Corvus. Życie wśród ptaków - Esther Woolfson

-
Proszę czekać

Dla Rebeki, Hannah, Leah i Davida

Przedmowa do wydania polskiego

Kiedy redaktor Adam Pluszka napisał mi, co mówią polskie gołębie, zaraz zajrzałam do gołębnika. Koniecznie musiałam sprawdzić, czy moje ptaki rozmawiają po polsku. Przez moment wsłuchiwałam się w ich mamrotanie i nagle dobiegło mnie gru-u-chu, gru-u-chu - niewątpliwie polskie słowo. Spodziewałam się tego: ostatecznie opanowały też biegle węgierski, duński i holenderski. W zasadzie znają wszystkie języki świata, czyli, co stwierdzam z przykrością, są lepiej wykształcone niż ja.

Fakt interpretowania ptasich odgłosów świadczy o tym, że postrzegamy naturę jako całość, zawsze przez pryzmat nas samych: języka, kultury, przesądów i wierzeń. A rozproszone po całej Ziemi krukowate należą do stworzeń, które bodaj najsilniej oddziałują na ludzką wyobraźnię - przez jednych traktowane jak szkodniki czy wręcz zło wcielone, przez innych uważane za święte. W ostatnich dziesięcioleciach wiedza człowieka o tych fascynujących zwierzętach bardzo się pogłębiła. Teraz nie tylko podejrzewamy, że są mądre, my wiemy to na pewno. Badania nad zdolnościami poznawczymi i układem nerwowym Corvidae pozwalają zaliczyć je do najinteligentniejszych gatunków zamieszkujących tę planetę. A dla mnie pisanie o nich było czymś nadzwyczajnym - szansą opowiedzenia czytelnikom o wyjątkowości ptaków widywanych przez nas na co dzień.

To wspaniale, że Corvus ukazuje się w Polsce, kraju o tak wielkiej kulturze literackiej. Gdy parę lat temu przyjechałam do Warszawy, zdumiała mnie liczba księgarń. Zupełnie jak dziecko kuszone przez niezliczone sklepy ze słodyczami, długo się wahałam, do której wejść, i aby nie musieć wybierać, zaglądałam do każdej. To, że nie rozumiałam większości tytułów, nie miało żadnego znaczenia - ogromna różnorodność tematyczna i edytorska naprawdę mnie oszołomiły. Podczas tych kilku zimnych lutowych dni spędziłam wiele cudownych godzin wśród regałów z książkami. W moim kraju taka przyjemność trwałaby znacznie krócej, niestety. Z Warszawy - pięknego, eleganckiego, historycznego miasta - zachowałam dużo wspomnień. Spacerując pewnego lodowatego wieczoru po Ogrodzie Saskim, rozkoszowałam się szczypiącym w policzki mrozem (zupełnie innym niż przesycony wilgocią mróz szkocki) i wymieniałam uprzejmości z okazałymi wronami, które mnie mijały.

Odnoszę wrażenie, że odkąd zaczęłam pisać tę książkę, jeszcze wzrosła potrzeba zrozumienia i dowartościowania tego, co znajduje się w naszym najbliższym otoczeniu. Skutki zmian klimatycznych, których skali nie potrafimy przewidzieć, coraz bardziej zagrażają Ziemi i jej mieszkańcom, również człowiekowi. Lubię myśleć, że to właśnie więź z naturą i wiedza o niej są naszą przyszłością.

Już prawie wiosna. Czekam, aby parka sierpówek, które często przylatują do ogrodu, wreszcie się zjawiła i zaczęła wymieniać ze mną czułe słówka - po polsku, oczywiście!

Pragnę podziękować Joannie Wajs i Adamowi Pluszce, tłumaczom tej książki, za ich pracę, entuzjazm i miłość do zwierząt.

Esther Woolfson

Aberdeen, marzec 2011

I Początek

...były białe i nieskazitelne... 

1. Przed ptakami 

Pewnego wiosennego wieczoru trafił do mnie gawron.

