie zmagał się z przejmującym wiatrem. Z wysiłkiem, niezmiernie powoli brnął naprzód, na krótko przystanął, podniósł rękę do pozdrowienia i pokazał mi całym sobą, że tu, nad brzegiem Cisy, moje wyobrażenia o życiu i gospodarności są nic niewarte.

W Tiszabő żyło trzy i pół tysiąca Cyganów Rumungro. Lata po zwycięstwie wolności mężczyźni cichutko drzemali sobie w miejskiej gospodzie na zepsutych plastikowych krzesłach. Wiedzieli, że przegrali bitwę o miejsca pracy. Tylko jeden mężczyzna z Tiszabő był gdzieś zatrudniony. Inni nawet nie mogli się upić, bo nie było ich stać na piwo i wódkę.

"Nie uronię łzy za komunizmem. Ale życie było wtedy łatwiejsze - mówił József Mága, energiczny sześćdziesięciolatek o silnym uścisku dłoni. - Dawniej wszyscy pracowaliśmy. Ja budowałem drogi, przekładałem podkłady kolejowe i harowałem na polach. Na co nam ta demokracja i wolność, kiedy nikt nie ma pracy. Wysyła się nas na wojnę. Mamy walczyć. Bez broni i nabojów".

Podobnie twierdzili też dawni pracownicy kołchozu z miasteczka Kalocsa. Okolica na południowy wschód od jeziora Balaton słynie z uprawy papryki. W socjalizmie trzech na czterech Romów było zatrudnionych w rolnictwie - niewykwalifikowani pracownicy fizyczni gwarantujący swoim rodzinom regularne dochody. "Dzięki forintom, które zarabialiśmy, radziliśmy sobie finansowo" - mówił Gabor Sztojka. Potem reguły wolnego rynku zastąpiły zorganizowaną gospodarkę planową i dotowany przemysł agrarny. Jak wszędzie na Węgrzech. Kiedy państwowy kombinat paprykowy w Kalocsy z dwuipółtysiącem pracowników został sprywatyzowany i wyposażony w nowoczesne maszyny rolnicze, Cyganie jako pierwsi wylądowali na ulicy. "Jako cigány musisz pracować dwa razy ciężej niż biały, żeby zachować pracę - skarżył się Gabor. - A przy byle okazji wylatujesz. I potem stoisz przed drzwiami urzędu pracy. Raz, dwa razy. Może i dziesięć. Aż wreszcie przestajesz tam przychodzić". "Pół życia byłem hydraulikiem - mówił też sąsiad János Korsós. - Dziś mam pięćdziesiąt trzy lata. Nikt cię teraz nie zatrudni, a już na pewno nie ze znakiem X w aktach personalnych". Ze znakiem X? "Po tym - szeptał mi János - szef firmy natychmiast poznaje, że jesteś Cyganem".

Dzięki małym, niepozornym wskazówkom w aktach osobowych, wyjaśniła Viktória Mohácsi, firmy oszczędzają sporo czasu przy zatrudnianiu nowych pracowników. "Ponieważ jako Cygana w ogóle cię nie zaproszą, nawet na rozmowę kwalifikacyjną".

Chociaż Viktória była bardzo młoda - miała dwadzieścia lat, w połowie lat dziewięćdziesiątych prowadziła "Cigány-Magazin" w węgierskiej telewizji. Z powodu swoich zaangażowanych i zdecydowanie stronniczych reportaży była znana daleko poza Budapesztem i bardzo poważana wśród siedmiuset tysięcy węgierskich Cyganów. Vica, jak na nią wołano, była jedną z nich, Romką ze świadomego swego pochodzenia szczepu Cyganów Oláh, wojowniczą i żarliwą, ale też bezkompromisową i prącą do konfrontacji - tym cechom miała później dawać wyraz w Brukseli jako europosłanka. Będzie jeszcze mowa o ogromnym zawirowaniu, które wywołała na Węgrzech jako polityk. Romowie zaufali Viktórii. I to tym bardziej że mieli coraz gorsze doświadczenia z dziennikarzami. Z miasteczka Heves reporterzy donosili o "nieodpowiedzialnych głupstwach" Cyganów z taką pogardą, że w końcu obrzucono ich kamieniami i przepędzono. Ale gdy pojawiała się Vica, drzwi się otwierały. Także dla mnie, obcego, gadzia.

Węgrzy nazwali dzielnicę Cyganów na peryferiach Heves pogardliwie "Krakowem", być może dlatego, że niezbyt Cyganów lubili, tak jak i Polaków. W Krakowie spodziewałem się spotkania z zagniewanymi i rozwścieczonymi mieszkańcami, jednak w pozbawionej ozdób knajpce Ferenca Konkolya, gdzie tapeta z jesienną brzeziną miała tworzyć coś w rodzaju atmosfery przytulności, spotkałem bez wyjątku życzliwych ludzi. Ich uprzejmość była równie wielka, co tęsknota za udanym życiem. Opowiadali własną wersję fatalnej historii, wyrosłej ze zwątpienia, naiwnej nieświadomości i obojętności władz.

