Chińczyk - Henning Mankell

-
Proszę czekać

CZĘŚĆ I

Cisza (2006)

Ja, Birgitta Roslin, uroczyście ślubuję wymierzać sprawiedliwość według mej najlepszej wiedzy i sumienia, bezstronnie, zarówno bogatemu, jak i biednemu, zgodnie z przepisami prawa Szwecji. Ślubuję przepisów prawa nigdy nie obchodzić i nie czynić niesprawiedliwości, czy to z powodu pokrewieństwa, powinowactwa, przyjaźni, zazdrości, złej woli, czy strachu, czy dla łapówek, podarunków lub z jakichkolwiek innych przyczyn. Ślubuję niewinnego za winnego nie uznawać ani winnego niewinnym nie czynić. Ślubuję przed ogłoszeniem wyroku, a także po nim, tym, którzy stanęli przed sądem lub innym, nie ujawniać niczego, co wydarzyło się przed sądem za zamkniętymi drzwiami. Wszystkiego tego chcę i będę jako uczciwy i sumienny sędzia przestrzegać.

Kodeks postępowania karnego, rozdz. 4, § 11

Przysięga sędziowska

Epitafium

1

Ostry mróz. Środek zimy.

W pierwszych dniach stycznia 2006 roku samotny wilk przekracza nieoznaczoną granicę i przechodzi z Norwegii do Szwecji przez dolinę Vaul. Człowiekowi, który jedzie na skuterze, wydaje się, że dostrzega go przed Fjällnäs, wilk jednak znika w lasach na wschodzie, zanim ktokolwiek zdąży się zorientować, dokąd zmierza. Daleko, w głębi norweskich dolin Öster, znalazł kawałek zamarzniętej padliny łosia, a na niej jeszcze trochę kości do ogryzienia. Ale to było ponad dwie doby temu. Wilk jest coraz bardziej głodny i znów szuka jedzenia.

To młody samiec, który wybrał się na wędrówkę, żeby wytyczyć swoje terytorium. Nieprzerwanie zmierza na wschód. W okolicach Nävjarna, na północ od Linsell, znajduje kolejną padlinę łosia. Całą dobę leży spokojnie i je do syta, po czym znów rusza w drogę. Cały czas na wschód. Pod K?rböle przebiega przez zamarzniętą Ljusnę, a potem podąża wzdłuż rzeki, drogą wijącą się w kierunku morza. Pewnej księżycowej nocy przechodzi bezszelestnie przez most pod Järvsö, a potem zbacza w głębokie lasy, które ciągną się ku morzu.

Wczesnym rankiem 13 stycznia wilk dociera do Hesjövallen, małej wioski na południe od Hansesjön w regionie Hälsingland. Przystaje i węszy. Czuje zapach krwi. Rozgląda się dokoła. W domach mieszkają ludzie. Ale z kominów nie unosi się dym. Wyostrzony słuch wilka nie rejestruje też żadnych dźwięków.

Zapach krwi czuć jednak wyraźnie, wilk jest tego pewien. Czeka na skraju lasu, próbując zwietrzyć, skąd dochodzi. Po chwili zaczyna powoli biec przez śnieg. Coraz silniejszy zapach dolatuje z jednego z domów położonych na końcu wioski. Wilk jest ostrożny, w pobliżu ludzi musi zachować zarówno czujność, jak i cierpliwość. Ponownie się zatrzymuje. Zapach ma źródło na tyłach domu. Wilk czeka. W końcu znów rusza. Podchodząc bliżej, widzi padlinę. Odciąga ciężką zdobycz na skraj lasu. Wciąż nikt nie odkrył jego obecności, nie zaczęły nawet szczekać psy. Tego zimnego poranka panuje całkowita cisza.

Na skraju lasu wilk zaczyna jeść. Ponieważ mięso nie jest zamarznięte, przychodzi mu to z łatwością. Jest teraz bardzo głodny. Udaje mu się zerwać skórzany but i wgryza się w nogę. Zaczyna od stopy.

W nocy padał śnieg, potem na jakiś czas przestał. Teraz, gdy wilk je, lekkie płatki śniegu znów zaczynają spadać na zamarzniętą ziemię.

2

Karsten Höglin przypomniał sobie po obudzeniu, że śniła mu się pewna fotografia. Leżał bez ruchu i czuł, że obraz powoli powraca, zupełnie jak gdyby negatyw snu przesyłał kopię do jego świadomości. Rozpoznał obraz. Był czarno-biały i przedstawiał mężczyznę siedzącego na starym żelaznym łóżku; na ścianie wisiała strzelba myśliwska, a u stóp mężczyzny stał nocnik. Kiedy Karsten zobaczył obraz po raz pierwszy, jego uwagę przykuł smutny uśmiech starca. Była w nim jakaś nieśmiałość i wyczekiwanie. Dużo później Karsten poznał historię tej fotografii. Kilka lat przed jej powstaniem ów mężczyzna przez pomyłkę zastrzelił swojego jedynego syna podczas polowania na ptactwo wodne.Po tym wypadku powiesił broń na ścianie i w miarę upływu czasu stawał się coraz większym odludkiem.

Karsten Höglin pomyślał, że spośród tysięcy zdjęć i negatywów, które widział, tego zdjęcia nigdy nie będzie mógł zapomnieć. Żałował, że nie zrobił go sam.

Zegar na szafce nocnej wskazywał wpół do ósmej. Zazwyczaj Karsten Höglin budził się dużo wcześniej. Tej nocy spał jednak źle, łóżko i materac były niewygodne. Postanowił, że poskarży się na nie, kiedy będzie wyjeżdżał i płacił rachunek w hotelu.

Był to dziewiąty i ostatni dzień jego podróży. Sfinansował ją dzięki stypendium, które umożliwiło mu uwiecznianie odludnych wsi i małych, coraz bardziej wyludniających się społeczności. Był teraz w Hudiksvall i pozostała mu do sfotografowania już tylko jedna wioska. Wybrał właśnie tę, ponieważ pewien stary człowiek, który przeczytał o jego planach, napisał do niego i opowiedział o miejscu, w którym mieszka. Karsten Höglin był pod wrażeniem tego listu i postanowił tam właśnie zakończyć swoją podróż.

Wstał i rozsunął zasłony. W nocy spadł śnieg. Było wciąż szaro, nad horyzontem nie pojawiło się jeszcze słońce. Ulicą przejechała na rowerze opatulona kobieta. Odprowadził ją wzrokiem, zastanawiając się, czy jest bardzo zimno. Minus pięć, może siedem stopni. Nie więcej.

Ubrał się i zjechał do recepcji powolną windą. Samochód zaparkował na hotelowym dziedzińcu. Tam mógł stać bezpiecznie. Torby ze sprzętem fotograficznym zabrał jednak ze sobą do pokoju. Zawsze to robił. Jego największym koszmarem była myśl, że podejdzie kiedyś do samochodu i odkryje, że aparaty zniknęły.

W recepcji siedziała młoda kobieta, prawie jeszcze nastolatka. Zauważył, że jest niedbale umalowana. Zrezygnował z poskarżenia się na łóżko; i tak nie wróci już do tego hotelu.

W sali, w której podawano śniadanie, siedziało kilku gości pochylonych nad gazetami. Przez chwilę poczuł pokusę fotografowania tego cichego pomieszczenia. W jakiś sposób widok ten sprawił, że pomyślał o Szwecji jako o kraju, który zawsze wyglądał właśnie tak. Cisi ludzie, pochyleni nad gazetami i kubkami z kawą, każdy sam na sam ze swoimi myślami, swoim losem.

Odegnał tę myśl, nalał sobie kawy, zrobił dwie kanapki i wziął jedno jajko na miękko. Ponieważ nie znalazł żadnej wolnej gazety, jadł szybko. Nie znosił samotnego siedzenia przy stole, gdy nie miał nic do czytania.

Kiedy wyszedł, okazało się, że jest dużo zimniej, niż przypuszczał. Stanął na palcach i spojrzał na termometr umocowany przy oknie recepcji. Minus jedenaście stopni. Na dodatek temperatura dalej spada, pomyślał. Zima, którą mieliśmy do tej pory, była zbyt ciepła. Teraz nadchodzi mróz, na który tak długo czekaliśmy. Położył torby na tylnym siedzeniu, zapalił silnik i zaczął skrobać przednią szybę. Na fotelu leżała mapa. Jeszcze wczoraj, w czasie przerwy, jaką sobie zrobił po sfotografowaniu wioski w pobliżu jeziora Hassela, odszukał drogę do ostatniej wsi. Najpierw miał jechać główną trasą na południe, a potem skręcić na Sörforsa, pod Iggesund. Później miał dwie możliwości: mógł pojechać na wschód lub na zachód wzdłuż jeziora, które nazywano Storsjön lub L?ngsjön - Duże lub Długie Jezioro. Wschodnia droga była w złym stanie, tak usłyszał na stacji benzynowej przy wjeździe do Hudiksvall. Mimo to zdecydował się właśnie na nią, bo mógł nią dojechać szybciej. A tego zimowego poranka światło było znakomite. Widział już przed sobą smugi dymu ze strzelistych kominów.

Dotarcie na miejsce zajęło mu czterdzieści minut. Jeden raz pobłądził. Skręcił w drogę, która prowadziła na południe, w kierunku Näcksjö.

Wioska Hesjövallen leżała w wąskiej dolinie wiodącej w kierunku jeziora, którego nazwy Karsten Höglin nie pamiętał. Może Hesjö? Gęste lasy sięgały obu brzegów wioski, położonej na zboczu opadającym do jeziora, wzdłuż wąskiej drogi prowadzącej dalej, w kierunku Härjedalen.

Zatrzymał się przy wjeździe do wioski i wysiadł z samochodu. Chmury zaczynały się rozwiewać. Światło stawało się ostrzejsze, traciło pełną wyrazu miękkość. Rozejrzał się dokoła. Przed sobą miał kilka domów, wszystko było pogrążone w ciszy. Z dala słyszał cichy szum samochodów, jadących główną drogą.

Nagle ogarnął go niepokój. Wstrzymał oddech, jak zawsze, kiedy nie do końca pojmował to, co miał przed sobą.

Po chwili zrozumiał. Kominy. Były zimne. Nie unosił się z nich dym, efektowny element zdjęć, które miał nadzieję tu zrobić. Powoli powiódł wzrokiem po domach. Ktoś już dziś przejechał pługiem i odśnieżył, pomyślał. Nikt jednak nie wstał, żeby napalić w piecach i nie postawił na nich garnków. Przypomniał sobie list, który dostał od nieznajomego. Opowiadał o wsi, o kominach, o tym, jak domy zdają się w dziecinny sposób posyłać sobie nawzajem sygnały dymne.

Westchnął. Dostaje się różne listy, pomyślał. Ludzie nie piszą prawdy, ale to, co im się wydaje, że inni chcą przeczytać. Teraz będę fotografować zimne kominy. A może dać sobie spokój z całym tym przedsięwzięciem? Nikt nie zmuszał go do fotografowania Hesjövallen i jej mieszkańców. Miał już wystarczająco dużo zdjęć Szwecji odchodzącej w zapomnienie, samotnych gospodarstw, położonych gdzieś na pustkowiach wiosek, które niekiedy ocalali Niemcy i Duńczycy, przerabiając domy na letnie kwatery. Często osady te po prostu niszczały, z czasem całkowicie znikając w ziemi. Postanowił odjechać i wsiadł do samochodu. Jego dłoń zatrzymała się jednak przy stacyjce. Skoro przebył już tak długą drogę, mógłby mimo wszystko spróbować zrobić kilka portretów mieszkańców wioski. W końcu to właśnie o twarze mu chodziło. Po tylu latach robienia zdjęć Karstena Höglina coraz bardziej fascynowało fotografowanie ludzi starych. Skrytym zadaniem, które sam sobie wyznaczył, zanim na dobre odłoży aparaty, było stworzenie albumu z portretami staruszek. Jego zdjęcia miały przedstawiać piękno, które można znaleźć wyłącznie w twarzach naprawdę starych kobiet. Ich życie i trud wyryte były w skórze. Jak osad na skalnej ścianie.

Karsten Höglin zawsze szukał twarzy, zwłaszcza twarzy starców.

Ponownie wysiadł z samochodu, naciągnął na głowę futrzaną czapkę, wziął leicę M8, która towarzyszyła mu przez dziesięć lat, i ruszył w stronę stojącego najbliżej budynku. Cała wieś składała się z dziesięciu domów, większość była czerwona, niektóre miały rozbudowane ganki. Zauważył tylko jeden nowy budynek. Jeżeli w ogóle można było nazwać go nowym, ponieważ był to dom jednorodzinny z lat pięćdziesiątych. Podszedł do furtki, przystanął i podniósł aparat. Tabliczka informowała, że mieszkają tu Andrénowie. Zrobił kilka zdjęć, zmienił przesłonę i czas ekspozycji, szukał różnych kątów dla nowych ujęć. W dalszym ciągu jest zbyt szaro, pomyślał. Pewnie zdjęcia wyjdą trochę nieostre. Chociaż nigdy nie wiadomo. Fotografowi zdarza się odkrywać nieoczekiwane tajemnice.

