Chłopiec, który zaginął - Dror Mishani

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Na­prze­ciw­ko sie­dzia­ła mat­ka. Jesz­cze jed­na mat­ka.

W trak­cie dy­żu­ru roz­ma­wiał już z dwie­ma. Pierw­sza była wy­jąt­ko­wo mło­da i pięk­na. Mia­ła na so­bie bia­ły, ob­ci­sły try­kot, pod któ­rym pięk­nie ry­so­wa­ły się jej oboj­czy­ki. Skar­ży­ła się, że jej syna po­bi­to na szkol­nym dzie­dziń­cu. Wy­słu­chał jej cier­pli­wie i obie­cał, że zaj­mie się spra­wą.

Dru­ga mat­ka do­ma­ga­ła się przy­sła­nia po­li­cyj­nych de­tek­ty­wów, żeby śle­dzi­li jej cór­kę i do­wie­dzie­li się, dla­cze­go ta roz­ma­wia szep­tem przez te­le­fon, a w nocy za­my­ka się w po­ko­ju na klucz.

Ostat­nio we wszyst­kich no­tat­kach z dy­żu­rów po­ja­wia­ły się po­dob­ne skar­gi. Ty­dzień wcze­śniej ja­kaś ko­bie­ta skar­ży­ła się na te­ściów, któ­rzy rze­ko­mo rzu­ci­li na nią urok. Awi Aw­ra­ham był pe­wien, że po­li­cjan­ci z ko­mi­sa­ria­tu za­trzy­mu­ją lu­dzi na uli­cy i zmu­sza­ją do skła­da­nia fał­szy­wych ta­kich ze­znań tyl­ko po to, żeby mu do­ku­czyć. Na dy­żu­rach in­nych śled­czych nie po­ja­wia­ły się ta­kie zgło­sze­nia.

Dzie­sięć po szó­stej Aw­ra­ham Aw­ra­ham nadal sie­dział w biu­rze. Spoj­rzał przez okno i za­uwa­żył, że na ze­wnątrz robi się ciem­no. Wie­dział już, co so­bie kupi na obiad, kie­dy bę­dzie wra­cał do domu, i co obej­rzy w te­le­wi­zji pod­czas je­dze­nia. Ale naj­pierw musi uspo­ko­ić trze­cią mat­kę. Pa­trzył na ekran mo­ni­to­ra i cze­kał na wła­ści­wy mo­ment. Za­py­tał:

- Wie pani, cze­mu nie ma kry­mi­na­łów po he­braj­sku?

- Co ta­kie­go?

- Cze­mu nie ma kry­mi­na­łów. Dla­cze­go w Izra­elu nikt nie pi­sze ksią­żek w sty­lu Aga­thy Chri­stie czy ta­kich jak Męż­czyź­ni, któ­rzy nie­na­wi­dzą ko­biet?

- Nie znam się za do­brze na książ­kach.

- No to pani po­wiem. Bo u nas nie ma ta­kich prze­stępstw. Nie mamy se­ryj­nych mor­der­ców, po­rwań, pra­wie nie ma gwał­ci­cie­li ata­ku­ją­cych ko­bie­ty na uli­cy. Tu­taj je­śli ktoś po­peł­ni prze­stęp­stwo, to jest to na ogół są­siad, wu­jek albo dzia­dek i nie po­trze­bu­je­my skom­pli­ko­wa­ne­go śledz­twa, żeby usta­lić, kto je po­peł­nił, i za­mknąć spra­wę. U nas po pro­stu nie ma wiel­kich ta­jem­nic. Naj­lep­sze roz­wią­za­nie jest za­wsze naj­prost­sze. Pró­bu­ję pani po­wie­dzieć, że praw­do­po­do­bień­stwo, że pani sy­no­wi coś się sta­ło, jest nie­wiel­kie, i nie mó­wię tego, by pa­nią uspo­ko­ić. Tak wy­ni­ka ze sta­ty­styk i nie ma żad­nych oznak wska­zu­ją­cych na to, że w tym wy­pad­ku jest in­a­czej. Bę­dzie w domu za go­dzi­nę albo trzy, naj­póź­niej ju­tro rano, za­pew­niam pa­nią. Pro­blem po­le­ga na tym, że je­śli przyj­mę te­raz zgło­sze­nie, że pani syn po­zo­sta­je bez opie­ki, będę mu­siał wy­słać po­li­cjan­tów, żeby za­czę­li go szu­kać. A z do­świad­cze­nia wiem, że praw­do­po­dob­nie znaj­dzie­my go w miej­scu, w któ­rym nie chcia­ła­by go pani wi­dzieć. Co mam zro­bić, je­śli znaj­dę przy nim jo­in­ta? Nie będę miał wy­bo­ru, mu­szę za­ło­żyć mu spra­wę kar­ną. Dla­te­go uwa­żam, że nie ma sen­su za­czy­nać po­szu­ki­wań te­raz, chy­ba że ma pani prze­czu­cie, że coś mu się sta­ło, i może mi pani dać ja­kąś wska­zów­kę, wy­ja­śnić, cze­mu tak pani uwa­ża. Je­śli tak, zgła­sza­my za­gi­nię­cie i roz­po­czy­na­my po­szu­ki­wa­nia. Je­śli nie, pro­po­nu­ję za­cze­kać do ju­trzej­sze­go ran­ka.

Przy­glą­dał się jej uważ­nie, spraw­dza­jąc, ja­kie wra­że­nie zro­bi­ła na niej jego prze­mo­wa. Wy­glą­da­ła na za­gu­bio­ną. Nie była przy­zwy­cza­jo­na do szyb­kie­go po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji ani do upie­ra­nia się przy swo­im. Po­wie­dzia­ła:

- Nie wiem, czy coś mu się sta­ło. Ale to nie­po­dob­ne do nie­go tak zni­kać. Nig­dy do­tąd coś ta­kie­go się nie zda­rzy­ło.