Ponieważ socjalistyczne zakłady państwowe dawno zbankrutowały, a żaden prywatny pracodawca nie zatrudniał Cyganów z Krakowa, organizowali oni sobie robotę na własną rękę. Objeżdżali kraj wozami konnymi i ciężarówkami, by na złomowiskach i cmentarzyskach samochodów zbierać wyrzucone akumulatory. W prymitywnych piecach samoróbkach spalali sztuczne tworzywo i wytapiali z akumulatorów ołów. Żadnej z osiemdziesięciu rodzin wytapiaczy ołowiu nie przyszło do głowy, żeby się chronić przed niezwykle toksycznymi oparami.

"W ogrodzie mojego sąsiada leżał stos ponad tysiąca samochodowych akumulatorów - opowiadał Gyuala Oláh. - Nie pytaj, ile razy ostrzegałem przed tym niebezpiecznym śmieciem. Ciągle i bez końca". Ale nikt nie słuchał tego dyplomowanego mechanika, dopóki dzieci nie zaczęły wymiotować po jedzeniu, a dorosłym nie wypadły zęby. Niemal tysiąc mieszkańców Krakowa skierowano na badania krwi. Prawie dwieście dzieci poddano stacjonarnej terapii i przez wiele miesięcy podawano im zastrzyki oczyszczające krew. Na polecenie rządu węgierskiego zjawiły się buldożery i usunęły tysiące metrów sześciennych ziemi. Gleba w Krakowie była całkowicie skażona.

Trzydziestopięcioletni Gyuala Oláh był mężczyzną wykształconym i bywałym. Długo pracował w Związku Radzieckim jako mechanik lotniczy i na wypadek gdybym miał mu nie uwierzyć, przedstawił teczkę z dyplomami. Po rosyjsku. Tyle że te certyfikaty okazały się nieprzydatne, bo po głasnosti i pierestrojce Rosjanie nie mieli już dla niego zajęcia, a i na Węgrzech nie było popytu na jego wiedzę i siłę do pracy. Ubiegał się o pracę z wielu ogłoszeń wymagających kwalifikacji, kilka razy zaproszono go na rozmowę. Jednak Gyuala Oláh ma ciemną skórę. "Kiedy wchodzę do kadr, od razu widzą, że jestem Cyganem. Potem szefowie się uśmiechają i uprzejmie mówią, że żałują, ale miejsce jest już niestety zajęte".

Za kilogram trującego metalu ciężkiego handlarze złomem wciskali wytapiaczom ołowiu z Heves trzydzieści forintów, według dzisiejszego kursu niespełna dwadzieścia eurocentów. Za mało, by żyć, i dość, by umrzeć - dla dwuletniej Samanty Kállai. "Mała ciągle chodziła z katarem. Myśleliśmy, że jest przeziębiona, ale potem przestała jeść i dostała gorączki - opowiadał jej dziadek Menyhért. - Lekarze w szpitalu nie mogli jej już pomóc".

Menyhért Lólé wyglądał bardzo staro, był wyniszczony i wyczerpany, miał pomarszczoną twarz i zwiotczałe ciało starca, a liczył sobie akurat trzydzieści dziewięć lat. Po śmierci wnuczki nie mógł sobie wraz z synem Sándorem poradzić inaczej, niż sięgając po ciężki młot. Nie namyślając się długo, rozwalili nim pół domu. "Sprzedaliśmy cegły - objaśnił ojciec Samanty, Sándor. - Pieniądze wydaliśmy na trumnę i pogrzeb".

Z Heves pojechałem drogą E71 dalej na północny wschód i koło Tornyosnémeti przekroczyłem granicę między Węgrami a Słowacją. Podążałem za pewną pogłoską. Podobno gdzieś blisko w wypadku na terenach fabrycznych zginęli dwaj Romowie. Faktycznie, we wsi Velka Ida nieopodal słowackiego miasta Koszyce na niepozornym cmentarzu rzucał się w oczy okazały grób. Pochowano w nim bliźniaków Petera i Pavla Jano. Obfitą kwiatową dekorację z tanich plastikowych róż sporządzili słowaccy Cyganie Romungro, kosztowny granit i płytę nagrobną z wykutymi nazwiskami ufundowała gmina Velka Ida, jakby zmarłym braciom chciano okazać szacunek, którego im odmówiono za życia.

Domostwa romskich osiedli Velkej Idy były straszliwie ubogie. Maleńkie chatki, sklecone z kruszących się niewypalanych cegieł, zardzewiałej blachy falistej i prasowanej tektury, leżały bezpośrednio przy rozległych terenach przemysłowych VSZ, wschodniosłowackiej huty żelaza. Stalownia przeszła drogę od socjalizmu do kapitalizmu mocno poraniona, tak że w połowie lat dziewięćdziesiątych doszło do ciężkiego wypadku. Rurociąg z silnie trującym gazem wielkopiecowym pękł i wyemitował duże ilości czadu, który zabił dziewięciu pracowników huty. Oprócz nich udusili się dwaj mężczyźni z przyległych romskich slumsów. Zagadką pozostaje, jak Peter i Pavol, obaj bezrobotni, zetknęli się z tym gazem.

