Ciąg dalszy - Henryk Grynberg

-
Proszę czekać

Cytat

Przeszłość nigdy nie jest martwa, nie jest nawet przeszłością.

William Faulkner

OD AUTORA

Jest to ciąg dalszy Uchodźców i wszystkiego, co dotychczas napisałem, ale można go bez trudu przeczytać, nawet jeśli nie zna się żadnego z moich wcześniejszych utworów. Podobnie jak w Uchodźcach miejscem akcji jest i Polska, i Ameryka. I jak większość mojej prozy jest to raczej opowieść epicka niż autobiografia.

Za informacje i konsultacje dziękuję Raye Farr, Teresie Pollin i dyr. Jackowi Nowakowskiemu z United States Holocaust Memorial Museum, Marii Ciesielskiej, Wojciechowi Lasocie i dyr. Tadeuszowi Wolskiemu z Domu Dziecka im. Korczaka, oraz Markowi Brandysowi, Adamowi Grynbergowi, Tadeuszowi Lipieniowi, Piotrowi Niklewiczowi, dr. Włodzimierzowi Rozenbaumowi, Dorocie Szwarcman, Markowi Walickiemu i Adzie Willenberg.

Materiały i dokumenty, z których tu skorzystałem, zawdzięczam Władysławie Adach, Jehudzie Amichajowi, Aharonowi Appelfeldowi, prof. Sławomirowi Buryle, Krzysztofowi Chorzelskiemu, Ariemu Cukiermanowi, prof. Yaffie Eliach, prof. Maurice'owi Friedbergowi, Głosowi Ameryki (VoA), Primo Leviemu, prof. Andrzejowi Mencwelowi, miesięcznikowi "Midstream", prof. Alvinowi Rosenfeldowi, Susan Warsinger, Markowi Webowi, Arnoldowi Weissowi, Samuelowi Willenbergowi, a jeden szczególny rozdział Instytutowi Pamięci Narodowej.

Osobne podziękowania składam nieocenionej pani Bożenie Dudko, bez której pomocy napisanie paru części tej opowieści nie byłoby możliwe.

Sąd

Repertorium Nr 391.

Roku tysiąc dziewięćset czterdziestego ósmego, dnia piątego lutego, przede mną Radzisławem Aleksandrem Wodzińskim, p.o. Notariusza w Łodzi, w kancelarii mojej w Łodzi przy ulicy Nowotki pod N 21 stawił się osobiście mi nieznany obywatel polski Dawid Jarząbek, syn Maurycego i Balbiny z Frenklów, zamieszkały w Dzierżoniowie przy ulicy Batalionów Chłopskich pod N 3 m. 5, który z braku rekognoscensów dla stwierdzenia tożsamości swej osoby okazał mi tymczasowe zaświadczenie z fotografią, wydane mu przez Zarząd Miejski w Dzierżoniowie N wyk. 750/47 dnia 23 października 1947 roku, i zeznał akt treści następującej:

Dawid Jarząbek wyjaśnił, że z Fajgą-Felicją Goldman, urodzoną dnia 22 marca 1907 roku w Warszawie, córką Szai i Chai z Kenigsgelbów, zawarł dnia 22 lutego 1938 roku w Warszawie przy ulicy Twardej pod N. 10 u rabina Kanała ślub religijny według rytuału mojżeszowego. Ze wspomnianą Fajgą-Felicją Goldman miał on córkę, która urodziła się z ich związku w dniu 23 października 1939 roku w Warszawie. Ze względu na czas wojenny akt stanu cywilnego urodzenia tego dziecięcia sporządzony nie został i przy obrzędzie religijnym nadano temu dziecięciu imię "Maria". Dnia 17 listopada 1939 roku Dawid Jarząbek zmuszony był w związku z prześladowaniami okupanta opuścić Warszawę i po powrocie we wrześniu 1947 roku do Polski uzyskał on dowody, że wspomniana córka jego pozostawała początkowo w charakterze podrzutka w domu imienia księdza Boduena w Warszawie pod imieniem i nazwiskiem "Halina-Maria Jelińska", a następnie stamtąd przewieziona została do Zakładu Sióstr Rodziny Marii w Łomnie, a w następstwie w Brwinowie pod Warszawą, gdzie, jak już przed tym w Łomnie znana była pod imieniem i nazwiskiem "Marysia Jarząbek". Obecnie wspomniana córka zeznającego znajduje się w Domu Dziecka w Helenówku pod Łodzią pod nazwiskiem "dziunia Grynberg". Po takim wyjaśnieniu Dawid Jarząbek oświadczył, że działając na podstawie art. 64 prawa rodzinnego z dnia 22 stycznia 1946 roku (Dz. Ustaw N 6/46, poz. 52) oświadcza, że wyżej wymienione dziecko uznaje za swoje własne, urodzone w związku z Fajgą-Felicją Goldman, nadając tym samym temu dziecięciu wszelkie uprawnienia, wypływające z ustawy, oraz stanowisko dziecka z małżeństwa.

Akt ten stawającemu odczytany, przyjęty i podpisany został. Oryginał podpisali: Dawid Jarząbek. P.o. Notariusza R. Wodziński.

