Busem przez Świat. Ameryka za 8 dolarów - Karol Lewandowski

-
Proszę czekać

U górali

Chicago, IL

W głośnikach rozbrzmiał głos pilota:

- Drodzy państwo, za chwilę lądujemy w Chicago, prosimy przestawić zegarki, jest godzina 10.24, a temperatura w Chicago wynosi 41 stopni. Witamy w USA i dziękujemy za wspólny lot.

Spojrzałem na zegarek, nieprzestawiany od wylotu z Polski. Wskazywał 17.24 - wychodziło na to, że przez lot i zmianę kilku stref czasowych nasza dzisiejsza doba będzie trwała 31 godzin.

Spojrzeliśmy przez okna. Już za chwilę mieliśmy postawić nogę na amerykańskiej ziemi!

Gdy tylko wyszliśmy z samolotu, przed odbiorem bagaży czekała nas jeszcze odprawa celna i rozmowa z urzędnikiem decydującym, czy i na jak długo wpuści nas do USA. Każdy z nas został skierowany do innego stanowiska i zaczęły się podchwytliwe pytania: o cel podróży, miejsce zatrzymania, wiek, kolor włosów, ilość pieniędzy, źródło ich pochodzenia i tak dalej. Pamiętam, jak bardzo się tego obawiałem. Ten pan z okienka o obojętnym wyrazie twarzy mógł zatrzymać mnie albo kogoś z ekipy tylko dlatego, że miał taki kaprys. Wystarczyło, że mu się nie spodobam. Na domiar złego wszystkie pytania były zadawane tak szybko, aby nie zostawić nam czasu do namysłu. Szczęśliwie po dziesięciu minutach rozmowy pan urzędnik bez mrugnięcia okiem wbił mi do paszportu półroczną wizę i powitał w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. I po strachu!

Zadowolony przeszedłem przez bramkę i zobaczyłem Alex, Pazia i Kubę czekających po drugiej stronie. Brakowało tylko Wojtka. Odwróciłem się i zobaczyłem jak urzędnik trzymający jego paszport prowadzi go gdzieś z poważną miną. Wojtek wyglądał na przerażonego. Wyglądało na to, że przedwcześnie się cieszyłem. Przeszedłem odprawę bez problemu, za to zapuszkowali mi brata.

Podbiegłem i zapytałem celnika, o co chodzi, ale pogonił mnie, każąc wrócić za bramki. Minęło dziesięć minut, pół godziny, godzina... Zaniepokojeni czekaliśmy w hali, w której odbiera się bagaże, i wypatrywaliśmy Wojtka. Zostały już tylko torby. Wszyscy inni pasażerowie wyszli. W głowie pojawiły się niewesołe pytania. Co jeśli rzeczywiście go zawrócą? Albo aresztują, bo jest podobny do kogoś poszukiwanego? (Równie dobrze mogliby go wyprowadzić innym wyjściem, a my spędzilibyśmy trzy miesiące czekając na darmo na płycie lotniska). Najgorsze, że żaden z nas nie wiedział, co robić w takiej sytuacji.

- Pewnie już go cofnęli do Polski. Może wiedzą, że dużo Polaków przylatuje tu pracować na czarno i profilaktycznie nie wpuszczają co piątego? I tak nic nie zrobimy, lepiej zabierzmy się z lotniska, bo i nas zatrzymają - Kuba zaproponował rozsądne, choć okrutne rozwiązanie. Próbował je zresztą łagodzić: - Spróbujemy się z nim potem skontaktować. Przecież stojąc tutaj, i tak mu nie pomożemy.

- Nigdzie nie idziemy! - stwierdziłem kategorycznie. - Stoimy tu, dopóki sami czegoś nam nie powiedzą...

Paziu po swojemu próbował rozładować napięcie:

- No właśnie. Wojtek Wojtkiem, ale sprzętu szkoda. W końcu Wojtek ma przy sobie naszego jedynego laptopa i kamerę.

Miałem mętlik w głowie. Co jeśli każą mu wracać do Polski? Słyszeliśmy przecież wiele takich historii. I czemu nie odbiera telefonu? A przede wszystkim - czemu nikt nas o niczym nie informuje? Pogrążyłem się w niewesołych rozmyślaniach. Nagle za naszymi plecami rozległ się znajomy głos:

- No! Już myślałem, że spisaliście mnie na straty! - rzucił wesoło idący w naszą stronę Wojtek.

- Gdzieś ty był?! - dopytywaliśmy jeden przez drugiego.