Nadal mam przed oczami tamten zmierzch, chociaż szczegóły zdążyły się już zatrzeć. Nie pamiętam dokładnie pogody ani miesiąca (koniec kwietnia czy początek maja?), zdarzeń, które nastąpiły tego niezwykłego dnia. Niejasno sobie przypominam, że otworzyłam drzwi, a na ulicy siąpiła mżawka i zapadał zmrok. Ale te obrazy mogą być wspomnieniem zupełnie innego wieczoru. Pewne jest dla mnie jedynie to, że wszystko wydarzyło się wiosną. Oraz gawron.

Kiedy piszę te słowa, on siedzi na swojej żerdzi. Od czasu do czasu wydaje odgłosy podobne do pomrukiwania, kojarzące się z szumem wiatru w gałęziach. Wyrażają cichą aprobatę lub są komentarzem do rzeczywistości; brzmią jak ledwie słyszalne skrzypienie starych drzwi. Za chwilę rozlegnie się stukot pazurków o drewnianą podłogę, gdy Kurczak ruszy przez pokój w stronę mojego biurka. Kiedy wyciągnę dłoń, wepchnie w nią podarunek. Będzie to wilgotny kawałek rozmoczonego chleba, całkowicie bezkształtny. Znak czegoś, co - mam nadzieję - jest miłością.

Dziś to już sędziwy ptak, mądry i doświadczony, ale tamtego wieczoru był pisklęciem, które dopiero się wykluło. ("Wykluć się" - co za dziwaczne określenie. Przywykliśmy do rodzenia się, lecz nie do wykluwania. Jak można zrozumieć stworzenie, które wyszło z jajka?). Miał prawdopodobnie trzy lub cztery tygodnie, zaledwie kilkadziesiąt dni wcześniej przebył zdumiewający proces rozkruszania skorupki i gramolenia się na świat - istotka jeszcze niezupełnie przypominająca ptaka, dziesięcio- czy dwunastocentymetrowa, okrągła i uskrzydlona, ciepła, oddychająca bardzo szybko, o różowej skórze błyskającej pod pierwszą warstwą szaroczarnego puchu. Spod skóry zaczynały śmiesznie wybijać zawiązki piór. Żółta obwódka wokół brzegów dzioba sprawiała wrażenie, jakby malec dobrodusznie się uśmiechał. Z pewnością było to dziecko któregoś z krukowatych, chociaż zdziwiły nas jego oczy - niebieskie, jasne, z zaskakującą niecierpliwością na coś czekające, spoglądające z głębi pudełka, w którym pisklę zostało przyniesione. (Zupełnie jak u ludzkiego niemowlęcia, później zmieniły kolor, przechodząc od błękitu do orzechowego brązu. Od niedawna lewe oko jest zamglone. To katarakta, z którą nic nie da się zrobić. Drugie, niezależne - bo tak właśnie działa narząd wzroku u ptaków - nadrabia ostrością widzenia). Z początku nie byliśmy całkiem pewni, do jakiego gatunku należy pisklak, ale z upływem dni szare zabarwienie woskówki, długość i budowa dzioba pozwoliły nam stwierdzić, że to gawron.

Został znaleziony na ziemi, co często zdarza się na wiosnę. Trudno powiedzieć, jakie były wcześniejsze losy malucha - mógł wypaść z gniazda, mógł zostać wypchnięty albo porzucony. Mógł też się zgubić podczas nauki latania. Wiem tylko tyle, że był jeszcze za słabo upierzony, by fruwać, oraz że w lasach otaczających zamek Crathes rosną same wysokie drzewa: modrzew, olcha, dąb, sosna i buk. W ich koronach, nad naszymi głowami, toczy się inne życie, istnieje obcy świat, w którym upadek oznacza bezpowrotne usunięcie poza nawias licznej, hałaśliwej społeczności gawronów, wypchnięcie w samotną i niepewną przyszłość.

Znaleziony. To słowo przywołuje dawny niepokój, każe mi się zastanawiać nad szczęśliwym zbiegiem okoliczności, dzięki któremu z lasu, gdzie rozbiły obóz koleżanki mojej córki Bec, młody gawron trafił do naszego domu.