Pięt­na­ście mi­nut póź­niej nadal sie­dzie­li na­prze­ciw­ko sie­bie w jego ma­łym po­ko­ju. Nie wy­szedł na pa­pie­ro­sa od pią­tej. Na biur­ku le­ża­ła przed nim pacz­ka time'ów, a w niej mała czar­na za­pal­nicz­ka BIC. Do­dat­ko­we za­pal­nicz­ki miał w obu kie­sze­niach spodni i w kie­szon­ce ko­szu­li.

- Prze­śledź­my jesz­cze raz punkt po punk­cie, co się sta­ło, i za­sta­nów­my się, co pani zro­bi po po­wro­cie do domu, je­śli syna nadal nie bę­dzie. W po­rząd­ku? Mówi pani, że wy­szedł do szko­ły jak zwy­kle. O któ­rej? Mó­wi­ła pani, że za dzie­sięć ósma?

- Nie pa­trzy­łam na ze­ga­rek, mó­wi­łam panu. Ale tak jak każ­de­go ran­ka. Może za kwa­drans ósma.

Od­su­nął kla­wia­tu­rę kom­pu­te­ra i na kart­ce za­pi­sał krót­kie zda­nia zna­le­zio­nym w szu­fla­dzie dłu­go­pi­sem po­zba­wio­nym me­ta­lo­wej koń­ców­ki. Dziw­nie przez to trzy­mał dłu­go­pis, wła­ści­wie za wkład. Opusz­ki miał po­pla­mio­ne nie­bie­skim tu­szem.

- Do­kład­na go­dzi­na nie jest waż­na, pro­szę pani. Wziął swój ple­cak jak zwy­kle? Za­uwa­ży­ła pani, czy za­brał ze sobą coś nie­ty­po­we­go, czy ple­cak był bar­dziej wy­pcha­ny, czy w sza­fie bra­ku­je ubrań?

- Nie spraw­dza­łam sza­fy.

- A kie­dy zo­rien­to­wa­ła się pani, że nie za­brał swo­jej ko­mór­ki?

- W cią­gu dnia, gdy sprzą­ta­łam jego po­kój.

- Co­dzien­nie sprzą­ta pani po­kój syna?

- Słu­cham? Nie, nie co­dzien­nie. Cza­sa­mi, jak jest brud­no.

Wy­glą­da­ła na taką, któ­ra sprzą­ta co­dzien­nie. Drob­na, o ma­łych dło­niach, sie­dzia­ła zgar­bio­na na brze­gu krze­sła, a na jej ko­la­nach le­ża­ła nie­co sfa­ty­go­wa­na czar­na skó­rza­na tor­ba. Ko­bie­ta jed­ną ręką przy­trzy­my­wa­ła tor­bę, w dru­giej ści­ska­ła mały te­le­fon ko­mór­ko­wy, nie­bie­ski, prze­sta­rza­ły mo­del Sam­sun­ga. A więc ta zgar­bio­na ko­bie­ta, mat­ka szes­na­sto­lat­ka, była wła­ści­wie w jego wie­ku, może dwa lata star­sza. Mia­ła nie wię­cej niż czter­dzie­ści lat.

Nie za­pi­sy­wał tego, co mó­wi­ła, nie było to aż tak istot­ne.

- Te­le­fon był wy­łą­czo­ny, praw­da? Tak pani mó­wi­ła?

- Tak, był wy­łą­czo­ny. Le­żał na biur­ku w po­ko­ju.

- Włą­czy­ła go pani?

- Nie. Są­dzi pan, że po­win­nam?

To było pierw­sze py­ta­nie, ja­kie mu za­da­ła. Jej pal­ce za­ci­snę­ły się na to­reb­ce, wy­da­wa­ło mu się, że sły­szy oży­wie­nie w jej gło­sie, tak jak­by po­wie­dział, że w chwi­li kie­dy włą­czy te­le­fon, syn za­dzwo­ni i za­pew­ni, że wła­śnie wra­ca do domu.

- Nie wiem, pro­szę pani. W każ­dym ra­zie ra­dzę ją włą­czyć, gdy tyl­ko wró­ci pani do domu.

- Jak zna­la­złam jego ko­mór­kę, mia­łam złe prze­czu­cie. Nie pa­mię­tam, żeby on kie­dy­kol­wiek za­po­mniał te­le­fo­nu.

- Do­brze, za­pi­sa­łem. Za­dzwo­ni­ła pani do jego ko­le­gi ze szko­ły do­pie­ro po po­łu­dniu, tak?

- Za­cze­ka­łam do czwar­tej, bo cza­sem się spóź­niał, a w śro­dy mają wię­cej za­jęć i wra­ca do­pie­ro o trze­ciej, wpół do czwar­tej. O czwar­tej za­dzwo­ni­łam.

- Wie­rzy pani temu ko­le­dze?

- Tak - po­wie­dzia­ła zde­cy­do­wa­nie, ale po chwi­li za­czę­ła się wa­hać. - Dla­cze­go miał­by kła­mać? Sły­szał, że się mar­twię.

- Nie wiem, czy kła­mał, pro­szę pani, nie znam go. Wiem tyl­ko, że przy­ja­cie­le cza­sem kry­ją je­den dru­gie­go, a je­śli syn po­sta­no­wił pójść na wa­ga­ry, po­je­chać do Tel Awi­wu i na przy­kład zro­bić so­bie ta­tu­aż, mógł o tym po­wie­dzieć swo­je­mu naj­lep­sze­mu przy­ja­cie­lo­wi, ale po­pro­sić, żeby ten ni­ko­mu nic nie mó­wił.