- Zestresowałem się podczas odpowiadania na pytania i niechcący powiedziałem, że mam tylko 100 dolarów na cztery miesiące - tłumaczył gorączkowo. Widzieliśmy jak schodzi z niego stres. - Chodziło mi o to, że tyle mam przy sobie, w portfelu, a oni pewnie pomyśleli, że przyleciałem na turystycznej wizie, mając 100 dolarów, i będę chciał nielegalnie pracować w Stanach. Zanim zacząłem się tłumaczyć, urzędnikowi już coś się nie spodobało. Zabrał mi paszport i zaprowadził mnie do pokoju, który wyglądał jak poczekalnia dla terrorystów i nielegalnych imigrantów. Posadzili mnie obok Hindusów, Arabów, Afroamerykanów i Meksykanów. Było tam też tych dwóch Polaków, których poznaliśmy wczoraj w Helsinkach. Cali we łzach, powiedzieli, że odsyłają ich do Polski, bo wydało się, że podczas ostatniego pobytu w Stanach pracowali na czarno. Po godzinie wyczytali moje nazwisko i zaczęli zadawać jakieś głupie pytania: "Co robisz w Ameryce? Czy jesteś terrorystą? Czy masz narkotyki?"... zupełnie jak w filmie. Zacząłem im tłumaczyć, co i jak, pokazałem koszulkę i "National Geographic", ten z artykułem o naszej wyprawie. Wtedy od razu zmienili ton. Pogadaliśmy jeszcze z pięć minut i mnie puścili... No dobra, chodźmy już! Może ktoś zechce odebrać nas z lotniska?

W ten sposób zorientowaliśmy się, że zapomnieliśmy o Tommym. Miał na nas czekać Polak, z którym kilka miesięcy temu nawiązaliśmy kontakt mailowy. Zaoferował, że nas odbierze i że będziemy mogli spędzić u niego jedną noc.

Wyszliśmy na zewnątrz i nagle spadła na nas fala niespodziewanego upału. Długie spodnie i bluzy, w których przylecieliśmy, kompletnie nie pasowały do 40-stopniowego gorąca.

Tommy okazał się ogromnym facetem o długich włosach i szerokim uśmiechu. Upewnił się, że jesteśmy tymi, których oczekuje, i zaraz się ucieszył:

- Witajcie w Ameryce, mordy wy moje! Już myślałem, że zmieniliście zdanie i polecieliście od razu do Meksyku. Dawajcie bagaże i wsiadamy do auta, bo tu humid za duży.

- Humid? - zapytałem.

- No, humid... Czyli ta, no... wilgotność. Przekracza 90 procent, a rano było ponad 40 stopni. Za dużo, żeby wychodzić z klimy.

Zapakowaliśmy się w sześć osób do pięcioosobowego auta Tommy'ego, wielkie torby biorąc na kolana. Prawie nie było nas zza nich widać.

- To gdzie jedziemy, Tommy? Do ciebie? - zagadnąłem, wychylając czubek głowy zza torby.

- No właśnie nie do końca... Moi rodzice jednak nie pozwolili mi nikogo przyjąć. Wiecie, są nieufni wobec obcych. Nie to co ja. Ale gadałem z moim kumplem, Tomkiem, który powiedział, że możecie przenocować u niego, czyli nie ma stresu! A potem koniecznie musimy pojechać do downtown!

- Downtown? - ktoś z nas najwyraźniej nie znał tego słowa. Tommy zaraz wyjaśnił, co ma na myśli, a minę miał taką, jakbyśmy zapytali, jakiego koloru jest niebo albo czy w Stanach trawa również jest zielona:

- No centrum Chicago, z wielgachnymi wieżowcami!

W pół godziny dojechaliśmy pod dom Tomka, który mieszkał na typowym amerykańskim osiedlu - identyczne małe domki w równym rządku, przed każdym idealnie przystrzyżony trawnik, skrzynka na listy i czerwony hydrant. Oczywiście nigdzie nie było płotów, za to na co drugim domu dumnie powiewała flaga amerykańska.

W Chicago z góralami

Okazało się, że kumpel Tommy'ego również nazywa się Tommy. To znaczy Tomek. Mieliśmy dwóch facetów noszących to samo imię i żadnego nie znaliśmy. Tomek numer dwa, młody chłopak z włosami postawionymi na żelu, koszulką z napisem "Dubiel Party" i polską flagą w rękach - jeszcze większą niż ta, którą przygotował jego imiennik - najwyraźniej był zorientowany w sytuacji. Przywitał nas słowami:

- Siema! Jestem Dubiel. Chodźcie, zrobimy sobie zdjęcie na waszego bloga.