Karsten Höglin często pracował, zdając się wyłącznie na intuicję. Nie na tyle jednak, żeby nie skontrolować pomiaru światła, gdy tego potrzebował. Czasem udawało mu się osiągnąć zaskakujące rezultaty, kiedy niezbyt dokładnie określał czas ekspozycji. Improwizacja była częścią pracy. Kiedyś w Oskarshamn, na przystani, stał statek z postawionymi żaglami. Był ładny dzień, słońce świeciło ostro. Karsten już miał zrobić zdjęcie, kiedy nagle przyszło mu go głowy, żeby chuchnąć na obiektyw. Gdy wywołał zdjęcie, z mgły wyłaniał się statek widmo. Dostał za nie ważną nagrodę fotograficzną.

Nigdy nie zapomniał tej mgły.

Furtka stawiała opór. Musiał użyć siły, żeby ją otworzyć. W świeżym śniegu nie było żadnych śladów. Wciąż żadnego dźwięku, nie zwęszył mnie nawet żaden pies, pomyślał. Zupełnie tak, jak gdyby wszyscy naraz wyjechali. To nie jest wieś, to Latający Holender.

Wszedł po schodkach i zastukał w drzwi, odczekał chwilę i ponownie zapukał. Żadnego psa, żadnego miauczącego kota, nic. Ogarnął go niepokój. Coś tu było zdecydowanie nie tak jak trzeba. Zapukał jeszcze raz, mocniej i dłużej. Potem poruszył klamką. Zamknięte. Starzy ludzie są strachliwi, pomyślał. Zamykają się w domach, boją się, że wszystko to, o czym czytają w gazetach, przydarzy się właśnie im.

Załomotał w drzwi, ale nikt nie zareagował. W końcu uznał, że dom musi być pusty.

Wyszedł przez furtkę i udał się do sąsiedniego budynku. Zaczynało się rozjaśniać. Dom był żółty. W oknach kruszył się kit, wewnątrz musiały być przeciągi. Zanim zapukał, poruszył klamką. Tu też zamknięte. Zapukał mocno i od razu zaczął łomotać. Tu też chyba nikogo nie było w domu.

Ponownie poczuł chęć, by dać sobie z tym wszystkim spokój. Jeśli teraz wsiądzie w samochód, będzie w domu, w Pite?, wczesnym popołudniem. Ucieszyłoby to jego żonę Magdę. Jej zdaniem był już za stary na podróże, pomimo że miał dopiero sześćdziesiąt trzy lata. Czuł jednak niewyraźne objawy zbliżającego się ataku choroby wieńcowej. Lekarz zalecił mu zastanowić się nad tym, co je, i jak najwięcej się ruszać.

Nie pojechał jednak do domu. Zamiast tego przeszedł na tył budynku i poruszył klamką u drzwi, które zdawały się prowadzić do pralni za kuchnią. Również te były zamknięte. Podszedł do najbliższego okna, stanął na palcach i zajrzał do środka. Przez szparę między firankami zobaczył wnętrze pokoju, w którym stał telewizor. Przeszedł do drugiego okna. Zobaczył ten sam pokój, z tej strony też widać było telewizor. "Jezus twoim najlepszym przyjacielem" - obwieszczał wiszący na ścianie kilim. Już miał podejść do kolejnego okna, gdy nagle coś przykuło jego uwagę. Coś, co leżało na podłodze. W pierwszej chwili pomyślał, że to kłębek włóczki. Później zdał sobie sprawę, że to wełniana skarpeta, skarpeta nałożona na stopę. Cofnął się o krok. Serce mu łomotało. Czy dobrze widział? Czy to naprawdę była stopa? Znów podszedł do okna, ale z tego miejsca nie mógł zajrzeć w głąb pokoju. Wrócił więc do poprzedniego. Teraz był już pewien. To była stopa. Nieruchoma stopa. Nie umiał stwierdzić, czy należała do mężczyzny, czy kobiety. Być może człowiek ten siedział na krześle. Równie dobrze mógł jednak leżeć.

Zapukał w szybę na tyle mocno, na ile wystarczyło mu odwagi. Żadnej reakcji. Wyjął telefon komórkowy i wystukał numer alarmowy. Zasięg był tak kiepski, że nie udało mu się połączyć. Pobiegł do trzeciego domu i załomotał w drzwi. Również tu nikt mu nie otworzył. Zadał sobie pytanie, czy przypadkiem nie znalazł się w miejscu jak ze złego snu. Obok drzwi leżała metalowa wycieraczka. Wetknął ją pod futrynę na wysokości zamka i wyłamał drzwi. Myślał wyłącznie o tym, by znaleźć telefon. Kiedy wbiegł do domu, poniewczasie przyszło mu do głowy, że i tu natknie się na ten sam widok. Widok martwego człowieka. Na podłodze w kuchni leżała stara kobieta. Jej głowa była prawie całkiem oddzielona od szyi. Obok leżał rozrąbany na dwie części pies.

Karsten Höglin krzyknął i odwrócił się, żeby jak najszybciej wybiec z domu. Z przedpokoju dostrzegł jeszcze mężczyznę leżącego na podłodze w salonie, między stołem a czerwoną kanapą przykrytą białą narzutą. Starzec był nagi. Miał całe plecy we krwi.

Karsten Höglin wybiegł z domu i rzucił się do ucieczki. Zgubił po drodze aparat, ale ani myślał się zatrzymać. Narastał w nim strach, że coś, czego nie mógł dostrzec, dopadnie go i rąbnie w plecy. Zawrócił samochód i odjechał.

Dopiero znalazłszy się na głównej drodze, zatrzymał się i roztrzęsionymi dłońmi wystukał numer alarmowy. W momencie gdy przyłożył słuchawkę do ucha, poczuł ostry ból w klatce piersiowej. Zupełnie jak gdyby ktoś mimo wszystko zdążył go dopaść i wbił mu nóż w ciało.

W słuchawce rozległ się głos. Karsten Höglin nie mógł jednak odpowiedzieć. Ból był tak silny, że nie mógł wydobyć z krtani nic poza rzężeniem.

- Nic nie słyszę - powiedział kobiecy głos.

Spróbował jeszcze raz. Znów tylko rzężenie. Umierał.

- Proszę mówić głośniej! - powiedziała kobieta - Nie rozumiem, o co chodzi.

Z najwyższym wysiłkiem udało mu się wyrzucić z siebie kilka słów.

- Umieram - wysapał. - Dobry Boże, umieram. Pomóż mi.

- Gdzie pan jest?

Kobieta nie usłyszała odpowiedzi. Karsten Höglin był już w drodze ku wielkiej ciemności. W rozpaczliwej próbie uwolnienia się od potwornego bólu, jak tonący, który na próżno próbuje wydostać się na powierzchnię, nacisnął pedał gazu. Samochód ruszył i zjechał na przeciwny pas ruchu. Niewielka ciężarówka, jadąca w kierunku Hudiksvall, wioząca meble biurowe, nie zdążyła zahamować. Kierowca wysiadł z ciężarówki, żeby sprawdzić, co się stało się z mężczyzną w rozbitym samochodzie. Leżał na kierownicy.

Kierowca pochodził z Bośni i słabo mówił po szwedzku.

- Co z panem? - zapytał.

- Wioska - wydyszał Karsten Höglin. - Hesjövallen.

Nie powiedział nic więcej. Kiedy policja i karetka pogotowia dotarły na miejsce, Karsten Höglin już nie żył. Zmarł na rozległy zawał.

Na początku nie było wiadomo, co właściwie się stało. Nikt nie mógł pojąć, co spowodowało nagły atak serca u mężczyzny za kierownicą granatowego volvo. Dopiero gdy Karstena Höglina zabrało pogotowie, a laweta wyciągała ciężarówkę z meblami, jeden z policjantów zadał sobie trud wysłuchania tego, co próbował powiedzieć bośniacki kierowca. Policjant nazywał się Erik Huddén i nie lubił na próżno rozmawiać z ludźmi mówiącymi słabo po szwedzku. Zupełnie jakby z powodu ubogiego zasobu słów ich opowieść traciła na wartości. Zaczął oczywiście od sprawdzenia, czy kierowca nie prowadził po pijanemu. Był trzeźwy, alkomat wskazywał zielony kolor, a prawo jazdy wydawało się w porządku.

- Próbował coś powiedzieć - zaczął kierowca.

- Co? - zapytał Erik Huddén z niechęcią.

- Coś o Herö. Może to jakieś miejsce?

Erik Huddén, który pochodził z tych okolic, niecierpliwie pokręcił głową.

- Nie ma tu żadnego Herö.

- Może źle usłyszałem? Może to było coś z "s"? Mogło to być Hersjö.

- Hesjövallen?

Kierowca przytaknął.

- Tak powiedział.

- Co miał na myśli?

- Nie wiem. Umarł.

Erik Huddén schował swój notatnik. Nie zapisał tego, co powiedział kierowca. Kiedy po półgodzinie lawety odjechały z roztrzaskanymi pojazdami, a inny radiowóz zabrał bośniackiego kierowcę na dalsze przesłuchanie na posterunek, Erik Huddén wsiadł do swojego samochodu, żeby pojechać z powrotem do Hudiksvall. Był z kolegą, Leifem Ytterströmem. Ytterström prowadził.

- Przejedź przez Hesjövallen - powiedział nagle Erik Huddén.

- Po co? Było jakieś wezwanie?

- Chcę tylko coś sprawdzić.

Erik Huddén był starszy. Znany był jako człowiek małomówny i uparty. Leif Ytterström skręcił w drogę do Sörforsa. Kiedy dotarli do Hesjövallen, Erik Huddén poprosił go, żeby powoli przejechał przez wieś. Wciąż jeszcze nie wytłumaczył koledze, dlaczego musieli zboczyć z drogi.

- Wygląda odludnie - powiedział Leif Ytterström, kiedy powoli mijali dom za domem.

- Zawróć - nakazał Erik Huddén. - Tak samo powoli.

Po chwili poprosił Leifa Ytterströma, żeby się zatrzymał. Coś przykuło jego uwagę. Coś, co leżało w śniegu obok jednego z domów. Wysiadł z samochodu i podszedł bliżej. Nagle zatrzymał się z gwałtownym wzdrygnięciem i wyciągnął broń. Leif Ytterström wypadł z samochodu i też sięgnął po broń.

- Co to jest?

Erik Huddén nie odpowiedział. Ostrożnie szedł naprzód. Po chwili zatrzymał się i pochylił, jakby dopadł go ból w piersi. Gdy wrócił do samochodu, był blady jak papier.

- Tam leży martwy człowiek - powiedział. - Zarąbany na śmierć. Czegoś brakuje.

- Co masz na myśli?

- Nie ma jednej nogi.

Obydwaj stali bez słowa. Patrzyli na siebie. Po chwili Erik Huddén wsiadł do samochodu i poprosił przez radio o połączenie z Vivi Sundberg. Wiedział, że ma tego dnia dyżur. Odpowiedziała natychmiast.

- Tu Erik. Jestem w Hesjövallen.

Wyczuł, że Vivi Sundberg się zastanawia. W tych okolicach było mnóstwo miejsc, których nazwy były do siebie podobne.

- Na południe od Sörforsa?

- Raczej na zachód. Ale mogę się mylić.

- Co się stało?

- Nie wiem. Ale leży tu w śniegu martwy mężczyzna bez jednej nogi.

- Powtórz jeszcze raz.

- Martwy mężczyzna. W śniegu. Wygląda, jakby ktoś zarąbał go na śmierć. Brakuje mu jednej nogi.

Obydwoje dobrze się znali. Vivi Sundberg wiedziała, że Erik Huddén nigdy nie przesadzał, jakkolwiek mogło zabrzmieć to, co powiedział.

- Przyjeżdżamy - powiedziała.

- Zadzwoń do techników w Gävle.

- Kogo masz tam ze sobą?

- Ytterströma.

Zastanowiła się przez chwilę.

- Czy istnieje jakieś rozsądne wytłumaczenie tego, co się tam stało?

- Nigdy w życiu nie widziałem niczego podobnego.

Wiedział, że Vivi Sundberg zrozumie. Jako policjant widział już takie rzeczy, że nie byłby w stanie wyznaczyć granicy koszmaru i przemocy, z jakimi był zmuszony się stykać.

Minęło trzydzieści pięć minut, nim usłyszeli syreny.

Erik Huddén próbował namówić Ytterströma, żeby wspólnie porozmawiali z mieszkańcami najbliżej położonego domu. Ytterström nie zgodził się, dopóki nie dostaną wsparcia. Ponieważ Erik Huddén nie chciał wchodzić do domu sam, pozostali przy samochodzie. Czekali w milczeniu.

Vivi Sundberg wysiadła z pierwszego samochodu, który przyjechał na miejsce. Była mocno zbudowaną pięćdziesięcioparolatką. Ci, którzy ją znali, wiedzieli, że pomimo swojego masywnego ciała jest sprawna i wytrzymała. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej udało jej się dogonić dwóch dwudziestoparoletnich włamywaczy. Śmiali się z niej, kiedy zaczęli uciekać. Przestali się śmiać po kilkuset metrach, gdy złapała obydwu.

Vivi Sundberg miała rude włosy. Raz na kwartał odświeżała ich czerwony kolor w salonie fryzjerskim swojej córki.