Wypis niniejszy, zgodny co do słowa z oryginałem, wydaję Dawidowi Jarząbkowi z zaznaczeniem, że należne opłaty pobrane zostały przy akcie.

Łódź, dnia 7 lutego 1948 roku Sygnatura akt C. 142/48

PROTOKÓŁ 

Dnia 4 maja 1948 roku

Obecni: Sędzia S. O. Z. Masłowski. Protokolant: apl. Z. Gabrysiewicz

Sąd Okręgowy w Łodzi I Wydział Cywilny. Sprawa Dawida Jarząbka p/ko Uszerowi Powązkowi i innym o wydanie dziecka.

Na posiedzenie stawili się: pełnomocnik powoda adw. Taglicht, pełnomocnik pozwanego Powązka adw. Hercberg, ustanowieni w sprawie, z ramienia Komitetu Wojewódzkiego Żydowskiego nikt się nie stawił, następnie stawił się adw. Grinberg ustanowiony w sprawie. Świadkowie stawili się wszyscy. Świadkowie, upomnieni o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania, podali: Helena Majewska, lat 40, rz. kat., Polka, funkcjonariusz Bezpiecz., obca; Maria Milsztajn, lat 43, bezwyzn. Żydówka, wychowawczyni w Domu Dziecka, obca; Lucja Gold, mojż., Żydówka, wychowawczyni; Pola Barenholc, lat 39, mojż., nauczycielka, obca. Świadkowie zostali zaprzysiężeni z wyjątkiem świadka Marii Milsztajn, która zamiast przysięgi złożyła przyrzecznie.

Świadek Helena Majewska: Około połowy marca 1943 r. wzięłam dziecko w wieku około 3 i pół lat, dziewczynkę od niejakiej Jarząbkowej Felicji, którą poznałam kilka dni przedtem. Dziecko miało pewne cechy charakterystyczne. W górnej części jednego ucha, nie pamiętam lewego czy prawego, miała różek, jakby zgrubienie. Na górnej wardze, nie pamiętam z której strony, miała ślad przecięcia, szramę. Gdy mówiła lub przyglądała się komuś, pochylała główkę w prawą stronę, patrząc spod oka. Poza tym miała tzw. psi zgryz tj. wysuniętą i prostą dolną szczękę. Dziewczynka była u mnie około 3 miesięcy. Prócz niej był u mnie przez kilka dni żydowski chłopiec Jurek Brysz, który szczypał ją i z tego powodu płakała. Był u nas duży koń na biegunach, na którym lubiła jeździć. Była bardzo rozgarniętym dzieckiem, orientowała się w tym, że niemcy prześladują i zabijają żydów i bawiła się z moim synkiem w getto i blokadę, tzn. chowali się i szukali się, naśladując niemców. W czerwcu lub w końcu maja 1943 r. przyszło do mnie gestapo i poznali, że Jarząbkówna jest dzieckiem żydowskim, kazali usunąć ją i wówczas w porozumieniu z Jadwigą Denechową podrzuciłam dziecko do Przychodni Dzieciątka Jezus, zostawiając ją w poczekalni, a później nią zaopiekowała się Denechowa.