Czy ja bym tak zro­bił?, po­my­ślał. Nie wie­dział, czy te­raz ucznio­wie nadal uży­wa­ją sło­wa "wa­ga­ro­wać". Może dla­te­go, że ko­bie­ta była tak wy­stra­szo­na tym miej­scem, sie­dze­niem w po­ko­ju prze­słu­chań, jego mun­du­rem, a może też z po­wo­du póź­nej go­dzi­ny, nie po­wie­dział jej, że uczył się w tej sa­mej szko­le i że pa­mię­ta, jak cho­dził ran­kiem na przy­sta­nek przy uli­cy Szen­kar i cze­kał na au­to­bus nu­mer 1 lub 3, żeby po­je­chać do Tel Awi­wu za­miast do szko­ły. Nie mó­wił o tym ni­ko­mu, na­wet zna­jo­mym. Ob­my­ślał też całą hi­sto­rię na wy­pa­dek, gdy­by spo­tkał któ­re­goś z na­uczy­cie­li.

- Dla­cze­go miał­by po­je­chać i nic nie po­wie­dzieć? Nig­dy w ży­ciu cze­goś ta­kie­go nie zro­bił.

- Może tak, a może nie, war­to to wy­ja­śnić. Je­śli nie bę­dzie go w domu, jak pani wró­ci, ra­dzę po­roz­ma­wiać jesz­cze raz z jego przy­ja­cie­lem, może też z in­ny­mi ko­le­ga­mi, i do­wie­dzieć się, gdzie pani syn cza­sa­mi się wy­bie­ra. Może ma dziew­czy­nę, o któ­rej pani nie wie, może to coś in­ne­go. Niech pani spró­bu­je so­bie przy­po­mnieć, czy nie mó­wił, że ma ja­kieś pla­ny na śro­dę? Może po­wie­dział, a pani za­po­mnia­ła?

- Ja­kie mógł mieć pla­ny? Nic mi nie mó­wił.

- A co z jego ro­dzeń­stwem? Może im po­wie­dział coś, co mo­gło­by nas uspo­ko­ić? Albo in­nym krew­nym, ku­zy­no­wi, dziad­ko­wi?

Wy­da­wa­ło mu się, że py­ta­nie znów coś w ko­bie­cie obu­dzi­ło, ja­kąś myśl, ale tyl­ko na chwi­lę. A może się my­lił. Przy­szła na ko­mi­sa­riat, bo mia­ła na­dzie­ję, że ktoś zdej­mie z niej od­po­wie­dzial­ność i roz­pocz­nie po­szu­ki­wa­nia, a ta roz­mo­wa tyl­ko ją zdez­o­rien­to­wa­ła. To nie ona po­win­na tu sie­dzieć. Gdy­by jej mąż był w kra­ju, to on by tra­fił do po­ko­ju Aw­ra­ha­ma; ona nie mu­sia­ła­by dzwo­nić, gro­zić, pró­bo­wać wy­ko­rzy­sty­wać zna­jo­mo­ści. Tym­cza­sem musi wró­cić do domu ze wska­zów­ka­mi, jak sama ma szu­kać swo­je­go syna, a ten de­tek­tyw mówi o jej chłop­cu, jak­by był kimś zu­peł­nie in­nym. To, że za­czął uży­wać licz­by mno­giej, żeby nie czu­ła się w tej sy­tu­acji taka sa­mot­na, nie po­ma­ga­ło. My­ślał, że ona ma­rzy już, żeby ta roz­mo­wa się skoń­czy­ła, a jed­nak nie chcia­ła wra­cać do domu. On z ko­lei już bar­dzo chciał. I wła­śnie wte­dy, gdy ona nie zwra­ca­ła na nie­go uwa­gi, na­pi­sał na gó­rze kart­ki "Ofer Sze­ra­bi" i pod­kre­ślił dwie­ma fa­li­sty­mi li­nia­mi.

- Rzad­ko roz­ma­wia z ro­dzeń­stwem - po­wie­dzia­ła. - Jego brat ma pięć lat, a z sio­strą nie jest zbyt bli­sko.

- Nie za­szko­dzi za­py­tać. I jesz­cze jed­no: czy są w domu ja­kieś kom­pu­te­ry?

- Tak. W po­ko­ju Ofe­ra i jego bra­ta.

- No to jesz­cze może pani spraw­dzić jego ema­ile i pro­fil na fa­ce­bo­oku, je­śli ma. Może na­pi­sał do ko­goś coś, co po­mo­że nam prze­stać się mar­twić. Wie pani, jak so­bie po­ra­dzić?

Do­brze wie­dział, że ona nie za­mie­rza tego zro­bić, więc cze­mu jej to mó­wił? Wró­ci do domu i bę­dzie cze­kać. Każ­dy dzwo­nek te­le­fo­nu i dźwięk do­bie­ga­ją­cy z przed­po­ko­ju bę­dzie ją pod­ry­wał na nogi. Na­wet je­śli jej syn nie wró­ci na noc do domu, ona nie zro­bi nic. Bę­dzie cze­kać do rana i wró­ci na ko­mi­sa­riat w tym sa­mym ubra­niu, w któ­rym spę­dzi noc. Wró­ci do nie­go. Może za­dzwo­ni jesz­cze raz do męża, ale on jej nie uspo­koi.

Za­pa­dła ci­sza. Ko­bie­ta nie od­po­wie­dzia­ła na jego ostat­nie py­ta­nie. Albo po­czu­ła się ob­ra­żo­na, albo była zbyt za­że­no­wa­na, żeby się przy­znać, że nie po­tra­fi zro­bić tego, co jej za­pro­po­no­wał.