Urodziła się w gospodarstwie pod Harm?nger, gdzie opiekowała się rodzicami, aż się zestarzeli i umarli. Dopiero wtedy zaczęła się uczyć i po kilku latach złożyła podanie do szkoły policyjnej, do której, ku jej zdziwieniu, została przyjęta. Nikt właściwie nie umiał wytłumaczyć, jak mimo tuszy udało jej się do niej dostać. Nikt jednak o to nie pytał, a ona sama też nic nie mówiła. Gdy któryś z jej kolegów napomykał coś o odchudzaniu, odburkiwała z irytacją. Vivi Sundberg ostrożnie używała cukru, miała jednak duży apetyt. Dwa razy była zamężna. Jej pierwszym mężem był robotnik z Iggesund. To z nim miała córkę Elin. Zginął w wypadku przy pracy. Kilka lat później ponownie wyszła za mąż, za hydraulika z Hudiksvall. Ich małżeństwo trwało niecałe dwa miesiące. Mąż zabił się zimą na śliskiej drodze między Delsbo i Bjur?ker. Po tym nie zdecydowała się już na kolejne małżeństwo. Wśród jej kolegów krążyła jednak plotka, że ma przyjaciela na jednej z greckich wysp. Wyjeżdżała tam dwa razy w roku na wakacje. Nikt nie był pewien, czy plotki są prawdziwe.

Vivi Sundberg była dobrą policjantką. Miała w sobie upór i umiejętność analizowania nawet najdrobniejszych śladów, czasem jedynych, jakich mogli się uchwycić podczas śledztwa.

Przeczesała dłonią włosy, patrząc na stojącego przed nią Erika Huddéna.

- Pokażesz mi?

Podeszli do ciała. Vivi Sundberg przykucnęła, jej twarz wykrzywił grymas.

- Czy lekarz już przyjechał?

- Powiedziała, że już jedzie.

- Powiedziała?

- Hugo ma zastępczynię. Mają mu usunąć guz.

Vivi Sundberg straciła na moment zainteresowanie leżącymi w śniegu zakrwawionymi zwłokami.

- Jest chory?

- Ma raka. Nie wiedziałaś?

- Nie, gdzie?

- To rak żołądka, ale nie ma przerzutów. Hugo ma teraz zastępczynię z Uppsali. Nazywa się Valentina Miir. O ile dobrze wymawiam.

- I ona tu jedzie?

Erik Huddén krzyknął do Ytterströma, który stał przy jednym z samochodów i pił kawę. Ytterström potwierdził, że lekarz sądowy zaraz dotrze na miejsce.

Vivi Sundberg zaczęła badać zwłoki. Za każdym razem, gdy stała nad człowiekiem, który został zabity, nachodziła ją ta sama beznadziejna myśl. Nie mogła ożywić zmarłego. W najlepszym wypadku mogła jedynie wyjaśnić przyczynę zbrodni i posłać mordercę do więziennej celi lub za zamknięte drzwi oddziału dla psychicznie chorych.

- Zrobił to ktoś, kto wpadł w szał. Dużym nożem. Lub bagnetem. Może mieczem. Widzę co najmniej dziesięć różnych ran ciętych, najprawdopodobniej prawie wszystkie były śmiertelne. Ale tego z nogą nie rozumiem. Czy wiemy, kim był ten mężczyzna?

- Jeszcze nie. Wygląda na to, że wszystkie domy są puste.

Vivi Sundberg wstała i uważnie rozejrzała się po wsi. Poczuła się tak, jakby domy wyczekująco odpowiadały na jej spojrzenia.

- Pukałeś?

- Chciałem z tym zaczekać. Ten, kto to zrobił, może wciąż tu być.

- Dobrze zrobiłeś.

Skinieniem dłoni przywołała Ytterströma, który rzucił papierowy kubek w śnieg.

- Wchodzimy - powiedziała. - Muszą tu być jacyś ludzie. To nie jest opuszczona wieś.

- Nikt się nie pokazał.

Vivi Sundberg ponownie przyjrzała się domom, zaśnieżonym ogrodom, drodze. Wyjęła broń i ruszyła w stronę najbliższego budynku. Pozostali szli za nią. Zegar wskazywał kilka minut po jedenastej.

To, co się wydarzyło potem, miało się stać częścią historii szwedzkiego sądownictwa. Odkrycie, którego dokonało troje policjantów, nie miało sobie równych w dotychczasowej historii szwedzkiej kryminalistyki. Przechodzili od domu do domu z wyciągniętą bronią. Wszędzie znajdowali martwych ludzi. Leżały tam psy i koty zarąbane na śmierć, nawet papuga z odciętą głową. Znaleźli dziewiętnaście ciał; wszyscy byli starzy, poza chłopcem w wieku około dwunastu lat. Niektórzy zostali zabici we śnie, w łóżkach, inni leżeli na podłodze, siedzieli na krzesłach, przy stołach. Jedna staruszka zginęła z grzebieniem w dłoni, jeden mężczyzna przy piecu kuchennym, z przewróconą obok kawiarką i wylaną kawą. W jednym z domów znaleźli dwa splecione ze sobą ciała. Wszyscy padli ofiarą tej samej szaleńczej przemocy. Wyglądało to tak, jakby przez domy tych starych ludzi, którzy właśnie mieli wstawać z łóżek, przeszedł krwawy orkan. Ponieważ starzy mieszkańcy wsi zazwyczaj wstają wcześnie, Vivi Sundberg przyjęła, że zabójstw musiano dokonać późną nocą lub nad ranem.

Miała wrażenie, że cała jej głowa tonie we krwi. Pomimo że ze zdenerwowania wstrząsały nią dreszcze, zachowała spokój. Zupełnie jakby oglądała te okaleczone martwe ciała przez wizjer. Dzięki temu nie musiała podchodzić zbyt blisko.

Był też zapach. Mimo że ciała nie zdążyły jeszcze ostygnąć, wydzielały zapach, słodki z domieszką goryczy. W domach Vivi Sundberg oddychała ustami. Dopiero na zewnątrz mogła gwałtownie zaczerpnąć powietrza. Przekraczając próg kolejnego domu, musiała przygotować się na coś, co zdawało się nie do wytrzymania.

Wszystko to, co miała przed sobą, jedno ciało po drugim, naznaczone było tym samym szaleństwem i ranami zadanymi ostrą jak brzytwa bronią. Lista, którą sporządziła jeszcze tego samego dnia, a której nigdy nikomu nie pokazała, składała się z krótkich spostrzeżeń, dokładnie opisujących to, co zobaczyła:

Dom numer jeden. Martwy starszy mężczyzna, półnagi, podarta piżama, kapcie, wpółleży na schodach prowadzących na piętro. Głowa prawie oddzielona od ciała, kciuk lewej dłoni metr od ciała. Martwa starsza kobieta, koszula nocna, rozpłatany brzuch, wyprute wnętrzności, roztrzaskana sztuczna szczęka.

Dom numer dwa. Martwy mężczyzna i martwa kobieta, obydwoje starzy, co najmniej osiemdziesięcioletni. Ciała znalezione w podwójnym łóżku w suterenie. Kobieta mogła zostać zabita we śnie cięciem od lewego ramienia przez klatkę piersiową do prawego biodra. Mężczyzna próbował się bronić młotkiem, ale odrąbano mu jedną rękę, podcięto gardło. Dziwne jest to, że ciała zostały związane. Wygląda to tak, jakby mężczyzna jeszcze żył, kiedy przywiązywano go do zwłok kobiety. Nie mam na to oczywiście dowodów, to tylko podejrzenie. Martwy chłopiec w małej sypialni. Chyba zabito go we śnie.

Dom numer trzy. Martwa kobieta na podłodze w kuchni. U jej boku pies nieokreślonej rasy rozrąbany na dwoje. Kręgosłup kobiety zdaje się przerwany w więcej niż jednym miejscu.

Dom numer cztery. Martwy mężczyzna w przedpokoju. Ubrany w spodnie, koszulę, bosy. Prawdopodobnie próbował stawiać opór. Ciało prawie całkowicie przepołowione na wysokości żołądka. Martwa starsza kobieta siedząca w kuchni. Dwa, może trzy ciosy w ciemię.

Dom numer siedem. Dwie stare kobiety i jeden stary mężczyzna zabici w łóżkach na piętrze. Spostrzeżenie: nie spali, byli świadomi, ale nie zdążyli zareagować. Kot zaszlachtowany w kuchni.

Dom numer osiem. Martwy starszy mężczyzna poza domem, brakuje jednej nogi. Dwa psy z odrąbanymi głowami. Martwa kobieta na schodach, zmasakrowana nie do opisania.

Dom numer dziewięć. Cztery ciała w salonie w suterenie. Wpółnagie, z kubkami kawy, włączone radio, program pierwszy. Trzy stare kobiety i stary mężczyzna. Wszyscy z odciętymi głowami, położonymi na kolanach.

Dom numer dziesięć. Dwoje bardzo starych ludzi, mężczyzna i kobieta, zabici w łóżkach. Nie umiem ocenić, czy byli świadomi tego, co się z nimi dzieje.

Kończąc listę, nie była już w stanie zmusić się do zapamiętywania wszystkich szczegółów. Tego, co zobaczyła, i tak nie dało się zapomnieć, jak spojrzenia wprost do piekła.

Nadała numery domom, w których znaleziono ofiary. Domy we wsi nie były ponumerowane kolejno. Kiedy podeszli do piątego budynku, natknęli się na oznaki życia. Na podwórzu słychać było muzykę, dochodzącą ze środka. Ytterström uznał, że brzmiała jak Jimi Hendrix. Vivi Sundberg dobrze wiedziała, kim był gitarzysta, zaś Erik Huddén nigdy nawet o nim nie słyszał. Jego ulubionym muzykiem był Björn Skifs.

Zanim weszli do środka, zawołali jeszcze dwóch policjantów, którzy zaczęli już ogradzać teren. Był tak duży, że zmuszeni byli zadzwonić do Hudiksvall po dodatkowe rolki plastikowej taśmy. Podeszli z bronią w pogotowiu. Erik Huddén załomotał w drzwi. Otworzył im półnagi długowłosy mężczyzna. Wzdrygnął się ze strachu na widok wycelowanej w siebie lufy pistoletu. Vivi Sundberg opuściła broń, kiedy zobaczyła, że mężczyzna nie jest uzbrojony.

- Jest pan sam w domu?

- Z żoną - odpowiedział mężczyzna drżącym głosem.

- Nikogo więcej nie ma?

- Nie. Co się stało?

Vivi Sundberg schowała broń i gestem dała do zrozumienia pozostałym, żeby zrobili to samo.

- Wchodzimy - powiedziała do półnagiego mężczyzny, który dygotał z zimna. - Jak się pan nazywa?

- Tom.

- Coś więcej?

- Hansson.

- Wejdźmy do środka, Tomie Hansson, to przestanie się pan trząść.

Muzyka w domu była bardzo głośna. Vivi Sundberg przyszło na myśl, że głośniki muszą być we wszystkich pokojach. Weszła za mężczyzną do salonu. Panował w nim bałagan, na kanapie siedziała skulona kobieta w nocnej koszuli. Mężczyzna ściszył muzykę i włożył spodnie, które wisiały na krześle. Tom Hansson i kobieta na kanapie wyglądali na trochę starszych niż Vivi Sundberg, mogli mieć po sześćdziesiąt parę lat.

- Co się stało? - zapytała przestraszona kobieta.

Vivi Sundberg zauważyła, że mówi wyraźnym sztokholmskim dialektem. Prawdopodobnie przybyli tu w czasach, gdy młodzi mieszkańcy miast przenosili się na wieś, żeby wieść proste życie. Zdecydowała, że od razu przejdzie do rzeczy. Wobec potwornego odkrycia uznała, że trzeba się śpieszyć. Niewykluczone, że osoba lub osoby, które dokonały tej makabrycznej zbrodni, mogą zaraz urządzić kolejną taką masakrę.

- Część państwa sąsiadów nie żyje - oznajmiła. - Tej nocy wydarzyły się w tej wsi potworne rzeczy. Dlatego ważne jest, żeby odpowiedzieli państwo na wszystkie pytania. Jak się pani nazywa?

- Ninni - odpowiedziała kobieta na kanapie. - Czy Herman i Hilda nie żyją?

- Gdzie mieszkają?

- W domu po lewej.

Vivi Sundberg przytaknęła.

- Niestety nie żyją. Zostali zamordowani. Ale nie tylko oni. Wygląda na to, że wiele osób we wsi zostało zabitych.

- Jeśli to ma być jakiś dowcip, nie jest szczególnie udany - powiedział Tom Hansson.

Vivi Sundberg na moment straciła panowanie nad sobą.

- Nie mam czasu na nic poza stawianiem pytań, na które macie odpowiadać. Rozumiem, że to, co mówię, wydaje wam się niepojęte. To jednak jest prawda. Przerażająca prawda. Co tu się działo dzisiejszej nocy? Czy coś państwo słyszeli?

Mężczyzna usiadł na kanapie obok kobiety.

- Spaliśmy.

- Nic państwo nie słyszeli?

Obydwoje pokręcili głowami.

- Nie zwrócili państwo nawet uwagi na to, że we wsi jest pełno policji?

- Kiedy głośno puszczamy muzykę, nic nie słyszymy.

- Kiedy ostatnio widzieli państwo sąsiadów?

- Jeśli chodzi o Hermana i Hildę, to wczoraj - powiedziała Ninni. - Spotykamy się na spacerze z psami.

- Mają państwo psa?

Tom wskazał głową w kierunku kuchni.

- Jest już dość stary i leniwy. Nie wstaje nawet, kiedy przychodzą obcy ludzie.

- Nie szczekał tej nocy?

- On nigdy nie szczeka.

- O której godzinie spotkali państwo sąsiadów?