Dostałam później wiadomość, że została wywieziona do Łomnej do Klasztoru Sióstr Rodziny Marii. Później straciłam ślad po dziecku, a Denechową niemcy rozstrzelali. Wiedziałam tylko od Denechowej, że Jarząbkówna otrzymała nazwisko Marysia Jeli?ska lub Jedlińska, a prócz tego dano jej drugie imię, lecz jakie nie pamiętam już. U mnie zameldowana była jako Marysia Jarząbek. Gdy po okupacji byłam w Domu Ks. Boduena powiedziano mi, że dziewczynka, która nazywała się Jelińska została wydana swemu ojcu i że ja musiałam pomylić dziecko. Następnie w 1947 r. byłam w Łodzi w sprawie dziecka w związku ze znalezieniem się ojca, Jarząbka, lecz na ślad dziecka nie natrafiłam. W książkach Zakładu Ks. Boduena figurowała dziewczynka nazwiskiem Marysia Jelińska oddana do zakładu w pierwszych dniach czerwca 1943 r. w tym samym wieku co Marysia Jarząbek. Następnie powód znalazł dziecko w zakładzie w Helenówku. Byłam w tym zakładzie i gdy ta dziewczynka weszła do pokoju natychmiast ją poznałam z całą pewnością. Twarzyczka niebardzo się zmieniła, a zwłaszcza cechy charakterystyczne, o których mówiłam, pozostały bez zmiany. Ona zupełnie mnie nie poznała i pomimo że przypominałam jej różne fakty z pobytu u mnie nic nie pamiętała. Rozmawiałam z nią z pół godziny i powiedziała mi tylko, że pamięta maszynę do szycia stojącą pod oknem. U mnie faktycznie stała maszyna do szycia pod oknem. Od Jarząbkowej dostałam fotografię dziecka, pocztówkę, która stała u mnie na toalecie. Na odwrocie fotografii są różne gryzmołki, które kreśliła Marysia do swej matki. Jarząbkowa zginęła w getcie, widziałam ją ostatni raz w kwietniu 1943 r. na dzień przed powstaniem w getcie. W poszukiwaniu dziecka wraz z powodem w końcu 1947 r. w zakładzie przy ulicy Hożej spotkałam niejaką Wiśniewską, która była w Łomnej w czasie okupacji i gdy okazując jej fotografię spytałam, czy pamięta Marysię Jarząbek, powiedziała mi, że pamięta i że to jest Marysia Jarząbek a u nich nazywała się Jelińska czy Jedlińska. Dłuższy czas była u mnie Krystyna Malinowska obecnie Majewicz. Była cały czas pobytu Marysi Jarząbek. W czasie pobytu u mnie Marysia mówiła, że ojciec jej w Uchcie, a mamusia w szpitalu. Tak samo odpowiadała na pytanie gestapo. Jarząbkowa oddając Marysię mówiła, że ma jedno dziecko. Mniej więcej około miesiąca po podrzuceniu dziecka przeze mnie Denechowa doniosła mi osobiście, że Marysia została wysłana do Łomnej i otrzymała nazwisko Jeli?ska czy Jedlińska, oraz drugie imię, którego nie pamiętam. Denechowa znała Marysię, gdyż widywała ją często u mnie. Mieszkałyśmy w domach położonych naprzeciwko siebie. Ja nie dawałam Marysi żadnego dokumentu. Miałam u siebie jej metrykę urodzenia, którą przechowałam przez czas okupacji i oddałam ją powodowi. Gdy podrzuciłam Marysię, to już obserwowała ją Denechowa, gdyż tak umówiłyśmy się, potem zabrała ją policja i wobec nieustalenia pochodzenia dziecka - gdyż Marysia była nauczona, by o sobie nic nie mówiła - odesłała ją do Zakładu Ks. Boduena. W czasie poszukiwań w Zakładzie Ks. Boduena po okupacji mówiono mi, że Jelińska miała karteczkę z napisem Marysia. Przypuszczam, że karteczkę dała jej Denechowa przed zabraniem dziecka przez policję. O kartce nie rozmawiałam z Denechową ani przed oddaniem do zakładu, ani potem. Kąpałam nieraz Marysię, lecz nie przypominam sobie czy miała jakieś znamiona lub jakieś inne znaki. Ja nie dopuszczam możliwości, że dzieczynką, którą oglądałam w Zakładzie w Helenówku nie była Marysia Jarząbek. Dziecko zostawiłam w przychodni. Na odwrocie fotografii dziecka nie było ani daty, ani nazwiska dziecka. Na moje pytanie, czy pamięta mieszkanie, w którym była w czasie wojny, odpowiedziała, że pamięta maszynę stojącą pod oknem. Odczytano.