- Niech pani po­słu­cha, ja na­praw­dę sta­ram się po­móc. Pani syn nie ma za­ło­żo­nej kar­to­te­ki, sama pani mówi, że jego za­cho­wa­nie nie od­bie­ga­ło od nor­my. Nor­mal­ne dzie­ci nie zni­ka­ją. Mogą zde­cy­do­wać, że nie idą do szko­ły, mogą uciec z domu na kil­ka go­dzin, mogą też wsty­dzić się wró­cić, po­nie­waż przy­da­rzy­ło im się coś, co uwa­ża­ją za tak strasz­ne, że nig­dy im się tego nie wy­ba­czy, mimo że zwy­kle oka­zu­je się, że to ja­kiś dro­biazg. Ale nie zni­ka­ją. Przed­sta­wię pani praw­do­po­dob­ny sce­na­riusz: pani syn po­sta­no­wił dzi­siaj nie iść do szko­ły, bo miał waż­ny spraw­dzian, do któ­re­go się nie przy­go­to­wał. Wie pani, czy miał mieć dzi­siaj kla­sów­kę? Może niech pani za­py­ta jego ko­le­gów. Nie na­uczył się, a że był przy­zwy­cza­jo­ny, że do­sta­je do­bre oce­ny i nie chciał roz­cza­ro­wać ro­dzi­ców, to po pro­stu nie po­szedł do szko­ły. Krę­cił się po uli­cach albo po­je­chał do cen­trum han­dlo­we­go, tam zo­ba­czył go na­uczy­ciel lub ktoś, kto pa­nią zna, i chło­pak spa­ni­ko­wał, a te­raz wy­da­je mu się, że cały świat wie, że jest na wa­ga­rach, i dla­te­go nie wra­ca do domu. Tak za­cho­wu­ją się nor­mal­ne dzie­ci. Więc je­śli nic pani przede mną nie ukry­wa, nie ma się czym mar­twić.

- Co mo­gła­bym ukry­wać? Chcę, że­by­ście go zna­leź­li. On nie ma jak się ze mną skon­tak­to­wać bez swo­jej ko­mór­ki... - Jej głos drżał.

Roz­mo­wa pro­wa­dzi­ła do­ni­kąd. Trze­ba było ją prze­rwać. Awi Aw­ra­ham wes­tchnął i za­py­tał:

- Pani mąż wra­ca za kil­ka dni?

- Za dwa ty­go­dnie. Po­pły­nął do Trie­stu. Może zejść ze stat­ku do­pie­ro za czte­ry dni, gdy za­wi­ną do pierw­sze­go por­tu.

- Nie bę­dzie mu­siał nig­dzie scho­dzić. A gdzie jest te­raz ro­dzeń­stwo Ofe­ra?

- U są­siad­ki.

Na­gle uświa­do­mił so­bie, że po raz pierw­szy pod­czas tej roz­mo­wy wy­po­wie­dział imię chłop­ca na głos. Ofer. Pięk­ne imię, na­tych­miast zmie­nił swo­je na Ofer, tak jak to zwy­kle ro­bił, gdy sły­szał inne pięk­ne imio­na. Po gło­wie cho­dzi­ły mu róż­ne wer­sje: Ofer Aw­ra­ham. Ko­men­dant Ofer Aw­ra­ham. Ko­mi­sarz Ofer Aw­ra­ham. Ge­ne­ral­ny In­spek­tor Po­li­cji Izra­el­skiej Ofer Aw­ra­ham ogło­sił dzi­siaj swo­ją dy­mi­sję z przy­czyn oso­bi­stych.

- Ra­dził­bym pani wró­cić do dzie­ci i je­stem pew­ny, że nie zo­ba­czy­my się ju­tro. W każ­dym ra­zie bar­dzo pro­szę o kon­takt ze mną ju­tro rano, żeby po­wie­dzieć, jak wy­glą­da sy­tu­acja.

Po­ło­żył dłu­go­pis na kart­ce i wy­pro­sto­wał się na krze­śle. Ko­bie­ta nie wsta­ła. Je­śli nie po­wie jej wy­raź­nie, że roz­mo­wa jest skoń­czo­na, nie wyj­dzie. Może war­to za­dać jej jesz­cze kil­ka py­tań, ona tak bar­dzo nie chce zo­stać sama. Do­pie­ro wte­dy Awi Aw­ra­ham zdał so­bie spra­wę, że pod­czas roz­mo­wy, bez­wied­nie, na­ry­so­wał na kart­ce pa­pie­ru nie­bie­ską po­stać czło­wie­ka - dłu­ga kre­ska od szyi przez brzuch po mied­ni­cę; na jed­nym koń­cu dwie uko­śne li­nie przed­sta­wia­ją­ce nogi, na dru­gim koń­cu dwie kre­ski rąk, na gó­rze okrąg ozna­cza­ją­cy gło­wę, owi­nię­ty czymś, co wy­glą­da­ło jak sznur, spod któ­re­go ka­pa­ły nie­bie­skie kro­ple krwi. A może łez? Choć nie miał żad­ne­go po­wo­du, przy­krył kart­kę dło­nią. Jego pal­ce były po­pla­mio­ne nie­bie­skim tu­szem.

Nie­bo nad po­ste­run­kiem po­li­cji i in­sty­tu­tem tech­no­lo­gii było już cał­kiem czar­ne, gdy po siód­mej wy­cho­dził z bu­dyn­ku. Skrę­cił w pra­wo, w uli­cę Pich­ma­na, a na­stęp­nie w lewo, w Gol­dy Meir, i wto­pił się w tłum idą­cy dłu­gim dep­ta­kiem, łą­czą­cym osie­dla Neve Re­mez i Ki­riat Sza­ret. Wol­niej, nie ma po­śpie­chu. To był przy­jem­ny wie­czór na po­cząt­ku maja. W nad­cho­dzą­cych mie­sią­cach nie bę­dzie wie­lu ta­kich wie­czo­rów.