Wiosna to ptasi sezon. Teraz, po tylu latach, wspominanie dźwięku dzwonka u drzwi, kartonowego pudełka, trzech rozgorączkowanych i zdenerwowanych dziewczynek stojących w progu, wręczających swoje znalezisko, niepewnych, czy sprawią mi radość, czy zrobią kłopot - jest jak podróż w czasie.

Gawron, Corvus frugilegus, bo tak go nazwał Linneusz w dziele Systema Naturae, oznacza "zbierającego owoce". (Miałam nadzieję, płonną, jak się później okazało, że z przymiotnikiem frugilegus jest spokrewniony angielski frugal, "oszczędny", ponieważ spodobała mi się myśl, że pisklak mógłby być częścią starej szkockiej tradycji - gospodarskiej zapobiegliwości i skrzętności).

Zawsze myśleliśmy o naszym gawronie jako o samiczce, chociaż nie potrafiliśmy określić jego płci. Dopiero zeszłej wiosny, gdy po raz pierwszy w życiu, w wieku szesnastu lat, Kurczak zniósł dwa jajka, odkryliśmy, że mieliśmy rację. Imię, które mu wybrałam, prawdopodobnie wydaje się dzisiaj zarazem zbyt prozaiczne i zbyt frywolne, ale zainspirował mnie tekst, który akurat wtedy czytałam w "New Yorkerze" - o drag queen występującej jako (o ile dobrze pamiętam) Madame Kurczakowska [1].

Dla siebie natomiast nie znajduję sensownego określenia. Każde, które wymyślam - "opiekun", "właściciel" - mówi o kimś, kim nie jestem. "Opiekun" kojarzy się z pracą w zoo, z czymś oficjalnym, z lśniącymi czystością wolierami i z energiczną osobą w kombinezonie. "Właściciel" brzmi apodyktycznie i sugeruje posiadanie. Posiada się fabrykę, samochód, niewolników. Nie pasuje też "ornitolog", "biolog", "podglądacz ptaków" ani "ptasiarz". "A więc może domowy etolog amator?" - zasugerował pewien znajomy, ale nie, etologiem także się nie czuję. Jeśli "właściciel" jest nacechowany, "etolog" tym bardziej. "Etolog" to ktoś więcej niż ja. Jest poważny i podniosły. Jak dla mnie - zanadto.

Przypadek, moment, który połączył pechowe pisklę i wrażliwego człowieka, przemienił mnie z obserwatora w kogoś więcej, kogo nie potrafię nawet nazwać: w przybranego rodzica, współlokatora, beneficjenta. Być może nie ma takiej nazwy, być może nie trzeba tego nazywać. Poza gawronem mieszka ze mną od niedawna również młoda wrona. Jestem także in loco parentis wiekowej już nimfy. Długo dzieliłam dom ze sroką, szpakiem, kilkoma papugami i dwoma kanarkami. Gołębie zajmują niewielką przybudówkę, która kiedyś była komórką na węgiel, a dziś nosi dumne miano gołębnika (ściślej rzecz ujmując, jest to gołębnik szkocki, czyli doo'cot). Jego mieszkańcy mają w większości białe upierzenie, dwa albo trzy ptaki są brązowe. Kilka białych ma ciemnoturkusowe, szare, granatowe lub różowawe elementy ubarwienia na korpusie i skrzydłach, u niektórych można podziwiać obfite łapcie. Latają sobie, gdzie chcą, i szczęśliwie wracają każdego popołudnia lub o zmierzchu, w zależności od pory roku, przyjmując ode mnie jedzenie z chłodną rezerwą jaśnie państwa świadomych swoich praw. Nie znam dokładnie wielkości stada, bo rzadko liczę gołębie. Powiedzmy, że jest ich w sam raz.

W domu przez lata pojawiały się ptaki - te przez nas wybrane oraz niezapowiedziane, które doznały jakiegoś urazu, wypadły z gniazd. Jedne zostały na zawsze, inne były ze mną przelotnie, lecz każdy odcisnął tutaj swój ślad (zupełnie niezwiązany z cechami gatunkowymi). Z każdym nawiązałam więź, która zmieniła moje postrzeganie rzeczywistości. Więź, o jakiej kiedyś nawet mi się nie śniło.