Świadek Antonina Baraniak: Znałam dobrze małżonków Powązek. Wtedy jak tworzyło się getto w Warszawie, roku nie pamiętam, Maria Powązkowa przyniosła mi swoje dziecko, dziewczynkę w wieku lat około 4-ech. Poprawiam się, wzięłam dziecko wtedy, gdy w getcie był ferment, już się paliło. Dziecko to znałam jeszcze przed wojną, miało na imię Dziunia, i na początku wojny, gdy chowaliśmy się w piwnicy, Dziunia była jeszcze malutka, czy chodziła nie pamiętam. Mówiła już wówczas zdaniami. Wzięłam dziecko w miesiącu lutym. Dziecko przyprowadziła mi do mieszkania sama Powążkowa. Dziecko było u mnie kilka tygodni, po czym wraz z moją córką zawiozłam do Skierniewic do mojej bratowej i tam zostawiłam jako dziecko swojego kuzyna. Bratowa moja nic nie wiedziała, że dziecko jest żydowskie. W dolnej części szyi dziecko miało znamię wielkości grosza, miała niezgrabny chód platfus, innych charakterystycznych cech nie zauważyłam. W Skierniewicach przebywała około sześciu tygodni, po czym wzięłam ją z powrotem do Warszawy do siebie, gdyż nie mogła być zameldowana w Skierniewicach. Ja porozumiewałam się z matką dziecka i spotykałam się z nią, natomiast z ojcem nie widywałam się w ogóle. Wreszcie kontakt z matką został zerwany, nie przyszła więcej i nic nie wiem, co się z nią stało. Po powrocie ze Skierniewic dziecko było u mnie jeszcze kilka tygodni, po czym za radą ks. Godlewskiego zaprowadziłam ją przed dom Zakładu Ks. Boduena, ul. Nowogrodzka 75 i tam pozostawiłam. Do kieszonki fartuszka córka włożyła karteczkę. Co było napisane nie wiem. Dziecko miało włosy proste, ciemne lecz nie czarne. Koloru włosów nie zmieniałam. Później synek mój mówił mi, że widział Dziunię jak szła z innymi dziećmi zakładu i stąd dowiedziałam się, że dziecko zostało w zakładzie. Było to w parę dni po oddaniu dziecka. Później się już nie interesowałam dzieckiem i nie dowiadywałam. Do końca okupacji już się o dziecku nic nie dowiedziałam. Po okupacji, roku ani miesiąca nie pamiętam, gdy wrócił z obozu Powązek, przyszedł do mnie i ja powiedziałam mu, że dziecko zabrała jego żona, gdyż obawiałam się z jego strony [pretensji], że dziecko zostało oddane do zakładu katolickiego i zostało ochrzczone. Po jakimś czasie powiedziałam mu i poszłam do zakładu z pozwanym. Przypominałam tam siostrom dziewczynkę Marysię. Mówiły, że sobie przypominają, lecz nie mówiły, jakie dały nazwisko. Na kartce włożonej do kieszonki dziecka przy podrzuceniu było napisane imię Marysia. W zakładzie dano adresy, dokąd wysłano dzieci i Powązek czynił poszukiwania. Ja dziecka odszukanego przez Powązka nie widziałam. Natomiast widziała je moja córka, która rozpoznała ją od razu, a również mówiła, że dziecko też ją poznało i zaczęło płakać. Córkę moją dziecko nazywało ciocią i tak samo nazwało ją przy rozpoznaniu już po okupacji. Zaznaczam, że dziecko, gdy było u mnie, miewało chwilami zeza. W czasie rozmowy pochylała główkę. Gdy wzięłam dziecko ze Skierniewic miało zranioną górną wargę na skutek uderzenia grabkami w czasie zabawy z innymi dziećmi. Przez cały czas pobytu u mnie miało wskutek tego małą szramę. Sąsiadami moimi w Warszawie byli Panowscy, od których wiedziałam, że dziecko przyprowadził ojciec najpierw do nich, lecz musieli trzymać je w komórce w ukryciu, gdyż koledzy córki byli przeciwnikami dziecka. Wówczas to Powązkowa przychodziła do mnie i żaliła się z płaczem i prosiła mnie o wzięcie dziecka i wtedy wieczorem przyprowadziła je do mnie. Powązkowa opowiadała mi, że miała jeszcze młodsze dziecko, które pozostawiła w pociągu jadącym do Treblinki a sama uciekła. Powązkowa opowiadała mi, że mąż jej dziecko wywiózł z getta z towarami w żłobku końskim. Dziecko opowiadało, że było raz z ojcem w szopie, że musiała być cicho, gdyż niemcy szukali. W ogóle dziecko było wystraszone i gadatliwe, tak że to było niebezpieczne. Gdy moja starsza córka chciała je wywieźć na wieś, to na stacji dziecko opowiadało przygodnej osobie, że było w getcie i musiało się ukrywać w szopie. Dziecko podrzuciłam przed domem Boduena w końcu maja lub na początku czerwca, roku nie pamiętam. Odprowadziłam dziecko wraz z córką. Córka przygotowała kartkę z imieniem Marysia, gdyż takie imię daliśmy dziecku, a po wyjściu na ulicę jeszcze dopisała zdaje się słowa "jestem bez wyjścia" czy coś podobnego. Pisała opierając kartkę na murze. Wyniosłam dziecko z domu jak paczkę bielizny, owinięte. Następnie w sąsiedniej bramie dziecko odwinęłam i zaprowadziłam przed dom Boduena. Tam zostawiłam dziecko, każąc czekać. Liczyłam na to, że dziecko będzie płakać i ktoś się nim zainteresuje. Szłam z dzieckim drogą okrężną ze Złotej do Alei Jerozolimskiej, później przez Tarczyńską do Nowogrodzkiej, aby dziecko nie trafiło z powrotem. Już po odebraniu dziecka [przez Powązka] na żądanie niejakiego Jankowskiego opisałam dokładnie przeżycia związane z dzieckiem Powązka i zaniosłam to Jankowskiemu. Jankowskiego widziałam raz w Łodzi w towarzystwie Jarząbka, którego później poznałam. Jak dziecko nazwano w zakładzie nie wiem. Natomiast ja uczyłam [ją], że nazywa się Marysia Orlińska. Ja dziecko ukrywałam, a gdy ktoś z sąsiadów wchodził zamykałam je do szafy. Nie pozwalałam dochodzić jej do okna, lecz gdy mnie nie było podchodziła do okna i dlatego sąsiadki ją zauważyły. Z moich okien było widoczne getto b. dobrze. Powązkowa dawała mi różne kwoty pieniężne, lecz żadnego przedmiotu wartościowego nie otrzymałam. Ja miałam dwie maszyny do szycia, jedna stała z boku okna, druga stała z daleka od okna. Oczytano.