"Włamali się w nocy do fabryki, żeby kraść - domyślali się słowaccy sąsiedzi. - Narzędzia, kable, metal, cokolwiek użytecznego".

"Nie - zaprzeczał wojewoda Ondres Jano. - Chcieli w zakładowej stołówce załatwić sobie od robotników coś do picia. Kiedy skończyła im się wódka, a sklep we wsi był już zamknięty, zawsze nocami wdrapywali się do fabryki przez dziurę w ogrodzeniu".

Jakkolwiek było, ostatniej wyprawie obu trzydziestoczterolatków towarzyszyła chmura gazu. Rano Peter i Pavol leżeli martwi na polu. Obaj pozostawili żony w zaawansowanej ciąży i dużo dzieci. "Bardzo dużo dzieci" - mówił Ondres Jano.

Pewnego śnieżnego popołudnia krótko przed Bożym Narodzeniem do osiedla przyjechała gminna ciężarówka, załadowana odpadami wielkogabarytowymi. Gdzieś zburzono walący się budynek administracji i postanowiono, że drewniane drzwi, regały, blaty stołów i biurowe szafy przekaże się Romom z Velkej Idy jako materiał do budowy chałup albo drewno opałowe do ogrzewania. Przez jakiś czas mieszkańcy kłócili się o najużyteczniejsze sztuki, taszczyli drzwi i ścianki szaf bez celu z punktu A do punktu B i z powrotem, aż ich zainteresowanie zużytymi meblami wygasło, a wielkogabarytowe dobro leżało w śniegu, porozrzucane po całym osiedlu.

Wiosną wróciłem do Velkej Idy. Przywiozłem zdjęcia z pierwszej podróży, wysokogatunkowe, czarno-białe odbitki, ręcznie wykonane w ciemni. Ledwo wypakowałem te zdjęcia, wyrwano mi je z rąk i podarto. Nastrój był kiepski. Mężczyźni, którzy szybko się upili, zataczali się wokół, dzieci krzyczały, kobiety skrzeczały, wszyscy wymyślali sobie nawzajem, podczas gdy jakiś ciemny typ przyczepił się do mnie jak rzep i uparcie starał się wcisnąć mi jakieś pornosy na wideo. Być może powinienem był przyjechać do Velkej Idy innego dnia niż w poniedziałek, statystycznie rzecz biorąc najmniej dogodny dzień na wizytę gadzia. "Co drugi poniedziałek wypłaca się zasiłek socjalny - objaśniał mi wojewoda Jano ze szczerym ubolewaniem. - Wtedy ci ludzie kupują wódkę, piją bez opamiętania i nie wiedzą, co robią. Wróć za parę dni, kiedy wszyscy wytrzeźwieją".

Gwałtowna utrata świadomości była tragiczna. Desperacka strategia ucieczki przed poniżającym życiem w upojenie alkoholowe sprawiła, że ludzie ci staczali się jeszcze niżej. To, że ucieczka w delirium była przez państwo nie tylko tolerowana, ale nawet wspomagana, nigdzie w Europie nie było bardziej ewidentne niż w Rumunii. Gdy skończyła się dziwaczna dyktatura Ceauşescu, kraj ten leżał na dnie, w bagnie letargu, wyniszczony i wypalony. Inaczej niż w dniach aksamitnej rewolucji w NRD, na Węgrzech czy w Czechosłowacji, podczas narodzin nowej Rumunii przy kołysce stała śmierć. Z wielką furią wtargnęła surowa, brutalna wolność. W Boże Narodzenie 1989 roku milicjanci wpakowali w małżeństwo Ceauşescu dziewięćdziesiąt naboi ze swoich kałasznikowów, tak jakby w momencie epokowego rozliczenia dało się jednocześnie rozprawić ze złymi duchami przeszłości. Scena tej egzekucji miała w sobie coś surrealnego. We krwi leżało dwoje starych ludzi, ubranych jak mężowie stanu, a jednak zawstydzająco nagich. Nic nie zostało z "tytana tytanów, który przeciwstawiał się nawet słońcu". Conducator, niegdyś w fantastycznych szarfach piejący na wszystkie strony na światowej scenie politycznej, oklaskiwany przez dwór pochlebców, przeistoczył się z powrotem w tego, kim był w istocie: w opętanego instynktem władzy szewskiego czeladnika. Pozostawił jednak ślady: przerażające wykorzenienie i brutalizację oraz pewność, że głębokie rany Rumunii jeszcze długo będą boleć.