Szedł po­wo­li, a za nim utwo­rzył się ko­rek z pie­szych, w więk­szo­ści star­szych od nie­go o dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści lat, ubra­nych w dre­so­we spodnie i ko­szul­ki z krót­kim rę­ka­wem. Zwal­nia­li i wa­ha­li się chwi­lę, po czym scho­dzi­li na pia­sek, kuś­ty­ka­jąc, okrą­ża­li umun­du­ro­wa­ne­go po­li­cjan­ta, po czym wra­ca­li na as­fal­to­wą ścież­kę. Ko­bie­ta, któ­ra mo­gła­by być jego mat­ką, wpa­dła na nie­go, od­wró­ci­ła się, po­wie­dzia­ła "prze­pra­szam", i na­gle ude­rzył go ha­łas prze­jeż­dża­ją­cych uli­cą sa­mo­cho­dów. Były tak gło­śne, jak­by ktoś wy­mon­to­wał z nich tłu­mi­ki. Aw­ra­ham zdał so­bie spra­wę, że przez kil­ka mi­nut nic nie sły­szał. Słu­chał tyl­ko sie­bie, swo­je­go we­wnętrz­ne­go gło­su. Ta ko­bie­ta nie da mu spo­ko­ju. Przy­po­mniał so­bie mor­der­stwo In­ba­la Am­ra­ma. W wy­ro­ku są­do­wym w tej spra­wie, któ­ry ro­ze­sła­no ma­ilem do wszyst­kich po­ste­run­ków w kra­ju, na­pi­sa­no, że po­li­cja za­nie­dba­ła po­szu­ki­wa­nia i od­po­wia­da za śmierć. Ale tym ra­zem oko­licz­no­ści były zu­peł­nie inne. Syn ko­bie­ty, któ­ra do­pie­ro co sie­dzia­ła na­prze­ciw nie­go w biu­rze, nie znik­nął w nocy, nie ma też żad­nych sy­gna­łów, któ­re uza­sad­nia­ły­by na­tych­mia­sto­we roz­po­czę­cie roz­le­głych i kosz­tow­nych po­szu­ki­wań. Aw­ra­ham w obec­no­ści mat­ki spraw­dził na­wet oko­licz­ne szpi­ta­le, na wy­pa­dek, gdy­by tra­fił tam chło­piec re­agu­ją­cy na imię Ofer czy na­zwi­sko Sze­ra­bi lub pa­su­ją­cy do jego ry­so­pi­su. Przed wyj­ściem z ko­mi­sa­ria­tu po­pro­sił, żeby wszyst­kie ra­por­ty zwią­za­ne ze spra­wą tra­fia­ły do nie­go i żeby je­śli bę­dzie to ko­niecz­ne, dzwo­nio­no do nie­go na­wet w nocy. Zo­sta­wił też ofi­ce­ro­wi dy­żur­ne­mu opis czar­ne­go ple­ca­ka z bia­ły­mi pa­ska­mi, pod­rób­ki Adi­da­sa - może wy­pły­nie w ra­por­tach do­ty­czą­cych po­dej­rza­nych obiek­tów zna­le­zio­nych w mie­ście. Ja­kie­kol­wiek inne dzia­ła­nie na tym eta­pie by­ło­by stra­tą cza­su i środ­ków, a jemu mo­gło­by się za to do­stać. Ale je­śli chłop­cu sta­nie się coś w nocy, coś, cze­mu moż­na było za­po­biec, obe­rwie mu się po­dwój­nie. Ża­ło­wał, że po­wie­dział mat­ce o kar­to­te­kach po­dej­rza­nych i sta­ty­sty­kach prze­stępstw w Izra­elu. O zło­dzie­ju sa­mo­cho­dów, któ­ry za­mor­do­wał In­ba­la Am­ra­ma, bo ten zna­lazł się w nie­od­po­wied­nim cza­sie w nie­od­po­wied­nim miej­scu. Obie­cał so­bie, że skoń­czy z tym mę­dr­ko­wa­niem.

Kie­dyś był tu tyl­ko pia­sek. Te­raz wszyst­ko jest prze­zro­czy­ste, szkla­ne. Na wy­dmach mię­dzy Neve Re­mez i Ki­riat Sza­ret, dwo­ma sza­ry­mi osie­dla­mi, gdzie miesz­kał przez nie­mal całe swo­je ży­cie, wy­ro­sły wie­żow­ce, bi­blio­te­ka miej­ska, mu­zeum wzor­nic­twa i cen­trum han­dlo­we, któ­re w ciem­no­ści wy­glą­da­ły jak sta­cja na księ­ży­cu. Na dro­dze do Ki­riat Sza­ret po le­wej stro­nie błysz­cza­ły szyl­dy Zary, Of­fi­ce De­pot i Café Joe. Za­sta­na­wiał się, czy przejść na dru­gą stro­nę, do cen­trum han­dlo­we­go, ku­pić kawę z mle­kiem i ka­nap­kę z se­rem, usiąść przy jed­nym z pu­stych sto­li­ków na ze­wnątrz, po­ob­ser­wo­wać ko­ją­cy ruch świa­teł prze­jeż­dża­ją­cych sa­mo­cho­dów i po­my­śleć. I jak nie­mal każ­de­go wie­czo­ru nie zro­bił tego.

Chciał po­my­śleć o in­nych do­cho­dze­niach. Jed­no w spra­wie trzech wła­mań w cią­gu ty­go­dnia na dwóch uli­cach nie­opo­dal Ki­riat Ben Gu­rion - Awi nie miał po­ję­cia, jak się do nie­go za­brać. Do wszyst­kich do­szło w cią­gu dnia, kie­dy miesz­kań­cy byli poza do­mem. Wła­ma­nia były czy­ste, żad­nych roz­wa­lo­nych zam­ków czy prze­pi­ło­wa­nych krat. Zło­dzie­je mie­li do­kład­ne in­for­ma­cje o go­dzi­nach wyj­ścia i po­wro­tu miesz­kań­ców, po­tra­fi­li bez ha­ła­su otwie­rać zam­ki. To nie były spon­ta­nicz­ne sko­ki nar­ko­ma­nów.