Świadek Halina Baraniak: Dziecko przyprowadziła do nas Powązkowa w lutym 1943 roku. Dziecko miało około pięciu lat. Znałam je od urodzenia. Urodziło się latem 1938 roku. Gdy dziecko było u nas, zauważyłam następujące znaki szczególne: znamię brązowe wielkości grosza po lewej stronie szyjki, platfus, chroniczny katarek, przechylała główkę w prawą stronę, gdy mówiła, oraz przy wpatrywaniu się krzywiła oczko, robiąc zeza. Ze wspomnień swoich w getcie opowiadała mi, jak przebywała z ojcem w szopie, jak była przewożona z getta w skrzynce, w korytku końskim, gdzie było brudno i ciasno. Opowiadała przeważnie o ojcu, więcej niż o matce. Z matką dziecka kontaktowałyśmy się, lecz dziecko matki nie widziało, gdyż starałyśmy się, żeby zapomniało o niej. Żadnego dokumentu ani fotografii matka nie dała nam. Nazywaliśmy ją Marysia Orlicka względnie Orłowska i uczyliśmy, że tak się nazywa, lecz nazwiska do końca nie nauczyła się. Nazwisko Powązek znała dobrze, lecz namawialiśmy [ją], żeby tego nie mówiła. Dziecko było u nas kilka tygodni, po czym pojechałam z nią do Skierniewic do ciotki. Nikt tam z rodziny nie wiedział, że dziecko jest żydowskie. Ja stale z nią przebywałam, gdyż była gadatliwa i nieraz opowiadała o przeżyciach w getcie. W czasie pobytu w Skierniewicach bawiła się kilka razy w chowanego z chłopcem i chowała się do szafy. Było to raz lub dwa razy. Raz druga dziewczynka uderzyła ją w górną wargę, po czym pozostała blizna, którą miała do końca pobytu u nas. Ponieważ baliśmy się, że dziecko może zdradzić swe pochodzenie przed różnymi znajomymi, którzy odwiedzali dom ciotki, w końcu maja 1943 r. przewiozłam dziecko znów do Warszawy do domu matki i tam była tydzień do dwóch. Ponieważ był donos, że było dziecko żydowskie, za radą ks. Godlewskiego postanowiłyśmy podrzucić dziecko do zakładu Boduena. Wczesnym rankiem wyniosłyśmy dziecko zawinięte kocem. Po wyjściu z bramy odwinęłyśmy dziecko i zaprowadziłyśmy na ul. Nowogrodzką przez ul. Tarczyńską i zostawiłyśmy dziecko przed Zakładem Ks. Boduena na Nowogrodzkiej. Dziecku włożyłam kartkę do kieszonki, w której podałam imię dziecka Marysia i prosiłam o zaopiekowanie się nim, gdyż sama nie mogę utrzymać. Dziecko nie było uprzedzone, że zostanie oddane do zakładu. Kazałyśmy dziecku poczekać na ulicy przed zakładem, a same oddaliłyśmy się i z daleka obserwowałyśmy dziecko ja i matka moja. Dziecko rozpłakało się. Gdy dzieckiem zainteresowały się jakieś panie, odeszłyśmy do domu. Nie sprawdzałyśmy później, czy dziecko wzięto do zakładu. Brat mój był wtedy dzieckiem i nie mówił, że widział dziecko w zakładzie. Poprawiam się i przypominam sobie teraz, że brat mój mówił do matki, że zdaje mu się, że widział Marysię idącą w parze z dziećmi z zakładu. Nie pamiętam jednak o tym spostrzeżeniu brata wówczas podczas okupacji, czy też już po wojnie. Gdy po wojnie zgłosił się do nas Powązek, byłam z nim w zakładzie Boduena i tam wypytano mnie o szczegóły ubrania dziecka i datę podrzucenia. Powiedziałam, że podrzuciłam dziecko w pierwszych dniach czerwca 1943 r. i opisany przeze mnie ubiór dziecka zgadzał się z ubiorem zapisanym w ewidencji zakładu. Wówczas dano nam adres do sióstr w Brwinowie. Udał się tam najpierw pozwany, a następnie ja przyjechałam. O pobycie w Brwinowie Powązek, gdy przyjechał po mnie opowiadał, że zastał tam dziewczynkę, którą rozpoznał jako swą córkę z pochylenia główki, po oczku z chwilowym zezem i po nóżkach z platfusem. O znamieniu na szyjce nie mówił. Wspomniał również, że ta dziewczynka ma niegładką a ostrą skórkę na ciele jak jego córka. Faktycznie jego córka miała ostrą skórkę. Powązek twierdził, że z całą pewnością ta dziewczynka jest jego córką, lecz chciał się jeszcze upewnić, a również siostra zakonna chciała się zapewnić czy dziecko mnie pozna. W Brwinowie opisałam siostrze wygląd dziecka i wygląd szczególny, po czym okazała mi kilka dziewczynek, z których żadna nie była córką pozwanego. Następnie okazano mi kilka innych dziewczynek i natychmiast rozpoznałam Dziunię Powązek, która na mój widok zaczęła płakać. Wówczas siostra wyprowadziła dziewczynkę i, jak mi później powtórzyła, dziewczynka zapytana o powód płaczu powiedziała, że poznaje mnie, że jestem ciocią Haliną. Rozmawiałam kilka chwil z dzieckiem. Na moje pytanie, czy pamięta jak była w Skierniewicach i chodziłyśmy do lasu powiedziała, że pamięta. Ojca dziecka przy tym nie było, wszedł dopiero kiedy dziecko przestało płakać. Poszła do pozwanego na kolana, po czym pozwany powiedział do niej słowo żydowskie, na co dziewczynka pogładziła ojca po głowie, mówiąc takie same masz włosy tatusiu. Stwierdziłam, że dziewczynka ma to samo znamię po lewej stronie na szyjce. Również miała ślad po skaleczeniu wargi. Miała to samo pochylenie główki.