Mój kompletny brak pojęcia o stanie tego kraju uświadomiłem sobie, gdy wszedłem do pustego sklepu spożywczego w bezdennie smutnym górniczym mieście Doctor Petru Groza, nazwanego tak na cześć oddanego Moskwie polityka, a dziś z powrotem przemianowanego na Ştei. Obojętne, o co zapytałem, zawsze słyszałem Nu avem. Nie mamy! Ponieważ bardzo chciało mi się pić, kupiłem w końcu dwie nieetykietowane butelki wody mineralnej, które według dzisiejszego kursu kosztowały razem około czterdziestu eurocentów. Jak na rumuńskie warunki było to wtedy względnie drogo. Przy otwieraniu zdałem sobie sprawę, że dostałem dwa litry koszmarnej przemysłowej wódki.

Oczywiście dziennikarska ciekawość pchnęła mnie także do Siedmiogrodu, do "czarnego miasta". Do Copşa Mică. Nazwa ta była synonimem obłędu nieograniczonej, państwowo-monopolistycznej niegospodarności. Nigdzie indziej w Europie człowiek nie pogwałcił natury i siebie samego brutalniej niż tutaj. W Copşa Mică Rumunia - terra incognita - ujawniła najczarniejszą stronę duszy. Świat nie widział dotąd miasta tak zapaskudzonego, tak ponurego, w cieniu monstrualnego, ludożerczego fabrycznego potwora.

Copşa Mică, po niemiecku Klein-Kopisch, leży na lewym brzegu rzeki Târnavy; na prawym leży stara saska wieś Klein-Probstdorf. Kiedy w roku 1990 po raz pierwszy przechodziłem przez łączący obie miejscowości niebezpieczny most, w Siedmiogrodzie doliczano się niespełna stu dwudziestu tysięcy Niemców. Dziś pozostało ich jeszcze trzynaście tysięcy. Przyczyny, które w początku lat dziewięćdziesiątych doprowadziły do ich masowego exodusu, nigdzie nie były wyraźniejsze niż w regionie wokół Probstdorfu. Sasi setkami uciekali do Republiki Federalnej. Brali nogi za pas, zostawiając za sobą ojczyznę, która, jak się wydawało, stała się niegościnna i pozbawiona perspektyw i o której Hans Schörrwerth mówił, że tu świat kończy się co dzień. Schörrwerth był jednym z ostatnich Sasów, którzy pozostali. Smutnymi towarzyszami w zmartwieniu ruiną miejsca jego narodzin było tylko kilku starych, chorych i bezradnych. Oraz czarni, negru, jak Rumuni nazywali Cyganów. W roku 1940 Probstdorf był jeszcze czysto saski, teraz dziewięćdziesiąt procent mieszkańców stanowili Romowie.

Gdy międzynarodowe media uznały Copşa Mică już za przedsionek piekła, Cyganie żyli tam wewnątrz apokaliptycznego koszmaru. Mieszkali w nędzy, która wprawiła w konfuzję nawet mojego skłonnego do komentarzy rumuńskiego tłumacza Victora Sineaca. Nigdzie w czasie naszych wspólnych podróży słowo unbelievable nie przechodziło mu tak często przez usta, jak w tym fucked-up black city. Sądziłem, że głębiej niż do Copşa Mică nie da się wpaść. Później okazało się, że byłem w błędzie.

W Copşa Mică wszystko było czarne. Woda w Târnavie, fasady i dachy ozdobnych niegdyś saskich domów, łąki i pola, liście na drzewach, warzywa w ogrodach, krowy i owce, kury i psy, pranie na sznurach i ubrania na ciałach. Czarni byli też ludzie. Kurz i pył pozatykały pory ich skóry, wnikały do płuc i pozbawiały tchu. Amerykański magazyn "National Geographic" opublikował wówczas zdjęcie satelitarne okolic Copşa Mică, żeby udowodnić, że ta nieopisana czerń nie ulotniła się bynajmniej z unoszącego się w kosmosie punktu obserwacyjnego. Grunt zalegały tony sadzy, wypluwane przez dymiące kominy osławionej fabryki, która produkowała czerń lampową, używaną do farbowania opon samochodowych. "Do połowy lat osiemdziesiątych zakład jakoś tam działał - opowiadał Hans Schörrwerth. - Potem Ceauşescu skończyły się pieniądze. Filtry obiektu nie były już czyszczone". O wiele niebezpieczniejsze niż wszechobecna sadza były toksyczne wyziewy gigantycznej fabryki metali kolorowych. Schörrwerth pracował tu trzydzieści dziewięć długich lat. W wieku lat trzynastu ładował szlakę na wagony kolei żelaznej, później doszedł do stanowiska wytapiacza, by w końcu jako kontroler odpowiadać za konserwację silników elektrycznych i pomp.

"Do najgorszych prac ściągano niewykształconych Rumunów i przestępców. Przede wszystkim jednak Cyganów". Musieli wspinać się z łopatami do kotłów piecowych i wydrapywać brud z zakamarków, przy czym mieszanina ołowiu i cynku, arsenu i kwasu siarkowego rujnowała im zdrowie i przeżerała płuca. Kiedy Hans Schörrwerth mówił o "czarnych", słychać było współczucie. Ponieważ w czasach dyktatury nie dał się pozbawić respektu dla bliźnich, ten Sas zachował szacunek dla Cyganów, nieczęsty u jego krajanów. "Byli faktycznie wykańczani. Rano zaczynali zmianę głodni, a gdy rozdawano mleko przeciwko zatruciu ołowiem, brali to mleko z sobą do domu dla dzieci".