- Około trzeciej wczoraj po południu. Ale tylko Hildę.

- Czy wszystko było tak jak zazwyczaj?

- Bolały ją plecy. Herman pewnie siedział w kuchni i rozwiązywał krzyżówki. Jego nie spotkałem.

- A jak tu było z innymi ludźmi we wsi?

- Jak to z ludźmi. Tu są same staruszki. Kiedy jest zimno, siedzą w domach. Wiosną i latem spotykamy się częściej.

- Nie ma tu żadnych dzieci?

- Żadnych.

Vivi Sundberg zamilkła i pomyślała o martwym chłopcu.

- Czy to prawda? - zapytała Ninni.

Vivi Sundberg wyczuła, że kobieta się boi.

- Tak - odparła. - To, co powiedziałam, to prawda. Całkiem możliwe, że we wsi wszyscy są martwi. Poza państwem.

Erik Huddén stał przy oknie.

- Nie wszyscy - powiedział powoli.

- Co masz na myśli?

- Nie wszyscy są martwi. Ktoś idzie drogą.

Vivi Sundberg rzuciła się do okna. Zobaczyła to, co przykuło uwagę Erika Huddéna.

Na drodze stała kobieta. Była stara, ubrana w szlafrok i czarne gumiaki. Ręce miała złożone jak do modlitwy.

Vivi Sundberg wstrzymała oddech. Kobieta się nie ruszała.

3

Tom Hansson podszedł do okna i stanął obok Vivi Sundberg.

- To tylko Julia - powiedział. - Czasem znajdujemy ją taką nieubraną. Hilda i Herman zajmują się nią, kiedy nie przychodzi opieka społeczna.

- Gdzie ona mieszka? - zapytała Vivi Sundberg.

Wskazał palcem dom leżący prawie na samym krańcu wsi.

- Żyjemy tu od prawie dwudziestu lat - kontynuował. - Miało nas tu osiąść więcej, ale skończyło się tylko na nas dwojgu. Wtedy Julia była mężatką. Jej mąż miał na imię Rune, pracował jako operator maszyn do wyrębu lasu. Pewnego dnia pękła mu tętnica. Umarł w szoferce. Od tego czasu Julia stała się dziwna. Jak człowiek, który chodzi z rękami w kieszeniach, zaciśniętymi w pięści, rozumie pani, co mam na myśli. Potem przyszła starość i nieporadność. Myśleliśmy, że będzie mogła tu umrzeć. Ma dwójkę dzieci, które przyjeżdżają raz w roku. Czekają na swój mały spadek, a ona nic ich nie obchodzi.

Vivi Sundberg wyszła razem z Erikiem Huddénem. Kobieta stała nieruchomo na drodze. Podniosła wzrok, kiedy policjantka stanęła tuż przed nią. Nic jednak nie powiedziała. Nie protestowała też, kiedy Vivi i Erik Huddén poprowadzili ją do domu. Dom był wysprzątany. Na ścianie wisiały w ramkach fotografie zmarłego męża i dwójki dzieci, które miały ją gdzieś.

Po raz pierwszy od momentu przybycia do Hesjövallen Vivi Sundberg wyjęła notes. Erik Huddén zaczął czytać leżący na stole list z pieczątkami urzędu gminy.

- Julia Holmgren - powiedział. - Ma osiemdziesiąt siedem lat.

- Dopilnuj, żeby ktoś zadzwonił do opieki społecznej. Nie obchodzą mnie ustalone wcześniej terminy odwiedzin. Muszą się nią zająć teraz.

Staruszka siedziała przy kuchennym stole i wyglądała przez okno. Na niebie wisiały ciężkie chmury.

- Spróbujemy ją o coś zapytać?

Vivi Sundberg pokręciła głową.

- To nic nie da. Cóż ona może powiedzieć?

Skinieniem głowy dała znak Erikowi Huddénowi, żeby zostawił ją samą. Gdy wyszedł na podwórze, przeszła do salonu, stanęła na środku pomieszczenia i zamknęła oczy. Wkrótce będzie zmuszona ogarnąć całe to ohydztwo, które się tu wydarzyło. Musi spróbować znaleźć jakiś punkt zaczepienia.

W starej kobiecie było coś, co w świadomości Vivi Sundberg wzbudzało jakieś niejasne przeczucie. Nie potrafiła jednak odgadnąć, co to mogło być. Stała bez ruchu, otworzyła oczy i próbowała się skupić. Co takiego wydarzyło się tego styczniowego poranka? Kilkunastu zamordowanych we wsi leżącej na odludziu. Do tego kilka zabitych zwierząt domowych. Wszystko wskazywało na jakieś szaleństwo. Czy sprawca mógł naprawdę zrobić coś takiego w pojedynkę? A może było ich wielu? Pojawili się we wsi w nocy i zniknęli po dokonaniu tej brutalnej masakry? Jeszcze za wcześnie na jakiekolwiek odpowiedzi. Byli tylko zabici i nieliczne znane okoliczności całego zdarzenia. Miała parę, która kiedyś uciekła ze Sztokholmu i zamieszkała w tym miejscu, oraz starą kobietę pojawiającą się od czasu do czasu w nocnej koszuli na drodze we wsi.

Gdzieś musi być jakiś punkt zaczepienia, pomyślała. Nie wszyscy we wsi są martwi. Oszczędzono co najmniej trzy osoby. Dlaczego? Czy to przypadek, czy może ma to jakieś znaczenie?

Stała bez ruchu jeszcze kilka minut. Zobaczyła przez okno, że przybyli technicy kryminalistyki z Gävle oraz kobieta - zapewne lekarz sądowy. Vivi zrobiła głęboki wdech. Teraz ona wydaje tu rozkazy. Nawet jeśli jest to zbrodnia, która wzbudzi ogromne poruszenie prawdopodobnie nie tylko w granicach kraju, musi w tym momencie stanąć na wysokości zadania. Postanowiła jednak poprosić o wsparcie ze Sztokholmu. Dawniej, kiedy była młodą policjantką, marzyła o pracy w Krajowej Komisji do spraw Zabójstw, która prowadziła najtrudniejsze śledztwa. Teraz miała nadzieję, że Komisja przyjdzie jej z odsieczą.

Zaczęła od wystukania numeru w telefonie komórkowym. Musiała chwilę poczekać, zanim ktoś odebrał.

- Sten Robertsson.

- Tu Vivi. Jesteś zajęty?

- Jestem prokuratorem. Zawsze jestem zajęty. Czego chcesz?

- Jestem we wsi o nazwie Hesjövallen. Wiesz, gdzie to jest? Pod Sörforsa.

- Mam mapę na ścianie. Co się stało?

- Sprawdź najpierw, gdzie leży to miejsce.

- Musisz chwilę poczekać.

Odłożył na bok słuchawkę. Vivi Sundberg zastanawiała się, jaka będzie jego reakcja. Nikt z nas nie spotkał się z niczym podobnym, pomyślała. Żaden policjant w tym kraju, pewnie też żaden w wielu innych krajach. Cały czas wydaje nam się, że to, co napotykamy w naszej pracy, nie może już być gorsze. Ale granice ciągle się przesuwają. Teraz jesteśmy tu. Gdzie będziemy jutro? A gdzie za rok?

Robertsson podniósł słuchawkę.

- Znalazłem to miejsce. Czy to nie jest jakaś opustoszała wieś?

- Nie całkiem. Ale bardzo szybko się nią stanie. Choć nie dlatego że mieszkańcy się wyprowadzą.

- Co masz na myśli?

Vivi Sundberg możliwie jak najbardziej wyczerpująco wyjaśniła, co się stało. Robertsson słuchał, nie przerywając. Słyszała w słuchawce jego oddech.

- Czy mam w to uwierzyć? - zapytał, kiedy skończyła.

- Tak.

- To brzmi niewiarygodnie.

- Bo trudno w to uwierzyć. To sprawa tak poważna, że ty jako prokurator musisz natychmiast przejąć dowodzenie grupą dochodzeniową. Chcę, żebyś tu przyjechał. Musisz to zobaczyć na własne oczy.

- Przyjadę. Czy jest jakiś podejrzany?

- Nie ma.

Sten Robertsson zakaszlał do słuchawki. Kiedyś w zaufaniu zwierzył się Vivi Sundberg, że cierpi na nieżyt oskrzeli. Był nałogowym palaczem do dnia swoich pięćdziesiątych urodzin. Wtedy rzucił palenie. Robertsson i Vivi Sundberg nie tylko byli równolatkami. Obchodzili urodziny tego samego dnia, 12 marca.

Po zakończeniu rozmowy Vivi Sundberg nadal stała w miejscu. Nie wychodziła, pełna wątpliwości. Musiała odbyć jeszcze jedną rozmowę telefoniczną. Jeśli nie zrobi tego teraz, nie wiadomo kiedy później znajdzie na to czas.

Wystukała numer.

- Salon u Elin.

- To ja. Możesz rozmawiać?

- Nie za długo. Mam dwie baby pod suszarkami. O co chodzi?

- Jestem we wsi kilkadziesiąt kilometrów za miastem. Stało się tu coś potwornego. Wywoła to ogromne poruszenie. Nie będę miała chwili wytchnienia.

- Co się stało?

- Zabito tu mnóstwo starych ludzi. Pozostaje nam mieć nadzieję, że zrobił to szaleniec.

- Dlaczego tak mówisz?

- Dlatego że byłoby zupełnie niepojęte, gdyby zrobił to ktoś przy zdrowych zmysłach.

- Nie możesz powiedzieć nic więcej? Gdzie jesteś?

- Nie mam czasu. Ale chcę cię prosić o przysługę. Zadzwoń do biura podróży w sprawie mojego wyjazdu na Leros. Zarezerwowałam wycieczkę w zeszłym tygodniu. Jeśli odwołam ją teraz, nie stracę pieniędzy.

- Załatwię to. Czy grozi ci tam jakieś niebezpieczeństwo?

- Jestem tu otoczona ludźmi. Zajmij się już tymi babami, zanim sobie pójdą.

- Zapomniałaś, że jesteś do mnie zapisana na jutro?

- Wykreśl mnie. Bardzo możliwe, że osiwieję od tego, czym się zajmuję.

Schowała telefon do kieszeni i wyszła z domu. Nie mogła już dłużej zwlekać. Na drodze stali technicy kryminalistyki i lekarz sądowy. Wszyscy na nią czekali.

- Nie zamierzam nic opisywać - powiedziała. - Musicie zobaczyć to sami. Zaczniemy od mężczyzny, który leży na zewnątrz, w śniegu. Potem przejdziemy od domu do domu. Zdecydujecie, czy będą wam potrzebne dodatkowe osoby do pomocy. To bardzo duży obszar. Prawdopodobnie największe miejsce zbrodni, jakie kiedykolwiek przyjdzie wam zobaczyć. Chociaż jest to tak przerażające, że aż niewiarygodne, postarajcie traktować wszystko jak początek normalnego śledztwa.

Wszyscy mieli pytania. Vivi Sundberg odmówiła jednak odpowiedzi. W tej chwili najważniejsze było, żeby zobaczyli to na własne oczy. Poprowadziła całą procesję od jednego miejsca makabrycznej zbrodni do drugiego. Kiedy weszli do trzeciego domu, Lönngren, najstarszy z techników, powiedział, że natychmiast musi zadzwonić po wsparcie. W czwartym domu lekarka uznała za konieczne zrobić to samo. Rozmowy telefoniczne zatrzymywały na moment pochód. W końcu przeszli przez wszystkie domy i ponownie stanęli na drodze. W tym czasie dotarł już na miejsce pierwszy dziennikarz. Vivi Sundberg poprosiła Ytterströma o dopilnowanie, żeby nikt z nim nie rozmawiał. Miała zamiar zrobić to sama, kiedy tylko znajdzie czas.

Ludzie stojący wokół niej na ośnieżonej drodze byli bladzi i milczący. Nikt z nich nie był w stanie ocenić rozmiarów tego, co przed chwilą zobaczył.

- Tak to wygląda - powiedziała Vivi Sundberg. - Nasze wspólne doświadczenie i umiejętności zostaną wystawione na próbę, której trudności zapewne nie jesteśmy w stanie sobie nawet wyobrazić. Śledztwo w tej sprawie zdominuje media nie tylko w Szwecji. Będzie się od nas oczekiwać szybkich rezultatów. Pozostaje mieć nadzieję, że ten, kto to zrobił, zostawił ślady, które pomogą nam go szybko złapać. Możemy się naradzić i wezwać do pomocy ludzi, których uznamy za potrzebnych. Prokurator Robertsson już tu jedzie. Chcę, żeby osobiście obejrzał to miejsce i od razu przejął kierownictwo nad wstępnymi czynnościami śledztwa. Czy są jakieś pytania? Jeśli nie, zabieramy się do pracy.

- Ja mam jedno pytanie - powiedział Lönngren.

Był niski i chudy. Vivi Sundberg uważała go za świetnie wykwalifikowanego technika. Miał jednak jedną wadę. Dla kogoś, kto czekał na informacje od niego, pracował zazwyczaj irytująco powoli.

- Słucham!

- Czy istnieje ryzyko, że szaleniec, zakładając, że był to szaleniec, uderzy ponownie?

- Tak, istnieje - odpowiedziała. - Ponieważ nie wiemy nic, musimy założyć, że zdarzyć się może wszystko.

- Okoliczne wsie ogarnie panika - kontynuował Lönngren. - Po raz pierwszy cieszę się, że mieszkam w mieście.