W 1947 r. zimą zgłosił się do nas jakiś pan Jankowski i zażądał, żeby dać szczegółowy opis, dotyczący przeżycia dziecka Powązka dla celów Komitetu Żydowskiego. Matka sporządziła taki opis i zaniosła. W Skierniewicach nie mogłam się zameldować, ani ja ani dziecko, gdyż nie miałyśmy wymeldunków i to było powodem wyjazdu. Dziecko było zostawione pod parkanem na ulicy Nowogrodzkiej, gdzie było szereg budynków. Matka mówiła do mnie w czasie okupacji, że dziecko jest w Zakładzie Ks. Boduena, lecz nie mówiła, aby miała jakieś wiadomości, że tam się znajduje. Mówiła, że Wiesiek, to jest mój brat, widział dziecko idące w grupie dzieci z zakładu. Przy odbiorze dziecka w Brwinowie żadna z sióstr nie mówiła, że dziecko nazywa się Jarząbek. Mówiły, że ma nazwisko nadane, lecz jakie nie pamiętam. Jestem całkowicie pewna, że dziecko okazane w Helenówku jest dzieckiem pozwanego. Przed pobytem w Skierniewicach siostra moja wzięła dziecko do wsi Barycz za Częstochowę, gdzie mieszkała, lecz po dwóch czy trzech dniach odwiozła, gdyż we wsi była obława. Mówiła, że dziecko na stacji w Częstochowie opowiadało obcej osobie, że pochodzi z getta. Oczytano.