Jednym z tych mężczyzn był Stelian Coseriar. Poznałem go w Blaju, dwudziestodwutysięcznym miasteczku, oddalonym o pół godziny autem od Copşa Mică. Blaj leży w sercu Siedmiogrodu i jest dla mnie od lat czymś znacznie ważniejszym niż adres kontaktowy w rumuńskich podróżach. Zaangażowani pracownicy miejscowego Caritasu dołożyli starań, bym w starym saskim Blasendorfie czuł się jak w domu, tak samo jak i mój przyjaciel Lucian Mosneag, tamtejszy kapłan niespełna czterech tysięcy Romów, którzy w Blaju dzielą się na trzy parafie. Jedna z nich leży w Barbu Liautiarul, pełnej życia dzielnicy z labiryntem uliczek, skromnymi kolorowymi domkami i miłymi ludźmi. Chociaż w czasie mojej pierwszej wizyty - było to, jak sądzę, w roku 2005 - żona Steliana Coseriara, Ionina, nie odnosiła się do mnie przychylnie. Z krytycznego dystansu obserwowała podejrzliwie moje kroki i rejestrowała dokładnie, kogo i co fotografuję na jej osiedlu. Na kilku zdjęciach można ją zobaczyć w tle, z nieufnym spojrzeniem. Nieufność ustąpiła jednak dawno miejsca serdecznemu przywiązaniu.

Kiedy Ionina przedstawiła mi swego męża, Stelian zaczynał sześćdziesiąty rok życia i miał już oznaki choroby nowotworowej. Drobnej postury, zdawał się gubić w wypchanych dresowych spodniach Reeboka. Nigdy nie widziałem Steliana humorzastego czy mrukliwego. Jego twarz z kłującą brodą promieniowała dobrotliwą łagodnością, a za szkłami grubych rogowych okularów błyszczały bystre oczy żartownisia. Niekiedy przerywał swoje opowiadanie. Przez chwilę sapiąc, z trudem łapał powietrze. Płacił cenę za lata w Copşa Mică.

Do chwili przełomu tylko w fabryce czerni lampowej pracowało półtora tysiąca mężczyzn. Trzystu mężczyzn załogi pochodziło z Blaju, ponad połowę z nich stanowili Romowie z dzielnic Barbu Liautiarul i Plopilor. Noc kończyła się dla nich o 4.30, bo o 5.00 pociąg toczył się przez Teiuş w kierunku czarnego miasta. Podczas naszego pierwszego spotkania Stelian wymienił kilka nazwisk. Doszedł do jedenastu. Nazwiska dawnych kolegów, którzy jeszcze żyli. Rok później zliczył już tylko siedmiu czy ośmiu. W 2010 roku było ich czterech. Żaden ze zmarłych nie dożył siedemdziesiątki.

"Praca w fabryce była dobra, ale niesprawiedliwie podzielona. - Stelian nie mówił tego oskarżycielsko, było to raczej stwierdzenie. - Romowie musieli wykonywać najbardziej niebezpieczne i najbrudniejsze prace. Wszyscy, którzy mieli do czynienia z arsenem, ołowiem i złotem, zmarli wkrótce na choroby płuc i serca. Ja sam byłem najpierw przy produkcji sadzy, potem w pozyskiwaniu ołowiu. Na moim stanowisku było bardzo gorąco, nic nie działało, a piece były ciągle zepsute. Kiedy szamot się rozkruszał, musieliśmy wdrapywać się do kotłów i na nowo murować pęknięcia".

Okoliczność, że w ogóle jest jeszcze wśród żywych, tłumaczył Stelian w sposób, który go przekonywał, ale brzmiał też naprawdę osobliwie: piwo zamiast wódki.

"Miałem szczęście, że zawsze robiło mi się od tego niedobrze. Nigdy nie tolerowałem taniego alkoholu. Wszyscy koledzy, którzy pili za często i za dużo mocnych rzeczy, nie żyją. Wszyscy! Ale ja piłem zawsze tylko piwo. Najwyżej w święta niekiedy koniak. Ale piwo było lepsze. W ukropie przy piecu wyrzucało z mego ciała ołów, wypacało i wypłukiwało. Mówię ci, gdybym nie pił piwa, dawno byłoby po mnie".