Skra­dzio­no bi­żu­te­rię, ksią­żecz­ki cze­ko­we, go­tów­kę. W jed­nym z miesz­kań wła­ma­no się do sej­fu. To było fru­stru­ją­ce do­cho­dze­nie. Na­praw­dę je­dy­ne, co mógł wte­dy zro­bić, to cze­kać na ko­lej­ny raz i mieć na­dzie­ję, że zło­dzie­je zo­sta­wią ja­kiś ślad, któ­re­go nie zo­sta­wi­li przy po­przed­nich wła­ma­niach, lub że część łupu od­naj­dzie się w ja­kimś ma­ga­zy­nie, wte­dy moż­na by ko­goś prze­słu­chać. Miał prze­czu­cie, któ­rym nie ośmie­lił się po­dzie­lić pod­czas ze­brań ze­spo­łu: tyl­ko jed­no z tych wła­mań było praw­dzi­we, tyl­ko jed­no było waż­ne dla zło­dziei. To, cze­go szu­ka­li i może zna­leź­li, to nie były pie­nią­dze czy bi­żu­te­ria. Po­zo­sta­łe dwa wła­ma­nia mia­ły tyl­ko zdez­o­rien­to­wać po­li­cję.

W ostat­nim śledz­twie za­no­si­ło się na cał­kiem spo­ry suk­ces, ale w cią­gu dwóch dni spra­wa się skom­pli­ko­wa­ła. Dwu­dzie­sto­let­ni chło­pak, Igor Kin­te­ib, zwol­nio­ny z woj­ska, zo­stał za­trzy­ma­ny pod za­rzu­tem wie­lo­krot­ne­go mo­le­sto­wa­nia i na­pa­ści na ko­bie­ty na pro­me­na­dzie w Bat Jam; trwa­ło to, z prze­rwa­mi, nie­mal dwa mie­sią­ce. Za­trzy­ma­li po krót­kiej ob­ser­wa­cji przez wy­wia­dow­ców, kie­dy krą­żył w tę i z po­wro­tem po pro­me­na­dzie, po czym ru­szał za upa­trzo­ną ko­bie­tą, na ogół star­szą od nie­go, po­wy­żej czter­dziest­ki, za­wra­cał i szedł w prze­ciw­nym kie­run­ku lub prze­cho­dził na dru­gą stro­nę uli­cy, aż zo­ba­czył inną ko­bie­tę, któ­rą za­czy­nał śle­dzić. Czte­ry z sied­miu za­ata­ko­wa­nych ko­biet zi­den­ty­fi­ko­wa­ły go w trak­cie kon­fron­ta­cji. Pod­czas prze­słu­chań wszyst­kie­go się wy­pie­rał, aż do przed­wczo­raj, kie­dy to przy­znał się do dzie­sią­tek prze­stępstw, któ­re nie były ob­ję­te tym do­cho­dze­niem, na przy­kład do pod­pa­le­nia przed dwo­ma laty domu star­ców w Cha­de­rze i pró­by pod­pa­le­nia re­stau­ra­cji w Gi­vat Olga w 2005 roku, co na­wet nie zo­sta­ło zgło­szo­ne. Był dziw­ny i mó­wił rów­nie dziw­nym, cha­otycz­nym he­braj­skim. Jego mat­ka zo­sta­ła w Ka­za­niu, oj­ciec zmarł w Izra­elu. Nie miał sta­łe­go ad­re­su. Przez kil­ka mie­się­cy miesz­kał w wy­na­ję­tej piw­ni­cy w Cha­de­rze, a pół roku temu prze­pro­wa­dził się, ze wzglę­du na pra­cę, do swo­ich krew­nych w Bat Jam. Aw­ra­ham nie wie­rzył w ani jed­no jego sło­wo. Pod­czas któ­re­goś z na­pa­dów Kin­te­ib chwy­cił sze­fo­wą mar­ke­tin­gu w fir­mie ko­sme­tycz­nej, pięć­dzie­się­cio­lat­kę, i siłą wci­snął jej rękę w swo­je spodnie, to się zda­rzy­ło na środ­ku pro­me­na­dy, w piąt­ko­wy wie­czór. Pod­czas za­trzy­ma­nia nie miał przy so­bie do­ku­men­tów toż­sa­mo­ści ani pie­nię­dzy, ale w ple­ca­ku zna­le­zio­no nowy spe­cja­li­stycz­ny kom­pas i eg­zem­plarz Zwy­czaj­nej hi­sto­rii Sa­mu­ela Agno­na, edy­cja spe­cjal­na dla uczniów szkół śred­nich, w mięk­kiej, znisz­czo­nej opra­wie z łusz­czą­cą się nie­bie­ską far­bą.Na pierw­szej stro­nie znaj­do­wa­ła się od­ręcz­nie na­pi­sa­na de­dy­ka­cja: "Dla Yoel­li, po pro­stu nie­szczę­śli­wa hi­sto­ria mi­ło­sna", z datą 10 sierp­nia 1993 roku. Imię wpi­su­ją­ce­go zo­sta­ło za­ma­za­ne ko­rek­to­rem.

Awi Aw­ra­ham nie wie­dział, dla­cze­go my­ślał o tym, o czym my­ślał. Z ja­kie­goś po­wo­du przy­szedł mu do gło­wy ob­raz mo­ni­to­ra kom­pu­te­ro­we­go w po­ko­ju Ofe­ra i jego bra­ta. Jak­by miał go przed ocza­mi: sta­ry, cięż­ki mo­ni­tor w kre­mo­wym ko­lo­rze. Za­sta­na­wia­ła go przede wszyst­kim róż­ni­ca wie­ku mię­dzy dzieć­mi. Szes­na­sto­la­tek, czter­na­sto­lat­ka i pię­cio­la­tek. Skąd aż dzie­wię­cio­let­nia prze­rwa mię­dzy śred­nim a naj­młod­szym dziec­kiem? Dla­cze­go para, któ­ra wi­dać chęt­nie spro­wa­dza dzie­ci na świat, na­gle prze­sta­je i cze­ka na ko­lej­ne tak dłu­go? Może ze wzglę­du na sy­tu­ację eko­no­micz­ną ro­dzi­ny, pro­ble­my zdro­wot­ne, kry­zys mał­żeń­ski. A może mat­ka była w cią­ży i po­ro­ni­ła? Ale niby cze­mu, do dia­bła, wszyst­ko to trze­ba wy­ja­śniać? Po­tem wy­obra­ził so­bie ra­nek. Trój­ka dzie­ci wy­cho­dzi do szko­ły i przed­szko­la, mat­ka zo­sta­je sama. W domu pa­nu­je ci­sza. Po­ko­je są pu­ste. Sły­chać tyl­ko sze­lest po­ru­sza­ją­cych się bia­łych za­słon w sa­lo­nie. Co ona wte­dy tak na­praw­dę robi? Może prze­cha­dza się po ci­chych po­ko­jach. Po­kój sy­nów, duży, z roz­kła­da­ną sofą, na któ­rej śpi na­sto­la­tek, biur­kiem, na któ­rym stoi sta­ry mo­ni­tor, po dru­giej stro­nie łóż­ko ma­łe­go, z ba­rier­ka­mi. Po­kój cór­ki, mały, po­ma­lo­wa­ny na bia­ło, z du­żym lu­strem na ścia­nie na­prze­ciw drzwi, mat­ka wcho­dzi do nie­go sama. Wy­obra­ża so­bie, że w rę­kach nie­sie kosz z pra­niem i sta­wia go na bla­cie.