Grupa stojąca na drodze rozdzieliła się. W tym samym momencie nadjechał Sten Robertsson. Dziennikarz, który czekał za taśmą odgradzającą miejsce zbrodni, podszedł do niego, gdy tylko prokurator wysiadł z samochodu.

- Nie teraz! - zawołała Vivi Sundberg. - Musisz zaczekać.

- Możesz powiedzieć cokolwiek, Vivi? Zazwyczaj nie jesteś taka niemożliwa.

- Akurat teraz jestem.

Nie lubiła tego dziennikarza. Pracował w gazecie "Hudiksvalls Tidning" i miał zwyczaj pisania złośliwych artykułów na temat pracy organów ścigania. Być może irytowało ją, że często jego krytyka była trafna.

Robertsson trząsł się z zimna w swojej za cienkiej kurtce. Jest zarozumiały, przyszło na myśl Vivi Sundberg. Nie nosi czapki, bo pewnie się boi, że ci, którzy ją noszą, naprawdę łysieją szybciej.

- Opowiedz mi wszystko - powiedział.

- Nie. Teraz pójdziesz za mną.

Po raz trzeci tego poranka Vivi Sundberg była zmuszona obejść całe miejsce zbrodni. Robertsson dwukrotnie musiał wyjść na zewnątrz, żeby opanować mdłości. Czekała cierpliwie. Ważne było, żeby uzmysłowił sobie, jakie śledztwo przyjdzie mu prowadzić. Nie była pewna, czy poradzi sobie z tym zadaniem. Równocześnie miała świadomość, że spośród wszystkich znanych jej prokuratorów on nadaje się najlepiej. O ile wyższa instancja nie wyznaczy kogoś z większym doświadczeniem.

Kiedy w końcu wyszli na drogę, zaproponowała, żeby usiedli w jej samochodzie. Wyjeżdżając z komendy, zdążyła zabrać termos z kawą.

Robertsson był wstrząśnięty. Jego obejmujące kubek z kawą dłonie drżały.

- Czy widziałaś kiedyś coś podobnego? - zapytał.

- Nikt z nas nie widział.

- Kto mógł to zrobić, jeśli nie szaleniec?

- Nie wiemy. Musimy teraz zabezpieczyć ślady i starać się podejść do tego obiektywnie. Poprosiłam techników, żeby postarali się o wsparcie, jeśli uznają je za konieczne. To samo dotyczy lekarki.

- Kim ona jest?

- Zastępczynią. Zapewne to jej pierwsze miejsce zbrodni. Już zadzwoniła po pomoc.

- A ty?

- Co masz na myśli?

- Czego ty potrzebujesz?

- W pierwszej kolejności informacji od ciebie, czy powinniśmy się skoncentrować na czymś szczególnym. Potem musi oczywiście zareagować prokuratura krajowa.

- Co to miałoby być? To coś, na czym mamy się skoncentrować?

- Ty tu teraz dowodzisz, nie ja.

- Najważniejsze to znaleźć tego, kto to zrobił.

- Lub tych. Nie możemy wykluczyć, że sprawców było więcej.

- Szaleńcy rzadko działają w porozumieniu z innymi.

- Nie możemy jednak tego wykluczyć.

- Czy możemy cokolwiek wykluczyć?

- Nie. Nawet tego, że to się powtórzy.

Robertsson przytaknął. Siedzieli w milczeniu. Na drodze i między domami kręcili się ludzie. Co jakiś czas błyskały flesze aparatów fotograficznych. Nad ciałem, które znaleziono w śniegu, wzniesiono namiot. Na miejsce dotarli kolejni dziennikarze i fotografowie. Pojawiła się też pierwsza ekipa telewizyjna.

- Chcę, żebyś wziął udział w konferencji prasowej - poprosiła. - Nie mogę wystąpić sama. Musi się odbyć już dziś. Późnym popołudniem.

- Rozmawiałaś z Ludde?

Tobias Ludwig był szefem Komendy Rejonowej Policji w Hudiksvall. Był młody i nigdy wcześniej nie pracował jako policjant. Studiował prawo, a potem od razu skończył specjalny kurs dla przyszłych szefów policji. Ani Sten Robertsson, ani Vivi Sundberg go nie lubili. Miał niewielkie wyobrażenie o tym, jak wygląda praca policji w terenie, i cały czas narzekał na wewnętrzną administrację.

- Jeszcze nie - odpowiedziała. - Jedyne, o co nas poprosi, to o szczególnie staranne i prawidłowe wypełnienie wszystkich papierów.

- Nie jest aż taki zły - odparł Robertsson.

- Tylko jeszcze gorszy - mruknęła Vivi Sundberg. - Ale zadzwonię do niego.

- Zrób to od razu!

Zadzwoniła na komendę w Hudiksvall, gdzie poinformowano ją, że Tobias Ludwig wyjechał służbowo do Sztokholmu. Poprosiła, by skontaktował się z nią przez telefon komórkowy.

Oddzwonił po dwudziestu minutach. Robertsson rozmawiał z właśnie przybyłymi technikami kryminalistyki z Gävle. Vivi Sundberg stała na podwórzu jednego z domów z Tomem Hanssonem i Ninni. Tom i Ninni zarzucili na siebie stare wojskowe płaszcze i obserwowali, co się dzieje wokół.

Muszę zacząć od żyjących, pomyślała Vivi. Z Julią nie da się porozmawiać, ona żyje we własnym, martwym świecie wewnętrznym. Przynajmniej dla mnie jest on niedostępny. Natomiast Tom i Ninni mogli być świadkami czegoś, o czym sami nie wiedzą.

Była to jedna z nielicznych refleksji, które udało jej się dotychczas poczynić. Sprawca, który decyduje się zaatakować całą wieś, musi postępować według jakiegoś planu, nawet jeśli jest szaleńcem.

Wyszła na drogę i rozejrzała się dokoła. Spojrzała na zamarznięte jezioro, las, widniejącą w oddali falistą linię gór. Skąd on przybył?, pomyślała. Chyba mogę założyć, że nie była to kobieta. Ale skądś przecież musiał lub musieli nadejść, a potem w jakimś kierunku odejść.

Akurat kiedy zamierzała wejść z powrotem przez furtkę, zatrzymał się przy niej samochód. Był to patrol z psami, wezwany na miejsce zdarzenia.

- Tylko jeden? - zapytała, nie ukrywając irytacji.

- Karpen jest chory - odparł siedzący w samochodzie policjant.

- Czy psy policyjne mogą chorować?

- Najwyraźniej. Chcesz, żebym zaczynał? Co tu się właściwie stało? Mówią o wielu zabitych.

- Pogadaj z Huddénem. Potem sprawdź, czy psu uda się znaleźć jakiś trop.

Policjant chciał zapytać o coś jeszcze, ale Vivi Sundberg odwróciła się do niego plecami. Nie powinnam tego robić, pomyślała. Akurat teraz powinnam mieć czas dla wszystkich. Muszę ukryć swoje zdenerwowanie i irytację. Nikt, kto to zobaczy, nigdy o tym nie zapomni. Wielu z pewnością ogarnie strach.

Weszła do domu, zabrawszy ze sobą Toma i Ninni. Nie zdążyli nawet usiąść, gdy zadzwonił telefon.

- Słyszałem, że próbujesz mnie znaleźć - powiedział Tobias Ludwig. - Dobrze wiesz, że nie chcę, żeby przeszkadzano mi podczas posiedzeń w Komendzie Krajowej.

- Tym razem nic na to nie poradzę.

- Co się stało?

- Mamy wielu zabitych we wsi Hesjövallen.

Pośpiesznie zdała relację z tego, co się wydarzyło. Tobias Ludwig milczał. Vivi Sundberg czekała.

- Brzmi to tak potwornie, że trudno mi w to uwierzyć.

- Mnie również. Ale to prawda. Musisz przyjechać.

- Rozumiem. Wyjadę najszybciej, jak będę mógł.

Vivi spojrzała na zegarek.

- Musimy zorganizować konferencję prasową - powiedziała. - Wyznaczymy ją na godzinę szóstą. Do tego czasu powiem tylko, że doszło do zabójstwa. Nie zdradzę jego rozmiarów. Przyjedź najszybciej, jak się da. Ale nie zabij się po drodze.

- Postaram się zdobyć jakiś pojazd uprzywilejowany.

- Raczej helikopter. Rozmawiamy o dziewiętnastu zabitych, Tobias.

Rozłączyła się. Tom i Ninni Hansson słyszeli każde wypowiedziane przez Vivi słowo. Dostrzegła na ich twarzach wyraz szoku i zagubienia, które sama odczuwała.

Koszmar jakby narastał. To, co ich otaczało, nie mogło być prawdziwe.

Usiadła na krześle, przepędziwszy śpiącego na nim kota.

- Wszyscy we wsi są martwi. Żyjecie tylko państwo i Julia. Zabito nawet zwierzęta domowe. Rozumiem, że to dla państwa szok. Wszyscy jesteśmy w szoku. Muszę jednak zadać parę pytań. Proszę, żeby spróbowali państwo odpowiedzieć możliwie najdokładniej. Proszę też, żeby spróbowali państwo przypomnieć sobie rzeczy, o które nie zapytam. Wszystko może okazać się ważne. Czy to jasne?

Odpowiedziały jej przestraszone przytaknięcia. Vivi Sundberg postanowiła ostrożnie przystąpić do zadawania pytań. Zaczęła od poranka. Kiedy się obudzili? Czy słyszeli jakieś odgłosy? Może w nocy? Czy coś się wydarzyło? Czy coś, cokolwiek, było nie tak jak zwykle? Muszą spróbować sobie przypomnieć. Wszystko może być ważne.

Odpowiadali na zmianę, jedno kontynuowało, kiedy drugie przestawało mówić. Vivi Sundberg zauważyła, że naprawdę starają się jej pomóc.

Spróbowała cofnąć się w czasie. To było jak powrót przez nieznany, zimowy krajobraz.

Czy coś szczególnego wydarzyło się wieczorem? Nic. "Wszystko było tak jak zwykle". Słowa te powracały niemal w każdej odpowiedzi.

Przerwali rozmowę, kiedy wszedł Erik Huddén. Chciał wiedzieć, co zrobić z dziennikarzami. Przyjechało ich więcej i zaraz zamienią się w zdenerwowane i niecierpliwe stado.

- Zaczekaj chwilę - odparła Vivi - zaraz wyjdę. Powiedz im, że o szóstej w Hudiksvall będzie konferencja prasowa.

- Zdążymy?

- Musimy.

Huddén wyszedł. Vivi Sundberg podjęła rozmowę. Jeszcze jeden krok wstecz, do poprzedniego dnia. Tym razem odpowiedzi udzielała Nini.

- Wszystko wczoraj było tak jak zwykle - zaczęła. - Byłam trochę przeziębiona, Tom cały dzień rąbał drewno.

- Rozmawiali państwo z którymś z sąsiadów?

- Tom zamienił kilka słów z Hildą. Ale o tym już mówiliśmy.

- Czy widzieli państwo kogoś z pozostałych?

- Raczej tak. Padał śnieg. Wtedy zawsze są na zewnątrz i odśnieżają. No tak, widziałam wielu z nich, ale nawet o tym nie pomyślałam.

- Czy widziała pani kogoś nowego? Innego?

- Kto to miałby być?

- Ktoś, kto nie był stąd. A może jakiś obcy samochód?

- Nie, nic takiego.

- A jak było dzień wcześniej?

- Mniej więcej tak samo. Tu nie dzieje się wiele.

- Nic nadzwyczajnego?

- Nic.

Vivi Sundberg wyjęła notes i ołówek.

- Teraz będzie coś trudnego. Muszę poprosić państwa o imiona i nazwiska wszystkich sąsiadów.

Wyrwała kartkę z notesu i położyła ją na stole.

- Proszę naszkicować wieś. Państwa dom i domy pozostałych. Potem nadamy im numery. Państwa dom to numer jeden. Chcę wiedzieć, jak się nazywali wszyscy w pozostałych domach.

Kobieta wstała, przyniosła większy arkusz papieru i narysowała domy we wsi. Vivi Sundberg spostrzegła, że Ninni ma wprawę w rysowaniu.

- Z czego państwo żyjecie? - zapytała. - Z rolnictwa?

Odpowiedź ją zaskoczyła.

- Mamy pakiet akcji. Nie jest duży, ale dobrze o niego dbamy. Kiedy jest wzrost na giełdzie, sprzedajemy, a kiedy spadek, kupujemy. Jesteśmy daytraderami.

Vivi Sundberg przyszło na myśl, że chyba nic już nie powinno jej dziwić. Dlaczego para hipisów mieszkających na hälsinglandzkiej wsi nie miałaby obracać akcjami?

- Poza tym dużo rozmawiamy - kontynuowała Ninni. - Opowiadamy sobie nawzajem historie. Dziś już ludzie tego nie robią.

Vivi Sundberg odniosła wrażenie, że rozmowa zaczyna wymykać jej się spod kontroli.

- Nazwiska - powiedziała. - Jeśli się da, to i wiek. Proszę się nie śpieszyć, żeby było dokładnie. Ale bez przesady.

Patrzyła, jak oboje pochylają się nad kartką i mrucząc, zaczynają wpisywać nazwiska. Uderzyła ją pewna myśl. Wśród wszystkich możliwych wyjaśnień całej tej masakry mogło też znaleźć się i to, że dokonał jej ktoś mieszkający we wsi.