Na wniosek pełnomocników stron Sędzia wyznaczony postanowił przesłuchać Dziunię Grünberg, która na polecenie Sędziego została przez kierowniczkę zakładu Marię Fajngold doprowadzona. Na pytanie Sędziego odpowiada: Mam lat 8. Jestem teraz w Helenówku. Zanim byłam w Helenówku byłam u p. Powązka, a przed tym byłam w klasztorze w Brwinowie. Przed klasztorem w Brwinowie byłam w sześciu klasztorach. W pierwszym klasztorze byłam w Łomnej. Jechałam do tego klasztoru pociągiem, ale skąd nie pamiętam. Pamiętam dobrze, że wtedy nazywałam się Marysia Jarząbek, ale nosiłam już wtedy drugie nazwisko dane mi w klasztorze, Marysia Jelińska. Ja pamiętam to dobrze, ale nie chciałam nikomu powiedzieć i wstydziłam się, gdyż myślałam, że p. Powązek jest moim tatusiem i że zmienił nazwisko. Gdy do klasztoru w Brwinowie przyszedł p. Powązek i pokazałam mu się w pokoju przełożonej to z początku nic nie mówił, a później powiedział, że jestem jego córeczką. Przy mnie do przełożonej mówił p. Powązek, że jego córeczka lubiła drzeć papier i głowę trzymała w dół. Ja byłam pewna, że to mój tatuś. Ja tatusia swojego z dzieciństwa nigdy nie pamiętałam. Pamiętam tylko mamusię i babcię. Nie pamiętam, czy mamusia opowiadała mi kiedyś o tatusiu. Nie pamiętam również, aby mówiła mi, że mój tatuś jest w Uchcie lub żebym ja to kiedyś powtarzała. Pamiętam, że leżałam raz w szopie z mamusią i babcią i gryzły mnie pluskwy. Wiem, że byli niemcy i że była wojna, lecz nie pamiętam, żebym kiedyś widziała niemców. Nigdy nie miałam siostrzyczki ani braciszka. W których klasztorach byłam nie pamiętam. Pamiętam tylko pierwszy klasztor w Łomnej, w Pruszkowie, w Kosztowcu i ostatni w Brwinowie. W Brwinowie gdy byłam to już nie było wojny. Jak był u mnie w Brwinowie p. Powązek, to później przyprowadził tę panią (wskazuje na obecną Halinę Baraniak). Ja wówczas rozpłakałam się, gdyż pamiętałam, że panią tę widziałam. Nie pamiętam, żebym nazywała ją ciocią lub żebym mówiła do siostry przełożonej, że to jest moja ciocia. Ja nie wiedziałam, że jestem żydówką i nawet gdy byłam w Łodzi u p. Powązka i on mi mówił, że jestem żydówką, to ja nie chciałam w to wierzyć. Pan Powązek nie mówił do mnie żadnego żydowskiego słowa. Ja przytulałam się do p. Powązka, ponieważ myślałam, że to mój tatuś i powiedziałam do niego, że ma takie same włosy jak ja. Nie słyszałam nigdy o takim mieście Skierniewice. Pamiętam nazwisko p. Majewskiej i pamiętam, że u niej mieszkałam. Pamiętam, że jechałam z p. Majewską parę godzin pociągiem, lecz dokąd nie pamiętam. Ja p. Majewskiej nie poznałabym. Teraz poznaję, gdyż widziałam ją w Helenówku. Pamiętam, że u p. Majewskiej była Krysia, dziewczynka już starsza niż ja obecnie. Był jeszcze chłopiec Jurek starszy ode mnie i drugi chłopiec Danek młodszy ode mnie. Bawiłam się zwykle z Jurkiem i Dankiem. Wolałam się bawić z Jurkiem. Jurek czasem był dla mnie niedobry. Szczypał mnie. Nie pamiętam, żebym mieszkała u jakiejś starszej pani. Nie pamiętam, żeby mnie zawinięto w koc jak pakunek i wynoszono z domu. Pamiętam, że jakaś pani wiozła mnie tramwajem i później zostawiła mnie na ulicy. Stamtąd wzięło mnie dwóch panów i pamiętam, że zawieziono mnie do Łomnej. Nie pamiętam, czy pytano mnie, jak się nazywam. W Łomnej pytały mnie siostry, jak się nazywam i mówiłam, że Marysia Jarząbek. W klasztorach opiekowały się nami starsze dziewczynki. Nie pamiętam, żebym p. Powązkowi opowiadała, że z nim leżałam w szopie, ale pamiętam dobrze, że w szopie leżałam z mamusią i babcią, a tatusia w ogóle nigdy nie znałam. Na zapytanie, którą z pań sobie więcej przypomina - okazano świadka Majewską i świadka Antoninę Baraniak - [dziewczynka] wskazuje na świadka Majewską, ale ta druga Pani też jest mi znajoma. Na pytanie świadka Antoniny Baraniak, czy przypomina sobie jak odbierała smoczek małemu dziecku i sama ssała, i jak wyjadła smalec, i że była w Skierniewicach, dziecko odpowiada przecząco. Na pytanie świadka Majewskiej, czy pamięta konia na biegunach, odpowiada twierdząco. Na pytanie, czy pamięta wuja Mundka, dziecko odpowiada przecząco. Następnie dziecko zeznaje: Gdy pierwszy raz dowiedziałam się, że pan, który przyszedł do mnie do Helenówka nazywa się Jarząbek, to pomyślałam, że to może być mój tatuś. Trzeciego dnia powiedział mi, że on jest moim tatusiem, lecz ja nie powiedziałam, że nazywałam się również Jarząbek, bo się wstydziłam, dopiero dużo później to mu powiedziałam. Kiedy już byłam w Helenówku, to gdy jechałam tramwajem i widziałam jakąś panią lub pana, to sobie myślałam, że to moja mamusia lub tatuś. Przypominam sobie tę panią (wskazuje na Halinę Baraniak), ale skąd nie pamiętam. Na pytanie świadka Haliny Baraniak, czy pamięta jak chodziła do lasu zbierać kwiatki, jak bawiła się z Markiem piłeczką i chowała do szafy, dziecko po namyśle odpowiada przecząco. Na pytanie, czy pamięta jak podlewała kwiatki konewką, odpowiada przecząco. Na pytanie, czy pamięta jak widziała kolejkę do kościoła, odpowiada "napewno nie". Również odpowiada przecząco [na pytanie], czy pamięta wysoką panią z warkoczami, którą lubiła czesać. Dziecko zeznaje dalej: Tę panią poznaję (wskazuje na Krystynę Majewicz) i nazywa się Krysia. Pamiętam u p. Majewskiej bawiłam się z nią. Nie pamiętam, w co się bawiłam. Najwięcej pamiętam Jurka. Pamiętam, że byli wszyscy razem - i Danek, i Krysia, i Jurek. Na pytanie pozwanego dziecko odpowiada: Pamiętam, że leżałam na słomie z babcią i mamusią, ale ani p.Powązka, ani tatusia wtedy nie było. Gdy mnie przywiózł p. Powązek do Łodzi, powiedziałam na p. Grinbergową, że to moja mamusia, bo ma złote zęby. Pamiętam, że moja mamusia miała złote zęby, włosy mamusia miała ciemne. Nie pamiętam, żebym mówiła po przyjeździe do Łodzi, że chowałam się z tatusiem po piwnicach, w szopie i bunkrze. Na pytanie, czy pamięta jak była wieziona z getta w skrzynce i obijała sobie głowę, odpowiada przecząco. Na pytanie, czy pamięta jak do siostry przełożonej w Brwinowie powiedziała, że poznaje tatusia po włosach, dziecko milczy, następnie kiwa twierdząco głową, a na pytanie dlaczego, nie odpowiada, zaczyna płakać. Badanie trwało 3 godziny, od godz. 16-ej do 19-ej. Na widok powoda dziecko reaguje uśmiechem i na jego oświadczenie, że w Helenówku pierwsza mu powiedziała, że jest jej tatusiem i że mamusia nazywała się Fela, dziecko potwierdza to i oświadcza, że mamusia nazywała się Fela, imienia ojca natomiast nie pamięta. W tym miejscu nastąpiła zmiana protokólanta. Protokólant /-/ Z. Gabrysiewicz. W dalszym ciągu posiedzenia protokółował Franciszek Witkowski.

Świadek Halina Baraniak dodatkowo zeznaje: W Brwinowie dziecko rozmawiało, śmiało się tak jak tutaj. Gdy pytałam, czy pamięta jak bawiłyśmy się piłką i podlewałyśmy kwiatki, odpowiadała twierdząco, następnie sama pytała, czy napewno tatuś po nią przyjedzie i przywiezie sukienkę. Po dzisiejszym widzeniu dziecka twierdzę kategorycznie, że to jest to samo dziecko, które było u nas od Powązkowej, tylko dziś ma większego zeza. W Skierniewicach bawiła się z chłopcem Markiem, a najwięcej z młodszą od siebie dziewczynką Krysią.

Świadek Baraniak Antonina dodatkowo zeznaje: Po okupacji pierwszy raz widzę dziecko, poznaję dziecko dobrze po niezgrabnym chodzie, kurzajkach na rękach i po znaku na szyjce. Powązkowa miała taki sam chód, również rysy dziecka są bardzo podobne do dziecka Powązka.