Kiedy fabryki trucizny w Copşa Mică zostały wyłączone, Stelian Coseriar utracił o wiele więcej niż pracę i pensję. Z upokarzającą świadomością, że w wieku czterdziestu lat nie jest się już użytecznym, musiał pożegnać się również z marzeniem życia: dużym domem dla dzieci i wnuków. "Za Ceauşescu - zapewniali on i Ionina - żyło się nam o wiele lepiej". Nie sposób zliczyć, jak często wypowiadali to zdanie ci, których pokonała gospodarcza liberalizacja, rzadko jednak widać w tym upiększanie przeszłości albo cichą tęsknotę za powrotem despoty. Raczej gorzkie zrozumienie, że samą wolnością nie da się najeść. Stelianowi wypłacają miesięcznie sto pięćdziesiąt euro emerytury. Połowę z tego pożerają leki przeciwbólowe i antybiotyki. "Dawniej przydzielano nam szajs, ale mieliśmy utrzymanie. Teraz żyjemy z dnia na dzień". Chociaż dokucza mu płuco, a prawie wszyscy dawni koledzy z pracy leżą w ziemi, lata w czarnym mieście były dla Steliana "dobrymi latami". Urodzili się czterej synowie i trzy córki, a z piętnaściorgiem, jak dotąd, wnucząt i dwojgiem prawnuków przyszłość rodziny Coseriar wydaje się zabezpieczona. Życzenia Steliana i Ioniny na przyszłość wydają się zawstydzająco skromne: jeszcze trochę pożyć i co dzień ciorba i polenta, zupa z flaków i kasza kukurydziana. A w niedzielę gulasz.

Od dawna obraz satelitarny z "National Geographic" ma już tylko wartość historyczną. Czerń zniknęła. Fabryka metali kolorowych została odnowiona i prowadziło ją dalej najpierw przedsiębiorstwo holenderskie, potem szwedzkie, a później kanadyjskie. Jakikolwiek międzynarodowy holding przejął obecnie ten zakład, prawdopodobnie da się, dzięki ołowiowi, miedzi i cynkowi, wygospodarować jeszcze jakieś zyski, nawet przy unijnych przepisach ochrony środowiska. Po fabryce czerni lampowej sterczy jeszcze tylko w niebo skamieniały szkielet z betonu i stali. W zawrotnym tempie natura znalazła siły, aby się sama uleczyć. Dla przyrody dziesięć, dwadzieścia czy tysiąc lat nie gra żadnej roli. Dla ludzi owszem. Podczas naszego ostatniego spotkania w 2012 roku spośród kolegów Steliana żyło jeszcze dwóch. On sam skończył właśnie sześćdziesiąt osiem lat i musiał udać się do szpitala w Aiud na diagnozę. Mieli tam zbadać, czy z płuc są przerzuty raka do pleców, ponieważ Stelian cierpiał silne bóle. Ionina zatroszczyła się nie tylko o męża, lecz także o zorganizowanie obowiązkowej łapówki, bez której, jak mówiła, lekarze nawet nie zaczęliby kuracji. Kiedy żegnałem się z obojgiem, postanowiliśmy przy następnym spotkaniu wypić razem flaszeczkę koniaku. "Żadnego bełta - powiedziała Ionina. - Tylko coś luksusowego". Stelian skinął słabo, uśmiechnął się i apatycznym gestem pokazał mi pięć palców u ręki. "On ma na myśli pięć gwiazdek - objaśniła żona. - Mówiłam przecież, tylko najlepszy". Liczby cinci dobry Stelian nie mógł już wymówić. Nie starczało mu powietrza.

Spośród ponad dwudziestu Romów o nazwisku Victor Calderar, których miałem spotkać w ciągu tych lat, jeden żył w Copşa Mică. Pamiętam go dobrze, bo prosił mnie w 1990 roku, żebym mu raz pokazał "prawdziwe niemieckie pieniądze". Pięćdziesięciolatek długo oglądał banknot dwudziestomarkowy, obracał go i skręcał, trzymał pod światło i wręczył mi z powrotem, zadowolony, z aprobującym kiwnięciem. Victor Calderar z Klein-Kopisch dużą wagę przykładał do tego, by w żadnym wypadku nie nazywano go ţigan. Tłumaczył mianowicie, że w przeciwieństwie do niego, Roma, Cyganie są po pierwsze leniwi, po drugie nie noszą brody, a po trzecie wolą żebrać i kraść, zamiast się zająć przyzwoitą pracą. Na marginesie - miałem później spotkać wielu ţigani, którzy upierali się przy tej nazwie, ponieważ myśleli odwrotnie: że Romowie to kryminaliści, z którymi w żadnym wypadku nie chcieli być wrzucani do jednego worka. Niektórzy Romowie osiedlający się za czarną fabryką określali się jako Kełderasze. Teraz po dumie, że są częścią szczepu kotlarzy, zostało tylko nazwisko. Ze świadomymi przynależności do grupy, wiernymi tradycji i zamożnymi Kełderaszami, którzy mówili w języku romani i kilka wiosek dalej w Brateiu wyrabiali garnki kuchenne i miedziane dzbany, Romowie z Copşa Mică nie mieli nic wspólnego. Nie wytwarzali nic. Brodaty i wąsaty Victor nie posiadał ani narzędzi, ani materiałów, a tym bardziej warsztatu. Twierdził jednak, że gdyby chciał znów zarabiać na chleb jako kowal i wykrawacz blachy - tak jak jego ojciec i ojciec ojca - wysokie ceny miedzi i cynku znów by spadły.