To właśnie krukowate - gawron, sroka i wrona - przeobraziły moje relacje z resztą świata, mój sposób postrzegania hierarchii form, intelektów, zdolności, a także moją percepcję czasu. Przestrzeń, którą przyszło nam dzielić, jest bezkresna, granice i różnice między nami - nieistotne, iluzoryczne. Fakt, że znalazłam wspólny język z ptakami, mnie samą dziwi nie mniej niż innych, ponieważ nie zapowiadało tego nic z mojego wcześniejszego życia (które z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się niewyobrażalnie bezptasie) - ani znajomość przedmiotu, ani zainteresowania.

Jak się nad tym lepiej zastanowić, byłam dość nietypową kandydatką na ptasią przyjaciółkę (i, przynajmniej z punktu widzenia ptaków, bez kwalifikacji). Nasze światy można było w najlepszym razie uznać za równoległe: podczas gdy do nich należał przestwór nieba, ja nie tylko twardo stąpałam po ziemi, lecz byłam także zwierzęciem bezdyskusyjnie miejskim. Dzielące nas różnice rozsądnie uznawałam za przepaść nie do pokonania. Ze wstydem i z zażenowaniem przypominam sobie, w jak żałosną wpadałam panikę, jaki zdejmował mnie strach i wstręt na widok martwego gołębia w ogrodzie mojej matki w Londynie. Musiałam prosić sąsiada, aby "to" zabrał. Pomyśleć tylko, martwy gołąb. (Sąsiad, znany aktor, wynosił zwłoki niczym superbohater. Nagradzaliśmy jego wyczyn uroczystym otwarciem jakiegoś alkoholu).

Wciąż jeszcze myślę o psach, z którymi się wychowywałam, o ich imionach, o ich obecności w ważnych momentach mojego życia, o tym, jak do nich mówiłam, a one słuchały, o przyjemności posiadania milczącego powiernika i o nieuchronnym doświadczeniu dziecięcej miłości i utraty. Ostatni pies umarł na krótko przed moim wyjazdem z rodzinnego domu, a wraz z tą śmiercią dzieciństwo dobiegło końca. Był to kres życia osiadłego i początek nowego - życia podróżniczki, studentki, włóczykija.

Dom rodziców w Glasgow - podobnie jak większość domów w tamtych latach - nie miał kaloryferów, tylko wielki piec w kuchni oraz niepraktyczne, na ogół zresztą nieużywane kominki. Był przestronny, wzniesiony z kamienia i niezależnie od pory roku lodowato zimny. Pamiętam, że przez jakiś czas rozważaliśmy zainstalowanie centralnego ogrzewania, aż wreszcie dyskusję ucięła niechęć do tego pomysłu ojca, który bał się, że gorące powietrze wypaczy rzeźbioną boazerię w stylu Arts & Crafts. W ten sposób dalej cierpliwie znosiliśmy znane wówczas niemal wszystkim Szkotom niewygody, czyli szron po wewnętrznej stronie szyby, poranne wyskakiwanie z łóżek w ubrania oraz przykre wrażenie, że podczas kąpieli jedyne rozgrzane części ciała to te zanurzone w wodzie. Zimą z desperacją przywieraliśmy do każdego źródła ciepła. Nie pamiętam, co wkładaliśmy, żeby nie marznąć, ale ojciec, z troski o zwierzęta, nalegał, aby nasze trzy psy nawet po domu nosiły swetry (choć jako wyjątkowo kudłate pudle były mniej narażone na odmrożenia niż my). Wdzianka miały pasiasty wzorek i krótkie rękawki, co nadawało czworonogom wygląd stworzeń gatunkowo niepewnych, zatrzymanych w pół drogi między psem a pszczołą. Inni ludzie uważali to za dziwactwo, ale my nic sobie z nich nie robiliśmy i być może właśnie dlatego jestem osobą dość odporną na krytykę. A już z pewnością takiemu wychowaniu zawdzięczam fakt, że nie wyrobiłam sobie fałszywego przekonania o człowieku jako koronie stworzenia.