Świadek Majewska Helena dodatkowo zeznaje: Dzisiaj dziecku przyjrzałam się dobrze i jestem pewna, że jest to dziecko Jarząbków, które było u mnie. U mnie były dzieci: Krysia Majewicz, Jurek Brysz, który był u mnie około tygodnia w połowie maja 1943 roku, oraz syn mój Bohdan nazywany Dankiem mający dwa lata. Jurek miał 9 lat. Z Jurkiem lubiła się bawić, chociaż ją szczypał. Wykluczam wszelką możliwość pomyłki z mej strony w rozpoznaniu dziecka. Zeza wówczas u niej nie zauważyłam, znamienia na szyi nie zauważyłam wówczas, zgrubienie na muszli usznej stwierdziłam u niej dzisiaj takie samo jak w czasie pobytu u mnie.

Świadek Maria Milsztajn: Przy przyjęciu dziecka w zakładzie w Helenówku nie byłam obecna. Ponieważ był już w zakładzie Henio Grinberg, którego uważałam za brata Dziuni Grinberg, dziwiło mnie, że chłopiec jest faworyzowany, a stosunek do dziewczynki raczej obojętny. Spytałam Grinbergowej o przyczynę tego. Powiedziała mi wówczas, że Dziunia nie jest naszym dzieckiem, a tylko koleżanki, która zginęła. Mówiła mi, że ta koleżanka była nauczycielką. Później gdy wynikła sprawa czyim dzieckiem jest Dziunia Grinberg, powiedziałam Grinbergowej w obecności kierowniczki, że mówiła mi, że Dziunia nie jest jej dzieckiem. Grinbergowa zaprzeczała, lecz słabo. Grinbergowa mówiła do mnie o Dziuni Grinberg, że jest dzieckiem koleżanki w kilka miesięcy po oddaniu Dziuni, w jesieni 1946 r. Pozwany przychodził do zakładu b. rzadko. Dopiero gdy był spór o dziecko poznałam go. Przedtem o pozwanym nic nie słyszałam. Teraz wiem, że pozwany jest mężem Grinbergowej. Jak powstał spór o dziecko Grinbergowa twierdziła, że Dziunia jest dzieckiem pozwanego. W czasie rozmowy u kierowniczki Grinbergowa mówiła, że mają tyle nieprzyjemności w związku ze sprawą o dziecko i wówczas ja powiedziałam, że przecież mówiła ona sama, że to nieprawe dziecko. Ona zaprzeczyła, że tego chyba nie mówiła. Pozwany w czasie wizyt w zakładzie niewłaściwie się zachowywał, wywołując scysje. Raz odebrał dziewczynce jakąś fotografię Dziuni. Innym razem miał do mnie pretensje z powodu tego, że Dziunia nie chciała przyjąć od niego łakoci, był tak arogancki, że raz go wyprosiłam z zakładu.

Na wniosek pełnomocnika pozwanego Sędzia zarządza konfrontację ze świadkiem Grinbergową. Świadek Grinbergowa Sonia kategorycznie twierdzi, że ani nie była pytaną przez Milsztajnową, dlaczego faworyzuje syna a obojętnąjest dla córki, ani nie mówiła do Milsztajnowej, że Dziunia jest córką jej koleżanki nauczycielki. Świadek Milsztajnowa podtrzymuje swoje zeznanie i oświadcza, że dobrze pamięta treść rozmowy z Grinbergową. Odczytano.

Świadek Gold Lucja: Grinbergowa uchodziła w zakładzie jako matka dziecka. Raz niepytana zwierzyła mi się, że nie jest matką dziecka, że Dziunia jest córką jej siostry, która zginęła w czasie wojny i dziecko było w klasztorze. O ojcu dziecka nic nie wspominała.

Świadek Barenholc Pola: Grinbergowa, gdy pytałam ją, czy Dziunia jest siostrą Henia, powiedziała mi w tajemnicy, że Dziunia jest krewnąjej męża obecnego, zdaje się mówiła, że córeczką jego ciotki. Nie mówiła mi nigdy, że to jest córka jej męża. Stanowczo pozwany nie mówił mi nigdy, że Dziunia jest jego córką. Grinbergowa zastrzegała tajemnicę i rozumiałam, że nawet z mężem jej nie powinnam o tem mówić. Zdaje się mówiła Grinbergowa, żeby nie mówić o tem z mężem. Mówiła Grinbergowa, że mąż przyjął Dziunię za córeczkę i że Dziunia uważa go za tatusia, a ją za mamusię. Było tak, że pozwany wobec dziecka mówił, że jest jego córeczką. Świadek Grinbergowa skonfrontowana ze świadkiem Barenholc oświadcza: nie mówiłam nigdy Barenholcowej, czyim dzieckiem jest Dziunia, w szczególności nie mówiłam, że jest krewną męża. Świadek Barenholc potwierdza swoje zeznanie i dodaje, że znała Grinbergową wcześniej i wiedziała, że ma tylko jedno dziecko. Świadek Grinbergowa oświadcza, że mówiła Barenholcowej, że Powązka znała jeszcze z czasów panieńskich.