Na Ge­ne­ra­łów Sił Obron­nych Izra­ela, głów­nej uli­cy osie­dla Ki­riat Sza­ret, pię­cio­ro na­sto­lat­ków sta­ło na przy­stan­ku au­to­bu­so­wym li­nii 97, koń­czą­cej się na sta­cji ko­le­jo­wej Tel Awiw Mer­kaz. Jed­na z dziew­czyn, ni­ska i sze­ro­ka, gło­śna i roz­ba­wio­na, ubra­na w zbyt ob­ci­słe czar­ne leg­gin­sy i sza­rą blu­zę z Gapa, po­ka­zy­wa­ła ko­le­dze coś na swo­im iPo­dzie. Prze­ko­ny­wa­ła go, żeby przy­ło­żył słu­chaw­ki do uszu, ale on od­mó­wił, uda­jąc obrzy­dze­nie. Aw­ra­ham, nie zda­jąc so­bie z tego spra­wy, przy­glą­dał się im dłu­go i zbyt na­tar­czy­wie. Gdy prze­cho­dził obok, umil­kli i uśmiech­nę­li się do nie­go. Moż­li­we, że dziew­czy­na z iPo­dem wy­ko­na­ła ja­kiś za­baw­ny gest. Czy Ofer był mię­dzy nimi? Mu­siał tam być, a je­śli nie tam, to pew­nie na in­nym przy­stan­ku au­to­bu­so­wym. Pod ko­niec roz­mo­wy, tuż przed tym, jak zgo­dzi­ła się opu­ścić ko­mi­sa­riat, mat­ka chłop­ca po­wie­dzia­ła mu, że Ofer ucie­kał z domu już dwu­krot­nie. Za pierw­szym ra­zem - miał nie­ca­łe dwa­na­ście lat - po­szedł na pie­cho­tę, "w klap­kach", po­wie­dzia­ła, aż do Ra­mat Gan, do domu dziad­ków. Sta­ło się to w cza­sie jed­ne­go ze świąt, z po­wo­du kłót­ni z oj­cem. Mniej wię­cej rok temu, gdy po­kłó­cił się z nią, wy­szedł po po­łu­dniu z domu, mó­wiąc, że już nie wró­ci. Jed­nak wró­cił, po dzie­wią­tej. Otwo­rzył drzwi wła­sny­mi klu­cza­mi i po­szedł pro­sto do swo­je­go po­ko­ju, nie po­wie­dział, co ro­bił całe po­po­łu­dnie. Nig­dy o tym nie roz­ma­wia­li. Awi spy­tał ją, cze­mu wte­dy nie zwró­ci­ła się o po­moc do po­li­cji, ale nie od­po­wie­dzia­ła.

Naj­praw­do­po­dob­niej dla­te­go, że oj­ciec był wte­dy w domu. W wy­obraź­ni Aw­ra­ha­ma po­ja­wił się ob­raz: Ofer Sze­ra­bi, któ­re­go wy­gląd nadal był dla nie­go ta­jem­ni­cą, kła­dzie się na ple­cach na ław­ce, w ciem­nym i cał­ko­wi­cie pu­stym miej­skim par­ku, pod gło­wą ma swój czar­ny ple­cak. Przy­kry­wa się sza­rą blu­zą, taką jaką mia­ła dziew­czy­na na przy­stan­ku. W par­ku nie ma ni­ko­go poza Ofe­rem, to do­brze. Nie gro­zi mu żad­ne nie­bez­pie­czeń­stwo.

Aw­ra­ham prze­szedł obok domu, w któ­rym do­ra­stał: Ge­ne­ra­łów Sił Obron­nych Izra­ela 26. Domu jego ro­dzi­ców. Od­ru­cho­wo pod­niósł gło­wę, żeby po­pa­trzeć w okna na trze­cim pię­trze. Wszyst­ko po­za­my­ka­ne. Jak dłu­go tu nie był? Okna na dru­gim pię­trze były otwar­te, na pa­ra­pe­cie sie­dział męż­czy­zna bez ko­szu­li, ple­ca­mi do uli­cy, twa­rzą do oświe­tlo­ne­go sa­lo­nu, z któ­re­go do­bie­ga­ły dźwię­ki te­le­wi­zji. Wia­do­mo­ści. Są­siad roz­ma­wiał z kimś w domu, może z żoną sto­ją­cą w kuch­ni. To był je­den z tych, któ­rzy kil­ka lat temu zna­leź­li jego ojca na klat­ce scho­do­wej, po tym jak do­stał uda­ru.