Także Petru Carolea myślał, że zostanie kotlarzem. Pogrążony w zawiłych monologach zdawał mi się przytłoczony szaleństwem, które wzbudzało smutek. Na widok aparatu fotograficznego chwytał za młotek i tłukł w zepsuty i przeżarty rdzą blaszany garnek, który gdzieś się walał. Sądziłem, że w jego czynie nie ma krzty sensu, póki sąsiad nie wygadał mi, że amerykańscy reporterzy telewizyjni dali ponoć Petru zwitek lejów, aby przed kamerą pokazał, jak Cyganie Kełderasze wykuwali kiedyś z miedzi garnki.

Petru Carolea miał ośmioro dzieci. Raz, dwa razy dziennie matka podawała im kilka kromek białego chleba i przypaloną papkę kukurydzianą; zachłannie wydrapywały ją z zardzewiałego garnka, z którego odprysła emalia. W nocy wpełzały z burczącym żołądkiem pod brudne prześcieradła, rano budziły się głodne, z wydętymi brzuchami, i tak brudne, jak zasnęły. W ciepłe dni lata dzieci wskakiwały do Tărnavy. Kąpały się w tym mętnym rosole, bawiły, śmiały i obrzucały szlamem, jakby brud nie był wrogiem, lecz zwykłym elementem normalności, która zdawała się wynaturzona tylko temu, kto znał inne życie. Tak jak Sasi. Dla nich drzwi do Niemiec stały otworem i w końcu także Hans Schörrwerth skorzystał z możności wyboru. Także on "wnioskował" w urzędach, jak mówią Siedmiogrodzianie, i czekał na papiery wyjazdowe. Mówił: "Tutaj zostają tylko ci z ostatniego rozdziału".

Ostatecznie było rzeczą obojętną, czy ludzie w cieniu czarnej fabryki nazywali się akurat Kełderaszami, Romami czy ţigani. Nie mieli już nic, na czym mogliby oprzeć świadomą tożsamość. Nie można było dopatrzyć się w nich życzenia, nie mówiąc o woli, by znaleźć wyjście z tej nędzy. Inaczej niż u siedmiogrodzkich Sasów i Szwabów z Banatu cierpiących z powodu utraty ojczyzny. Bez perspektywy przerwania o własnych siłach cyklicznego poniżenia i upodlenia Cyganie z Copşa Mică pogodzili się z rolą wykluczonych. Jakże częstą w historii ich etnosu.

Bardzo rzadko Romowie bywali mile widziani, odkąd przed tysiącem lat wyruszyli migracyjną falą z hinduskiego Pendżabu i przez Iran, Turcję i Bałkany, niektórzy wędrując przez Afrykę, w początkach XV wieku dotarli do środkowej i zachodniej Europy. Brak przekazów o tym, czy ze swej odwiecznej ojczyzny zostali wypędzeni przez arabskich dowódców wojskowych, czy też wywiezieni i zniewoleni przez jakichś zdobywców. W drodze Romowie przekazywali konieczną do przeżycia wiedzę jedynie ustnie. Dla tego ludu bez domu i bez grobu, jak go określał były prezydent Międzynarodowej Unii Romów Rajko Djurić, pisane kroniki nie miały żadnej wartości. Liczbę Cyganów szacuje się dziś na mniej więcej dwanaście milionów i nawet etnologom trudno się zorientować choćby w niewielkim stopniu w rozgałęzionej plątaninie najróżniejszych szczepów, grup, klanów i związków rodzin, podobnie jak w niezliczonych nazwach własnych i obcych. Pierwotny wspólny język, spokrewniony z indoeuropejskim sanskrytem romani, przetrwał wprawdzie w różnych dialektach, jest jednak pielęgnowany tylko przez raczej wierne tradycji wspólnoty szczepów, podczas gdy gros Romów przystosowuje się na naszych oczach do języka danego kraju. Ściśle rzecz biorąc, mówienie o narodzie Romów czy narodzie Cyganów sugeruje etniczną jednorodność, która już dawno nie istnieje.

Trochę trwało, zanim zrozumiałem, że na Węgrzech język romani opanowali tylko Cyganie Vlach (wołoscy), świadomi swej grupowej przynależności, nazywający się Oláh, podczas gdy większość Romungros, w zależności od obywatelstwa, mówi po węgiersku, czesku lub słowacku. W Rumunii dumni Kełderaszowie ze szczepu kotlarzy separują się od chmary zubożałych Cyganów Vătraşi, którzy utracili jakąkolwiek cygańską tożsamość. W Bułgarii żyją chrześcijańscy Romowie wołoscy obok muzułmańskich i turkojęzycznych Xoraxane. Podczas gdy francuscy Manouches, niemieccy Sinti i hiszpańscy Calé zintegrowali się w znacznym stopniu jako mniejszości narodowe w swych ojczystych krajach, Cyganie w krajach postkomunistycznych żyją przeważnie w izolacji na skraju wsi i miast, na skraju Europy, na skraju czasu. Zawsze pozostawali obcy, gdziekolwiek się pojawiali. Wyprzedzały ich plotki, występował przeciwko nim strach przed innością, strach, który często zmieniał się w nienawiść i prześladowanie.