Po piętnastu minutach miała gotową listę w ręku. Liczba zabitych się nie zgadzała. Było o jednego za dużo. Musiał to być chłopiec. Stanęła przy oknie i przeczytała nazwiska. Wyglądało na to, że we wsi mieszkały trzy rodziny. Jedna grupa nosiła nazwisko Andersson, druga Andrén, a dwie osoby nazywały się Magnusson. Stojąc z listą w dłoni, pomyślała o wszystkich dzieciach i wnukach, które opuściły to miejsce i które za kilka godzin przeżyją szok na wieść o tym, co się wydarzyło. Będziemy potrzebowali pomocy, żeby powiadomić wszystkich, pomyślała. To jest katastrofa, która dotknie o wiele więcej osób, niż jestem w stanie sobie wyobrazić.

Uświadomiła sobie, że zadanie to w dużej części przypadnie jej samej. Na tę myśl ogarnął ją strach i poczucie bezsilności. To, co się wydarzyło, było tak potworne, że normalnie skonstruowany człowiek nie mógł tego zrozumieć ani sobie z tym poradzić.

W jej myślach przelatywały imiona zabitych, Elna, Sara, August, Herman, Hilda, Johannes, Erik, Gertrud, Vendela... Próbowała odtworzyć w pamięci ich twarze, ale obrazy były zamazane.

Nagle wpadła jej do głowy pewna myśl. Pomyślała o czymś, co wcześniej zupełnie przeoczyła. Wyszła przed dom i zawołała Erika Huddéna, który rozmawiał z jednym z nowo przybyłych techników kryminalistyki.

- Erik, kim był człowiek, który to wszystko odkrył?

- Zadzwonił jakiś mężczyzna. Potem zmarł. Zderzył się z ciężarówką z meblami, którą prowadził bośniacki kierowca.

- Zderzył się i zginął?

- Nie, zmarł na zawał, prawdopodobnie. Zaraz po zderzeniu.

- Czy on mógł to zrobić?

- Nie pomyślałem o tym. Jego samochód był załadowany sprzętem fotograficznym. Wygląda na to, że był fotografem.

- Dowiedz się o nim możliwie jak najwięcej. Potem chyba urządzimy coś w rodzaju kwatery głównej w tym domu. Musimy prześledzić wszystkie nazwiska i odszukać krewnych. Co się stało z kierowcą tej ciężarówki z meblami?

- Dmuchał, ale był trzeźwy. Ponieważ źle mówił po szwedzku, wzięli go do Hudiksvall, zamiast przesłuchiwać na drodze. Ale nic nie wskazywało na to, żeby cokolwiek wiedział.

- To się jeszcze okaże. Czy to nie w Bośni ostatnio wszyscy nawzajem się wyrzynali?

Erik Huddén odszedł. Vivi właśnie miała wejść z powrotem do domu, gdy ujrzała biegnącego drogą policjanta. Podeszła do furtki. Od razu spostrzegła, że jest przestraszony.

- Znaleźliśmy nogę - wydyszał. - Pies wywęszył ją w odległości około pięćdziesięciu metrów, wśród drzew.

Wskazał palcem skraj lasu. Vivi Sundberg miała wrażenie, że mężczyzna nie chce powiedzieć nic więcej.

- To wszystko?

- Chyba będzie najlepiej, jeśli zobaczysz sama - odparł, po czym odwrócił się i zwymiotował.

Pośpieszyła w stronę lasu, nie tracąc czasu na zajmowanie się policjantem. Dwukrotnie poślizgnęła się i upadła.

Kiedy dotarła na miejsce, zrozumiała, co go tak wzburzyło. Noga była w wielu miejscach ogryziona do kości. Stopa zjedzona w całości.

Spojrzała na Ytterströma i policjanta z psem, którzy stali nad znaleziskiem.

- Kanibal - powiedział Ytterström. - Czy kogoś takiego właśnie szukamy? Kogoś, komu nasz przyjazd przeszkodził w posiłku?

Coś spadło na dłoń Vivi. Wzdrygnęła się, ale szybko się zorientowała, że to tylko płatek śniegu, który natychmiast stopniał.

- Namiot - powiedziała. - Ustawcie tu namiot. Nie chcę, żeby ktoś zniszczył ślady.

Zmrużyła oczy i pomyślała nagle o błękitnym morzu i białych domach wspinających się po łagodnym zboczu. Wróciła do domu Hanssonów i usiadła w kuchni z listą nazwisk w dłoni.

Gdzieś musi być coś, czego jeszcze nie odkryłam, zastanawiała się.

Zaczęła powoli studiować nazwisko po nazwisku. Czuła się zupełnie tak, jakby chodziła po polu minowym.

4

Vivi Sundberg miała wrażenie, że ogląda listę osób, które zginęły w katastrofie. Gdyby rozbił się samolot lub zatonął statek, wywieszono by tablicę upamiętniającą ofiary. Ale kto wzniósłby pomnik tym, którzy w styczniową noc 2006 roku zostali zamordowani we wsi Hesjövallen?

Odsunęła od siebie kartkę i spojrzała na swoje dłonie. Nie była w stanie opanować ich drżenia. Gdyby tylko był ktoś, komu mogłaby to wszystko przekazać, nie wahałaby się ani chwili. Chciała dobrze spełnić swoje obowiązki i może nawet zasłużyć na pochwałę. Za nic jednak nie chciała być głównodowodzącą. Zawsze uważała się za osobę żądną sławy, ale z pewnością nie pociągała ją władza. Jednak akurat w tej chwili nie było nikogo, kto nadawałby się lepiej niż ona do kierowania śledztwem. Umiała współpracować z prokuratorem Robertssonem. Tobias Ludwig, który zaraz miał pojawić się we wsi, zapewne prosto z nieba, przyniesiony przez helikopter, nie mógł przejąć kierownictwa nad tego rodzaju dochodzeniem. Był biurokratą liczącym pieniądze, nieuznającym nadgodzin i wysyłającym podległych mu pracowników na bezsensowne szkolenia, które uczyły, jak nie brać sobie do serca obelg rzucanych przez ludzi na ulicy.

Wzdrygnęła się i przysunęła do siebie listę.

Erik August Andersson

Vendela Andersson

Hans-Evert Andersson

Elsa Andersson

Gertrud Andersson

Viktoria Andersson

Hans Andrén

Lars Andrén

Klara Andrén

Sara Andrén

Elna Andrén

Brita Andrén

August Andrén

Herman Andrén

Hilda Andrén

Johannes Andrén

Tora Magnusson

Regina Magnusson

Osiemnaście nazwisk, trzy rodziny. Wstała i przeszła do pokoju, w którym Hanssonowie siedzieli na kanapie i szeptali do siebie. Zamilkli, kiedy weszła.

- Powiedzieli państwo, że we wsi nie było żadnych dzieci. Zgadza się?

Obydwoje pokiwali twierdząco głowami.

- Nie widzieli tu państwo żadnych dzieci w ostatnich dniach?

- Czasem dzieci odwiedzające tu rodziców przywożą swoje własne dzieci. Ale to nie zdarza się zbyt często.

Vivi zawahała się chwilę.

- Niestety wśród zabitych jest mały chłopiec - powiedziała wreszcie.

Wskazała na jeden z domów. Kobieta spojrzała na nią wytrzeszczonymi ze zdziwienia oczami.

- Czy on też został zamordowany?

- Tak, on też. Jeśli zgadza się to, co państwo napisali, przebywał w domu Hansa-Everta i Elsy Anderssonów. Czy na pewno nie wiedzą państwo, kim był?

Spojrzeli na siebie, a potem przecząco pokręcili głowami. Vivi Sundberg wstała i przeszła do kuchni. Dziewiętnasta ofiara nie miała nazwiska. On tu nie pasuje, pomyślała. Chłopiec, dwoje mieszkańców tego domu i zdziecinniała Julia, która zdawała się nie mieć związku z całą tą katastrofą. Pozostałych osiemnaście osób, które wczorajszego wieczoru położyły się do swoich łóżek, teraz nie żyje. Również chłopiec. On jednak w jakiś sposób nie pasuje.

Złożyła kartkę, schowała ją do kieszeni i wyszła. Na ziemię spadały pojedyncze płatki śniegu. Wokół panowała niemal zupełna cisza. Słychać było tylko pojedyncze dźwięki, trzaśnięcie drzwi, szczęk narzędzi. Do Vivi podszedł Erik Huddén. Był bardzo blady. Wszyscy byli bladzi.

- Gdzie jest lekarka? - spytała Vivi.

- Przy nodze znalezionej w śniegu.

- Co o niej myślisz?

- Jest w szoku. Na początku pobiegła do toalety. Potem zaczęła płakać. Ale w drodze jest kilku innych lekarzy. Co zrobimy z dziennikarzami?

- Porozmawiam z nimi.

Wyjęła z kieszeni listę zabitych.

- Chłopiec nie ma nazwiska. Musimy się dowiedzieć, kim był. Zadbaj o to, żeby lista została skserowana, ale nie rozdawaj jej.

- To niepojęte - powiedział Erik Huddén. - Osiemnaście osób.

- Dziewiętnaście. Chłopca nie ma na liście.

Wyjęła z kieszeni długopis i dopisała na samym dole: "niezidentyfikowany chłopiec".

Podeszła do zmarzniętych i zaciekawionych dziennikarzy, którzy stali półkolem na drodze.

- Udzielę krótkiej informacji - zakomunikowała. - Mogą państwo zadawać pytania, ale na razie jeszcze nie mamy odpowiedzi. Za to dziś po południu zorganizujemy w mieście konferencję prasową. Wstępnie ustalona godzina to 18.00. Jedyne, co mogę teraz powiedzieć, to to, że dziś w nocy popełniono tu bardzo poważne przestępstwo. Na razie musi to państwu wystarczyć.

Młoda piegowata dziewczyna podniosła rękę.

- Musi nam pani powiedzieć coś więcej. Domyślamy się przecież, że wydarzyło się tu coś poważnego, skoro ogradzacie całą wieś.

Vivi Sundberg nie rozpoznawała dziewczyny, na jej kurtce widniało jednak logo dużej ogólnokrajowej gazety.

- Nieważne, ile pytań mi pani teraz zada. Z uwagi na tajemnicę śledztwa nie mogę na razie powiedzieć nic więcej.

Jeden z dziennikarzy telewizyjnych podetknął Vivi mikrofon. Jego spotkała wcześniej kilka razy.

- Czy może pani powtórzyć to, co właśnie powiedziała?

Spełniła jego prośbę, ale kiedy zadał dodatkowe pytanie, odwróciła się i odeszła. Zatrzymała się dopiero przy najpóźniej postawionym namiocie. Nagle ogarnęły ją straszne mdłości. Odeszła na bok i zrobiła kilka głębokich wdechów. Wróciła do namiotu dopiero, gdy poczuła się lepiej.

Kiedyś, w pierwszych latach pracy w policji, zdarzyło jej się zemdleć, gdy wraz z kolegą weszli do pewnego domu i znaleźli w nim mężczyznę, który się powiesił. Nie chciała, żeby coś takiego kiedykolwiek się powtórzyło.

Kiedy Vivi weszła do namiotu, kobieta kucająca nad nogą martwego mężczyzny podniosła wzrok. Silna żarówka sprawiała, że wewnątrz było bardzo ciepło. Vivi Sundberg skinęła głową na powitanie i przedstawiła się. Valentina Miir, kobieta po czterdziestce, mówiła z obcym akcentem.

- Co pani o tym sądzi?

- Nigdy nie widziałam czegoś podobnego - odparła lekarka. - Czasem zdarzają się oderwane lub odcięte części ciała, ale to tutaj...

- Czy ktoś naprawdę próbował jeść tę nogę?

- Najprawdopodobniej było to zwierzę. Ale są na niej również ślady, które mnie niepokoją.

- Co ma pani na myśli?

- Zwierzęta gryzą i jedzą w szczególny sposób. Można niemal jednoznacznie określić, jakie to było zwierzę. Podejrzewam, że to wilk. Jest tu jednak pewna rzecz, którą powinna pani zobaczyć.

Sięgnęła po przezroczystą plastikową torebkę. Był w niej skórzany but.

- Prawdopodobnie był włożony na stopę - powiedziała. - Zastanawia mnie jednak, że sznurówki są rozwiązane.

Vivi Sundberg przypomniała sobie, że na drugiej stopie zabity miał zawiązany but.

Przebiegła w myślach listę z nazwiskami ofiar. Jeśli wszystko się na niej zgadzało, mężczyzną z odciętą lub odrąbaną nogą był Lars Andrén.

- Czy może pani powiedzieć coś jeszcze?

- Jest na to za wcześnie.

- Chciałabym, żeby poszła pani ze mną w pewne miejsce. Oczywiście nie mieszam się w to, jak organizuje pani swoją pracę, ale potrzebuję pani pomocy.

Opuściły namiot i udały się w kierunku domu, w którym znaleziono martwego chłopca wraz z dwojgiem zabitych, najprawdopodobniej Hansem-Evertem i Elsą Anderssonami. Wewnątrz panowała przejmująca cisza.

Chłopiec leżał na brzuchu w łóżku, w małym pokoiku na poddaszu. Jego życie, które zaledwie się rozpoczęło, skończyło się między jednym, a drugim oddechem. Vivi Sundberg mocno zacisnęła zęby, żeby się nie rozpłakać.

Stały w milczeniu.