Szedł da­lej uli­cą, aż do­tarł do gru­ziń­skie­go su­per­mar­ke­tu. Przez chwi­lę my­ślał, żeby ugo­to­wać so­bie obiad, co po­zwo­li­ło­by mu nie my­śleć przez chwi­lę i spra­wi­ło nie­co przy­jem­no­ści. Może bu­tel­ka zwy­kłe­go Côtes du Rhône i pacz­ka ra­vio­li, któ­re wy­star­czy wrzu­cić do wrzą­cej wody, skro­pić oli­wą i do­dać star­ty ser. Ale coś go znie­chę­ci­ło. Pod­szedł do lo­dów­ki i wy­cią­gnął nie­wiel­kie opa­ko­wa­nie pa­sty se­za­mo­wej, po­tem spraw­dził kil­ka bu­łek, któ­re zo­sta­ły na pół­ce z pie­czy­wem, zna­lazł jed­ną pra­wie mięk­ką. Przy ka­sie wło­żył jesz­cze do ko­szy­ka opa­ko­wa­nie po­mi­dor­ków kok­taj­lo­wych. Gdy­by nie za­po­mniał wziąć kart­ki z ad­re­sem, wró­cił­by do sie­bie, wsiadł do sa­mo­cho­du i po­je­chał pod dom, w któ­rym cze­ka­ła mat­ka, po­krę­cił­by się tam do chwi­li, aż zo­ba­czył­by Ofe­ra Sze­ra­bie­go wcho­dzą­ce­go na klat­kę scho­do­wą i po­słu­chał­by jej śmie­chu lub pła­czu. Spał­by spo­koj­niej. Ale za­po­mniał wziąć kart­kę, choć zło­żył ją na­wet w kwa­drat, żeby zmie­ści­ła się w kie­sze­ni ko­szu­li. Może tak na­praw­dę nie chciał wziąć tego ry­sun­ku, któ­ry bez po­wo­du go za­nie­po­ko­ił. A może za­dzwo­nić do Ila­ny i skon­sul­to­wać się z nią? Je­śli każe mu wra­cać na po­ste­ru­nek i za­cząć po­szu­ki­wa­nia za­gi­nio­ne­go, to tak zro­bi. Mimo póź­nej pory. Ale je­śli do niej za­dzwo­ni, zno­wu ujaw­ni brak pew­no­ści sie­bie, a tego by nie chciał. Za­pła­cił za za­ku­py kar­tą kre­dy­to­wą, żeby nie wy­da­wać drob­nych, któ­re miał w port­fe­lu.

Wró­cił na uli­cę Ge­ne­ra­łów, po­now­nie prze­szedł obok domu ro­dzi­ców i uznał, że nie ma sen­su wcho­dzić. Oj­ciec na pew­no sie­dzi po ciem­ku przed te­le­wi­zo­rem i oglą­da wia­do­mo­ści. To naj­mniej od­po­wied­ni mo­ment, żeby mu prze­szko­dzić. Mat­ka, je­śli nie wy­szła na spa­cer, sie­dzi przy sto­le w kuch­ni i roz­ma­wia przez te­le­fon. Nie miał ocho­ty jej słu­chać. Jej głos zresz­tą i tak roz­legł się w jego gło­wie: "Och, przy­szedł mój Awi, mu­szę biec zro­bić mu coś do je­dze­nia". To już wo­lał jeść sam i oglą­dać na Hal­l­mar­ku trze­ci se­zon sta­re­go Pra­wa i po­rząd­ku, obej­rza­ny już nie­zli­czo­ną ilość razy. Jed­nak za każ­dym ra­zem od­kry­wał w nim coś no­we­go. Ko­lej­ny błąd w śledz­twie, nowy spo­sób na wy­gra­nie z oskar­żo­nym. Skrę­cił w lewo, szedł oko­ło trzech mi­nut wzdłuż ci­chych bu­dyn­ków za­nu­rzo­nych w ciem­no­ści, aż do­tarł do swo­je­go domu na Jom Kip­pur.

W nocy po­ło­żył ko­mór­kę obok łóż­ka, na wy­pa­dek gdy­by za­dzwo­nił ktoś z ko­mi­sa­ria­tu.

1 "Jak świat bę­dzie wy­glą­dał za 25 lat".

2 Ko­chaw no­lad - izra­el­ski pro­gram te­le­wi­zyj­ny typu ta­lent show, opar­ty na sche­ma­cie bry­tyj­skie­go Pop Idol.

3 Szi­wa - w ju­da­izmie trwa­ją­ca ty­dzień (li­cząc od dnia po­grze­bu) ża­ło­ba po zmar­łym.

4 Ta­lit, ta­łes - pro­sto­kąt­na chu­s­ta, na­kła­da­na przez Ży­dów na gło­wę bądź ra­mio­na pod­czas mo­dli­twy; zwy­kle bia­ła z czar­ny­mi lub gra­na­to­wy­mi pa­sa­mi i frędz­la­mi zwa­ny­mi ci­cit (cy­ces) w ro­gach.

5 ZIM - Zin­te­gro­wa­ne Usłu­gi Trans­por­tu Mor­skie­go, jed­na z naj­więk­szych firm zaj­mu­ją­cych się trans­por­tem mor­skim w Izra­elu.

6 Sa­bra - Żyd uro­dzo­ny w Izra­elu.

7 Frag­ment li­stu Fran­za Kaf­ki do Oska­ra Pol­la­ka z 27 stycz­nia 1907 roku, w: Kaf­ka. Li­sty do ro­dzi­ny, przy­ja­ciół, wy­daw­ców, prze­ło­żył Ry­szard Urbań­ski, Wy­daw­nic­two W.A.B., War­sza­wa 1912, str. 26-27.

8 Unse­en - tekst do prze­tłu­ma­cze­nia, zwłasz­cza jako część eg­za­mi­nu.

9 Ac­ting clas­ses - lek­cje ak­tor­stwa.

10 Na­chla­ot - dziel­ni­ca w cen­trum Je­ro­zo­li­my, zna­na z wą­skich, krę­tych uli­czek, do­mów w sta­rym sty­lu, ukry­tych po­dwó­rek i wie­lu nie­du­żych sy­na­gog.