"Tacy są Europejczycy!" - wykrzykiwał w 1840 roku poeta i historyk Mihail Kogălniceanu w żarliwym apelu przeciwko obojętności i bezduszności. Skarżył się, że zadufani w sobie intelektualiści tworzyliby filantropijne stowarzyszenia celem zniesienia niewolnictwa w Ameryce, "podczas gdy czterysta tysięcy Cyganów jęczy pod jarzmem niewoli na własnym łonie Europy". Kogălniceanu, który później został pierwszym prezydentem Rumunii, mówi w swych pamiętnikach o "strasznym, wołającym o pomstę do nieba spektaklu", który przeżył w młodości i który mógł być motywacją do empatycznej walki o uwolnienie Cyganów.

"Jeszcze w młodości widywałem na ulicach Jassy istoty ludzkie z łańcuchami na rękach i stopach, niektórzy nawet nosili żelazne opaski na głowie. Byli okrutnie bici, głodzeni, zamykani w wędzarniach, pakowani do prywatnych więzień, wyrzucani nago w śnieg albo na pokryte lodem rzeki. A potem zlekceważenie najświętszych więzi, rodziny: żona zostaje odebrana mężowi, córka matce i ojcu, dzieci ich rodzicom. Sprzedawano ich jak bydło na wszystkie strony świata. Ani człowieczeństwo, ani religia, ani prawo cywilne nie chroniły tych godnych współczucia istot".

Kiedy około 1860 roku prawie pięćsetletnia historia niewoli Cyganów w księstwach Mołdawii i Wołoszczyzny dobiegła wreszcie końca, długie doświadczenie cierpienia zakorzeniło się mocno w zbiorowej pamięci Cyganów, by odtąd przenosić się z pokolenia na pokolenie. Czas niewoli wytworzył u niektórych szczepów cygańską dumę i wielkie uznanie dla wolności i niezależności, sprzyjał jednak także powstaniu ciemnej strony: przerażającej zależności i pełnej apatii niesamodzielności.

Przed drugą wojną światową po Rumunii krążyły lekarskie raporty, w których Romów wyzywano od "czarnej zarazy". Faszystowski marszałek Ion Antonescu, związany do 1944 roku z narodowosocjalistycznymi Niemcami, stawiał Cyganów na jednym poziomie z "myszami, szczurami, wronami, włóczęgami i Żydami" akurat w tym samym czasie, gdy przywódca SS Rzeszy i szef policji Heinrich Himmler w końcu 1942 roku zarządził swoim "rozkazem Auschwitz" skierowanie ich do obozów koncentracyjnych i "całkowitą likwidację". Liczba Cyganów zamordowanych przez nazistowskich oprawców jest szacowana na co najmniej dwieście dwadzieścia tysięcy, niekiedy nawet pół miliona. Byli zagazowywani w Auschwitz-Birkenau, wyniszczani pracą, głodem i chorobami albo zamęczani na śmierć w medycznych eksperymentach. W Rumunii Antonescu kazał deportować około dziewięćdziesięciu tysięcy Cyganów częściowo na front wschodni, gdzie żołnierze rumuńscy wraz z niemieckim Wehrmachtem walczyli pod Stalingradem, częściowo do Naddniestrza i obozów nazistowskich, gdzie zginęło marnie trzydzieści sześć tysięcy Romów, przeważnie koczowników ze szczepu Cortorari.

W końcu Nicolae Ceauşescu w despotycznym akcie kulturowej samowoli dekretem uczynił z Cyganów etnicznych Rumunów. Cyganów zatem już w Rumunii nie było. Ogarnięty manią wspólnotowości Ceauşescu uznawał istnienie w kraju mniejszości narodowych takich jak Węgrzy czy Niemcy, Cyganie natomiast zostali zaszeregowani jako "Romani", jako "Rumuni na niższym poziomie kultury". W swoim niedorzecznym planie narzucenia Rumunii, krajowi rolniczemu, praw socjalistycznego kraju przemysłowego, odmówił Cyganom wszelkich praw mniejszości, kultywowania rzemiosła, obyczajów i języka. Ustawa przeciwko "pasożytnictwu społecznemu" poskutkowała tym, że zostali oni upchnięci razem w podupadłych mrówkowcach. Odmawiano im pozwolenia na uprawianie drobnego rzemiosła, handel prywatny był zakazany, podobnie jak konieczne do przeżycia dla sezonowych robotników rolnych koczownictwo. Próba wymuszenia na Romach zakorzenienia się usankcjonowała tylko na zawsze błędne koło wykluczenia i zaniedbania, apatii i zależności od państwowej i charytatywnej alimentacji. Ten diabelski krąg trwa do dziś.