- Nie pojmuję, jak ktoś mógł zrobić coś tak potwornego małemu dziecku - odezwała się w końcu Valentina Miir.

- Właśnie dlatego że tego nie rozumiemy, musimy zdobyć się na wysiłek, żeby przez to przebrnąć. Musimy wyjaśnić, co tu się wydarzyło.

Lekarka milczała. W tym momencie Vivi Sundberg wpadła do głowy pewna niejasna myśl. Chodzi o schemat, pomyślała. Coś tu się nie zgadza. Nagle zrozumiała, co zwróciło jej uwagę.

- Czy może pani powiedzieć, ile ciosów mu zadano?

Lekarka pochyliła się nad ciałem chłopca i oświetliła je nocną lampką. Minęło kilka minut, zanim odpowiedziała.

- Wygląda na to, że zadano mu tylko jeden cios. Był śmiertelny.

- Czy da się powiedzieć więcej?

- Nie zdążył nic poczuć. Cios przeciął mu kręgosłup.

- Zdążyła pani przyjrzeć się pozostałym ciałom?

- Stwierdziłam tylko, że nie żyją. Chcę z badaniem zwłok zaczekać na moich kolegów.

- Czy może pani jednak ocenić już teraz, że pozostali też zginęli od jednego ciosu?

Początkowo Valentina Miir zdawała się nie rozumieć pytania. Potem przebiegła w pamięci to, co do tej pory zobaczyła.

- Przeciwnie - odparła wreszcie. - O ile się nie mylę, pozostali zginęli od większej liczby ciosów.

- Z których nie wszystkie były śmiertelne?

- Za wcześnie, żeby odpowiedzieć na to pytanie, ale możliwe, że ma pani rację.

- Bardzo pani dziękuję.

Lekarka wyszła. Kiedy Vivi Sundberg została sama, przeszukała pokój i ubrania chłopca, mając nadzieję, że znajdzie coś, co pomoże go zidentyfikować. Nie znalazła niczego, nawet karty na przejazdy autobusem. Zeszła na dół, a potem na podwórze. Ponieważ potrzebowała chwili spokoju, wyszła za dom, skąd widać było skute lodem jezioro. Chciała przeanalizować i zrozumieć to, co odkryła. Chłopiec zginął od jednego ciosu, nad pozostałymi ofiarami się pastwiono. Co to mogło oznaczać? Nasuwało jej się na myśl tylko jedno rozsądne, ale zarazem przerażające wytłumaczenie. Ten, kto zabił chłopca, nie chciał, żeby przed śmiercią cierpiał. Wobec reszty ofiar był okrutny, o ile ich wręcz nie torturował.

Stała i spoglądała na zamglone, rozciągające się za jeziorem góry. Chciał zadać im cierpienie, pomyślała. Ten, kto trzymał miecz lub nóż, chciał, żeby jego ofiary wiedziały, że umierają.

Dlaczego? Nie miała pojęcia. Wyrwał ją z zamyślenia szybko narastający hałas. Wróciła na podwórze przed domem. Helikopter obniżył lot nad linią lasu, po czym w chmurze śniegu wylądował na otwartej przestrzeni. Tobias Ludwig wyskoczył z kabiny, a maszyna natychmiast uniosła się i obrała kurs na południe.

Vivi Sundberg wyszła mu naprzeciw. Tobias Ludwig miał niskie buty i brodził w sięgającym mu ponad kostki śniegu. Vivi przyszło na myśl, że z daleka wygląda jak owad, który utknął w śniegu i rozpaczliwie trzepocze skrzydłami.

Spotkali się na drodze. Ludwig otrzepywał się.

- Staram się zrozumieć - powiedział. - Zrozumieć to, co powiedziałaś przez telefon.

- W domach, które tu widzisz, są ciała wielu zabitych. Chcę, żebyś je zobaczył. Jest tu Sten Robertsson. Wezwałam tu tylu ludzi, ilu zdołałam. Teraz twoja kolej, żeby przejąć obowiązki i zdobyć dla nas pomoc, której potrzebujemy.

- Wciąż nie rozumiem. Wielu zabitych? Sami starzy ludzie?

- Jest mały chłopiec, który nie pasuje do schematu. Również został zabity.

Po raz czwarty tego poranka przeszła przez wszystkie domy. Idący u jej boku Tobias Ludwig pojękiwał z przerażenia. Skończyli oglądanie zwłok przy namiocie ustawionym nad znalezioną w śniegu nogą. Lekarki w nim nie było. Tobias Ludwig bezradnie pokręcił głową.

- Co tu się wydarzyło? Musiał to zrobić jakiś szaleniec!

- Nie wiemy, czy sprawca był jeden, czy wielu.

- Wielu szaleńców?

- Nie wiadomo.

Spojrzał na nią uważnie.

- Czy w ogóle cokolwiek wiemy?

- Właściwie nic.

- To nas przerasta. Musimy wezwać pomoc.

- To będzie twoje zadanie. Poza tym poinformowałam dziennikarzy, że o szóstej zorganizujemy konferencję prasową.

- Co mamy im niby powiedzieć?

- To zależy od tego, ilu krewnych ofiar udało nam się do tej pory znaleźć. To też będzie twoje zadanie.

- Szukanie krewnych?

- Erik ma listę nazwisk. Zacznij od zorganizowania pracy. Wezwij ludzi, którym nie przydzielono jeszcze zadań. To ty jesteś szefem.

Drogą nadszedł Robertsson.

- To jakiś potworny koszmar - powiedział Tobias Ludwig. - Czy w Szwecji kiedykolwiek zdarzyło się coś podobnego?

Robertsson przecząco pokręcił głową. Vivi Sundberg przyglądała się obu mężczyznom. Ogarniało ją coraz silniejsze poczucie, że czas nagli. Lęk, że wydarzy się coś jeszcze gorszego, jeśli będą zwlekać.

- Zacznij od nazwisk - powtórzyła. - Naprawdę potrzebuję twojej pomocy.

Wzięła Robertssona pod rękę i poprowadziła drogą.

- Co o tym sądzisz?

- Sądzę, że się boję. Ty nie?

- Nie mam czasu o tym myśleć.

Sten Robertsson spojrzał na nią, mrużąc oczy.

- Ale coś myślisz? Zawsze coś ci przychodzi do głowy.

- Nie tym razem. Równie dobrze sprawców mogło być dziesięciu, a my nie potrafimy powiedzieć nic, ani potwierdzić, ani zaprzeczyć. Staramy się patrzeć na to obiektywnie. Musisz wziąć udział w konferencji prasowej.

- Nie znoszę rozmów z dziennikarzami.

- Nic na to nie poradzę.

Robertsson odszedł. Vivi właśnie miała podejść do swojego samochodu i usiąść w nim, kiedy zauważyła machającego do niej Erika Huddéna. Szedł w jej kierunku, niosąc coś w dłoni. Znalazł narzędzie zbrodni, pomyślała. To byłaby najlepsza rzecz, jaka mogłaby nam się teraz przytrafić. No, chyba że uda nam się schwytać sprawcę.

Jednak Erik Huddén nie miał w ręce narzędzia zbrodni. Podał jej plastikową torebkę. Znajdowała się w niej cienka jedwabna czerwona wstążka.

- Pies wytropił to w lesie. Około trzydziestu metrów od nogi.

- Są tam jakieś ślady?

- Właśnie badają to miejsce. Ale pies znalazł tę wstążkę. Nie chciał tropić dalej, w głębi lasu.

Wzięła torebkę ze wstążką i przyjrzała się jej z bliska, zakrywając dłonią jedno oko.

- Jest cienka - stwierdziła. - Wygląda jak z jedwabiu. Nie znaleźliście nic więcej?

- Tylko to. Było ją widać w śniegu.

Zwróciła torebkę.

- No to już wiemy - oznajmiła. - Na konferencji prasowej poinformujemy cały świat, że mamy dziewiętnaścioro zabitych i ślad w postaci czerwonej jedwabnej wstążki.

- Może uda nam się znaleźć coś jeszcze.

- Znajdźcie. A najlepiej złapcie człowieka, który to zrobił. Albo raczej potwora.

Kiedy Erik Huddén odszedł, usiadła w samochodzie, żeby przez chwilę pobyć sama i pomyśleć. Obserwowała przez przednią szybę, jak kilka kobiet z opieki społecznej prowadzi Julię. Jest szczęśliwie niczego nieświadoma, pomyślała. Julia nigdy się nie dowie, co się wydarzyło w sąsiednich domach tej styczniowej nocy.

Zamknęła oczy i zaczęła przewijać w pamięci listę z nazwiskami ofiar. Wciąż nie mogła dopasować ich do twarzy, które widziała już cztery razy. Gdzie to wszystko się zaczyna?, myślała. Któryś dom musiał być pierwszy, a któryś ostatni. Sprawca, niezależnie od tego, czy działał sam, czy w grupie, musiał wiedzieć, co robi. Nie wybrał domów na chybił trafił. Nie próbował wedrzeć się do Hanssonów ani do zdziecinniałej staruszki. Ich domy pozostawił w spokoju.

Otworzyła oczy i spojrzała przez przednią szybę. To było zaplanowane, pomyślała. Musiało tak być. Ale czy szaleniec może przygotować się do takiej zbrodni? Czy to się trzyma kupy?

Wiedziała, że człowiek niespełna rozumu może działać niezwykle racjonalnie. Miała pod tym względem pewne doświadczenie. Przypomniała sobie pewnego szaleńca, który wyciągnął broń w budynku sądu w Söderhamn i zastrzelił kilka osób, w tym sędziego. Kiedy policja po jakimś czasie dotarła do jego domu w lesie, były w nim założone ładunki wybuchowe. Był szaleńcem ze szczegółowo opracowanym planem.

Wylała do kubka resztkę kawy z termosu. Motyw, pomyślała. Nawet człowiek chory psychicznie musi mieć motyw. Może wewnętrzne głosy namawiają go do zabicia wszystkich, którzy stanęli na jego drodze? Ale czy głosy mogły zaprowadzić go do Hesjövallen? A jeśli tak, dlaczego? Jaką rolę w tym dramacie odegrał przypadek?

Ta myśl zawiodła ją z powrotem do punktu wyjścia. Nie wszyscy we wsi zostali zamordowani. Morderca oszczędził trzy osoby, mimo że mógł zabić również je, gdyby tylko chciał. Zabił za to chłopca, który chyba był w tej przeklętej wsi z przypadkową wizytą.

Chłopiec może być kluczem, pomyślała. Nie mieszka tu, a jednak ginie. Dwie osoby, które żyją tu od dwudziestu lat, uchodzą cało.

Zdała sobie sprawę, że sformułowała pytanie, na które natychmiast musi uzyskać odpowiedź. Było to coś, co powiedział Erik Huddén. Czy dobrze zapamiętała? Jakie nazwisko nosi Julia?

Dom staruszki był otwarty. Weszła do środka i zaczęła czytać papiery, które Erik Huddén znalazł na stole w kuchni. Odpowiedź na pytanie, które sobie zadała, sprawiła, że serce Vivi zaczęło szybciej bić. Usiadła, żeby spróbować zebrać myśli.

To, co odkryła, było nieprawdopodobne, mogło się jednak zgadzać. Wystukała numer Erika Huddéna. Odebrał natychmiast.

- Siedzę w kuchni Julii. Tej w szlafroku, która stała na drodze. Przyjdź tu.

- Zaraz będę.

Erik Huddén usiadł naprzeciw niej przy stole, po czym natychmiast zerwał się z krzesła i spojrzał na nie. Vivi Sundberg patrzyła na niego zdziwiona.

- Mocz - powiedział. - Starsza pani musiała się posikać. Co chciałaś mi powiedzieć?

- Coś, co mi przyszło do głowy. Pomysł wydaje się niedorzeczny, ale jest w jakiś sposób logiczny. Wyłączmy telefony, żeby nam nie przeszkadzali.

Odłożyli komórki na stół. Zupełnie, jakbyśmy odkładali broń, pomyślała Vivi Sundberg.

- Spróbuję streścić coś, czego właściwie nie da się w żaden sposób streścić. Wyczuwam jednak pewną dziwaczną logikę w tym, co tu się wydarzyło dziś w nocy. Chcę, żebyś mnie wysłuchał, a potem powiedział mi, czy twoim zdaniem się mylę. Albo czego w mojej teorii brakuje.

Zapukano do frontowych drzwi. Do kuchni wszedł nowo przybyły technik kryminalistyki.

- Gdzie są zabici?

- Nie w tym domu.

Mężczyzna wyszedł.

- Chodzi o nazwiska - zaczęła Vivi. - Wciąż nie wiemy, jak nazywał się chłopiec. Ale jeśli się nie mylę, był spokrewniony z rodziną Anderssonów, która mieszkała i zginęła w tym samym domu. Kluczem do wszystkiego, co wydarzyło się tej nocy, są nazwiska. Pokrewieństwo. Wygląda na to, że prawie wszyscy w tej wsi nazywali się Andersson, Andrén i Magnusson. Natomiast mieszkająca w tym domu Julia nosi nazwisko Holmgren. Tak jest napisane w papierach z opieki społecznej. Julia Holmgren. Ona żyje. Poza nią mamy Toma i Ninni Hanssonów. Oni też żyją i mają inne nazwisko. Można by z tego wyciągnąć wniosek.

- Że ten, kto to zrobił, z jakichś przyczyn uwziął się na ludzi o tych samych nazwiskach - podjął Huddén.

- Pójdźmy o krok dalej! To mała wieś. Ludzie pewnie niewiele się przemieszczali. Niektóre z rodzin z pewnością połączyły więzy małżeńskie. Nie mam tu na myśli kazirodztwa. Chodzi mi o to, że w rzeczywistości może chodzić nie o trzy, ale dwie rodziny. Albo nawet jedną. To by oznaczało, że wiemy, co ocaliło życie Julii Holmgren i Hanssonom. 

Vivi umilkła i czekała na reakcję Huddéna. Nigdy nie uważała go za szczególnie inteligentnego, ale ceniła jego intuicję, która często pomagała mu obierać właściwy trop.

- Jeśli to prawda, oznacza to, że sprawca musiał znać tych ludzi bardzo dobrze. Kto to mógł być?

- Może krewny? Ale tak czy owak szaleniec.

- Szalony krewny? Dlaczego miałby coś takiego zrobić?

- Tego nie wiemy. Staram się tylko zrozumieć, dlaczego nie wszyscy we wsi zostali zabici.

- A jak wytłumaczysz odrąbaną i wywleczoną pod las nogę?

- Nie umiem tego wytłumaczyć. Ale potrzebuję jakiejś malutkiej cegiełki, żeby móc zacząć. Mój pomysł i czerwona jedwabna wstążka to wszystko, co mamy.

- Mam nadzieję, że rozumiesz, co się będzie działo?

- Że zaatakują nas media?

Huddén potwierdził skinieniem głowy.

- Za to odpowiada Tobias.

- Wypchnie cię przed siebie.

- Wtedy ja wypchnę ciebie.

- Możesz o tym zapomnieć!

Wstali od stołu.

- Chciałabym, żebyś pojechał do miasta. Tobias ma zacząć przydzielać ludziom zadanie szukania krewnych ofiar. Proszę, żeby rzeczywiście zostało to zrobione. I żebyś poszukał powiązań między tymi trzema rodzinami. Ale niech to na razie zostanie między nami.

Erik Huddén wyszedł. Vivi Sundberg podeszła do zlewu i nalała sobie szklankę wody. Ciekawe, ile warta jest moja teoria, zastanawiała się. W tej chwili właściwie tyle samo, ile każda inna.

Tego samego popołudnia, tuż przed osiemnastą, kilku policjantów zebrało się w biurze Tobiasa Ludwiga, żeby się naradzić, co powiedzieć na konferencji prasowej. Lista z nazwiskami zabitych nie miała zostać udostępniona. Dziennikarze mieli być poinformowani o liczbie ofiar, mieli się też dowiedzieć, że na razie policja nie wpadła na żaden trop. Wszelkie doniesienia ewentualnych świadków są cenne i bardzo pożądane.

Tobias Ludwig miał rozpocząć konferencję, a później oddać głos Vivi Sundberg.

Przed wejściem do sali, w której tłoczyli się dziennikarze, zamknęła się w toalecie. Wpatrywała się w swoje odbicie w lustrze. Chciałabym się obudzić, pomyślała. I żeby to wszystko zniknęło.

Po chwili wyszła, na korytarzu kilka razy uderzyła pięścią w ścianę, po czym wkroczyła do zatłoczonego i dusznego pokoju. Weszła na niewielkie podium i usiadła obok Tobiasa Ludwiga.

Spojrzał na nią. Kiwnęła głową na znak, żeby rozpoczął.

Sędzia

5

Ćma wyłoniła się z ciemności i nerwowo trzepocząc skrzydłami, latała wokół lampki na biurku. Birgitta Roslin odłożyła ołówek i odchyliła się w krześle, obserwując jej daremne próby przedostania się do wnętrza porcelanowego abażuru. Odgłos skrzydeł przypominał jej coś z dzieciństwa, ale nie była pewna, co to było.

Jej pamięć mocno reagowała na tego typu bodźce, kiedy Birgitta była zmęczona. Tak jak teraz. W ten sam sposób odległe wspomnienia mogą pojawiać się nagle we śnie.

Jak ćma.

Zamknęła oczy i opuszkami zaczęła masować skronie. Zegar wskazywał kilka minut po północy. Już dwa razy słyszała strażników kontrolujących budynek sądu. Ich kroki odbijały się echem w pustych pomieszczeniach. Lubiła pracować wieczorami, kiedy gmach pustoszał. Wiele lat temu, kiedy pracowała jako asesor w Värnamo, często wchodziła wieczorem do sali sądowej, zapalała kilka lamp i wsłuchiwała się w ciszę. Wyobrażała sobie, że miejsce to jest pustą sceną w teatrze. Były tam ślady na ścianach, szepty, wciąż żywe po wszystkich dramatycznych rozprawach, które się w tym pomieszczeniu rozegrały. Skazywano tu zabójców, złodziei i innych przestępców, a całe rzesze mężczyzn wyłgiwały się od odpowiedzialności w beznadziejnym, niekończącym się ciągu spraw o ustalenie ojcostwa. Niektórzy z nich zostali uniewinnieni i odzyskali dobre imię.

Kiedy Birgitta starała się o etat w sądzie i otrzymała ofertę asesury w Värnamo, chciała zostać prokuratorem. Jednak to właśnie w czasie tej pracy zmieniła plany i obrała ścieżkę swojej dalszej kariery. Na jej decyzję w dużym stopniu wpłynął prezes tamtejszego sądu, Anker, który był dla niej ogromnym autorytetem. Z taką samą cierpliwością wysłuchiwał wszystkich młodych mężczyzn, którzy za pomocą oczywistych kłamstw próbowali wykpić się od ojcostwa, jak pozbawionych skrupułów przestępców, nieżałujących żadnego ze swoich brutalnych czynów. Było zupełnie tak, jakby dopiero ten stary sędzia wpoił jej szacunek dla sądownictwa, który wcześniej wydawał jej się czymś oczywistym. Dzięki niemu mogła go doświadczyć, nie tylko w słowach, lecz także i w praktyce. Sprawiedliwość była działaniem. Kiedy opuszczała miasto, podjęła już decyzję o zostaniu sędzią.

Podniosła się z krzesła i podeszła do okna. Na ulicy sikał pod ścianą jakiś mężczyzna. W ciągu dnia w Helsingborgu padał śnieg. Cienka warstwa drobnego jak puder białego puchu wirowała teraz na ulicy. Kiedy nieświadomie przyglądała się mężczyźnie, jej myśli skupione były na wyroku, który musiała napisać. Przełożyła to na następny dzień. Jutro wyrok musi być gotowy.

Po chwili mężczyzna sobie poszedł. Birgitta Roslin wróciła do biurka i wzięła do ręki ołówek. Wiele razy próbowała pisać wyroki na komputerze, nigdy jej się to jednak nie udało. Czuła się tak, jakby klawiatura odrywała ją od ułożonych w głowie myśli. Za każdym razem wracała do ołówka. Dopiero wówczas gdy wyrok był gotowy i wszystkie poprawki naniesione, przepisywała jego treść na szumiący ekran. Gdy monitor był wygaszony, pływały po nim ryby.

Pochyliła się nad pokreśloną, pełną dopisków kartką. Była to prosta sprawa z przekonującymi dowodami, a jednak wyrok sprawiał Birgitcie Roslin ogromny kłopot.

Chciała wydać wyrok skazujący, ale nie mogła.

Pewien mężczyzna i pewna kobieta spotkali się w jednym z lokali tanecznych w Helsingborgu. Kobieta była młoda, miała niewiele ponad dwadzieścia lat i za dużo wypiła. Mężczyzna, po czterdziestce, obiecał odprowadzić ją do domu i został zaproszony do jej mieszkania, żeby wypić szklankę wody. Kobieta zasnęła na sofie. Wówczas mężczyzna zgwałcił ją i odszedł. Następnego dnia rano kobieta jak przez mgłę pamiętała to, co wydarzyło się zeszłej nocy. Zgłosiła się do szpitala, została zbadana i uzyskała obdukcję. Mężczyzna został oskarżony po przeprowadzeniu dochodzenia, które nie było ani dogłębne, ani staranne, tak samo zresztą jak wszystkie inne podobne postępowania. Rozprawa miała miejsce rok po zdarzeniu. Birgitta Roslin siedziała na swoim krześle sędziowskim i przyglądała się młodej kobiecie. W aktach postępowania przygotowawczego wyczytała, że zarabiała ona na życie jako kasjerka, pracująca na zastępstwo w różnych sklepach spożywczych. Z wypowiedzi jednego ze świadków wynikało, że nadużywała alkoholu. Poza tym dopuszczała się drobnych kradzieży i z tego powodu musiała opuścić jedno miejsce pracy.

Oskarżony pod wieloma względami stanowił jej przeciwieństwo. Był agentem nieruchomości i specjalizował się w sprzedaży lokali przeznaczonych na sklepy. Cieszył się dobrą opinią. Nie był żonaty, miał wysoki dochód. Nienotowany. Jednak Birgitta Roslin miała wrażenie, że przejrzała go na wskroś, gdy siedział na sali w drogim, starannie wyprasowanym garniturze. Nie miała żadnych wątpliwości, że zgwałcił młodą kasjerkę, kiedy ta zasnęła na sofie. Wyniki testów DNA wykazały, że doszło między nimi do stosunku. Nie przyznawał się jednak do użycia przemocy. Kobieta świadomie brała w tym udział - tak twierdził on i jego adwokat z Malmö, którego Birgitta Roslin znała z wcześniejszych rozpraw. Bez najmniejszego wahania bronił swoich klientów, uciekając się nawet do najbardziej cynicznych argumentów, jakie przychodziły mu do głowy. Znalazła się w ślepym zaułku. Miała przed sobą słowo przeciwko słowu. Świadectwo nienagannego agenta nieruchomości przeciwko zeznaniom kasjerki, która - nie dało się ukryć - pijana zaciągnęła go do swojego mieszkania w środku nocy.

Była zła, że nie może go skazać. O ile zawsze broniła swojej podstawowej zasady, że w niejasnych sprawach należało raczej uniewinniać oskarżonych niż ich skazywać, o tyle w tym wypadku była przekonana, że winny uniknie kary za jedną z najgorszych krzywd, jaką człowiek może wyrządzić drugiemu człowiekowi. Nie istniał żaden paragraf, na który mogłaby się powołać, żaden inny sposób interpretacji mowy końcowej prokuratora niż ten, że oskarżony musi zostać uniewinniony.

Co na jej miejscu zrobiłby mądry Anker? Jakich rad by jej udzielił? Na pewno zgodziłby się ze mną, pomyślała. Winny przestępstwa mężczyzna uniknie kary. Stary Anker byłby tak samo wzburzony jak ja. I tak samo by milczał. Największe utrapienie każdego sędziego to konieczność przestrzegania prawa nawet w sytuacji, gdy wie, że winny zbrodni przestępca wychodzi na wolność, nie ponosząc żadnej kary. Młoda kasjerka, która pewnie nie była niewiniątkiem, do końca życia będzie musiała walczyć z poczuciem niesprawiedliwości.

Birgitta Roslin wstała z krzesła i położyła się na stojącej w gabinecie kanapie. Kupiła ją za własne pieniądze i postawiła w miejscu niewygodnego fotela, który oferowała Szwedzka Administracja Sądowa. Wzięła do ręki pęk kluczy i zamknęła oczy. Nauczyła się tego od Ankera. Jeśli klucze wypadną jej z dłoni i spadną na ziemię, będzie to znak, że czas się obudzić. Musiała chwilę odpocząć. Potem skończy pisać wyrok, pójdzie do domu i położy się spać, a następnego dnia przepisze go na czysto. Przeanalizowała wszystkie możliwe rozwiązania, jakie przyszły jej do głowy, i nie mogła zrobić nic innego, niż uniewinnić oskarżonego mężczyznę.

Zasnęła i śniła o swoim ojcu, o którym nie miała żadnych własnych wspomnień. Pracował na statkach jako maszynista. Podczas silnego sztormu w połowie stycznia 1949 roku parowiec "Runskär" poszedł na dno wraz z całą załogą w Zatoce Botnickiej, u wybrzeży Gävle. Ciała ojca nigdy nie odnaleziono. Birgitta miała wówczas cztery miesiące. Obraz ojca, jaki zachowała w pamięci, pochodził z fotografii, które znajdowały się w jej domu. Przede wszystkim tej, na której ojciec stoi przy relingu, ma rozwiane włosy i podwinięte rękawy koszuli. Uśmiecha się do kogoś stojącego na nabrzeżu - do sternika, który zrobił to zdjęcie - tak mówiła jej matka. Jednak Birgitta zawsze wyobrażała sobie, że to na nią patrzy i do niej się uśmiecha, pomimo że zdjęcie zrobiono, zanim się urodziła. Ojciec wracał do niej w snach. Teraz uśmiechał się, zupełnie jak na fotografii. Po chwili jednak jego obraz zniknął, jakby zasnuła go szybko nadciągająca mgła.

Przebudziła się raptownie i od razu się zorientowała, że spała o wiele za długo. Sztuczka z pękiem kluczy nie zadziałała. Nie usłyszała, kiedy wypadł jej z dłoni. Usiadła na kanapie i spojrzała na zegarek. Było po szóstej rano. Spała ponad pięć godzin. Jestem przemęczona, pomyślała. Tak jak większość ludzi śpię za mało. Zbyt wiele spraw w moim życiu mnie niepokoi. W tym momencie to niesprawiedliwy wyrok sprawił, że jestem niezadowolona i przybita.