Odłożyliśmy torby, zapozowaliśmy, po czym weszliśmy do domu. Dubiel wynajmował lokum razem z siostrą - ona zajmowała piętro, on urzędował w piwnicy. Nie była to jednak taka piwnica, jakie mamy w Polsce - z ziemniakami, przetworami i rowerami: po prostu zwykłe piętro mieszkalne z kilkoma pokojami, kuchnią i łazienką. Okazało się, że zarówno Tommy, jak i Dubiel są góralami, pochodzą spod Zakopanego i do USA przyjechali kilkanaście lat temu. Dubiel pracował jako DJ i organizator imprez. Gdy pokazał nam swój pokój ze sprzętem i odpalił wszystkie głośniki, ziemia zadrżała pod naszymi stopami.

Dołączyło do nas jeszcze dwóch kolegów Dubiela - Paweł, który przedstawił się jako "Król Płytek", oraz Tomek numer trzy. Zaczynałem się już w tym wszystkim gubić. Pozostawało jeszcze jedno pytanie: czemu Paweł zawdzięczał swój monarszy pseudonim? Tego nigdy się nie dowiedziałem. Po prostu, był królem i basta.

- No, to jak już wszyscy są, to przygotowałem coś specjalnie na tę okazję. Przywitamy was jak przystało na amerykańskich górali z Polski. Kto ma ochotę na 35-letnią whisky? - powiedział Dubiel i polał, nie czekając na odpowiedź.

Bardzo lubię górali. To dzielni, prawdomówni ludzie, którzy nie boją się żadnego wyzwania, a żadna praca nie jest dla nich za ciężka. Ale wódkę piją jak wodę i wydają się niezniszczalni. Ty leżysz pod stołem, oni dopiero się rozkręcają. W swoim życiu widziałem wielu pijących górali, lecz żadnego pijanego. Zrozumiałem, że stoimy przed poważnym wyzwaniem - i rzeczywiście tak było. Każdy łyk dosłownie wypalał wnętrzności, no ale któż odmówiłby takiego ekskluzywnego powitania? Opowiedzieliśmy góralom o naszych planach związanych z trasą, a oni podpowiadali nam, gdzie koniecznie powinniśmy pojechać i co zobaczyć.

- Obowiązkowo Wielki Kanion i Dolina Monumentów. To amerykańskie must see - powiedział Dubiel i na dowód pokazał nam swoje zdjęcie z nartami, w zimowych ciuchach i z piwem w ręku. Oczywiście polskim.

Pomimo zmęczenia i zmiany strefy czasowej posiedzieliśmy z chłopakami do 5.00 rano. Opowiadali nam o początkach w Stanach, jak mieszkali po sześciu w jednym pokoju i chwytali się każdej, najgorszej nawet roboty. Odśnieżali dachy i pracowali przy wyburzeniach. Powoli, miesiąc po miesiącu, wrastali w nową rzeczywistość. Do przodu pchały ich marzenia i upór właściwy góralom. Teraz każdy może o sobie powiedzieć, że jest człowiekiem sukcesu. Wszyscy uważali się jednocześnie za Polaków, górali, ale i Amerykanów. Słuchaliśmy zafascynowani. Adrenalina związana z rozpoczęciem wyprawy i pierwszym dniem w USA zwyczajnie nie pozwalała nam odczuć zmęczenia. Mimo to zasnąłem natychmiast, gdy tylko przyłożyłem głowę do poduszki.

Umówiliśmy się, że rano Tomek zawiezie nas na przedmieścia Chicago, gdzie mieliśmy złapać stopa do Nowego Jorku, by odebrać busa. Naszym gospodarzom pomysł wydawał się nieco szalony i, niestety, mieli rację. Okazało się, że droga jest trochę dłuższa, niż się nam wydawało. Gdy patrzyliśmy na mapę, wyglądało to jak odległość jak z Wrocławia do Krakowa, a w rzeczywistości było to ponad 1400 kilometrów! Przy tym musieliśmy pokonać ten dystans w zaledwie dwa dni. Mieliśmy bowiem wyznaczony termin odbioru Supertrampa, a za każdy dzień spóźnienia musielibyśmy zapłacić karę w wysokości kilkuset dolarów.

Rano Dubiel gdzieś wybył. Nie zostawił żadnej kartki, więc uznaliśmy, że trzeba będzie na niego zaczekać, a tymczasem ruszyliśmy na poszukiwania sklepu, żeby kupić coś na śniadanie.

W dzielnicy, w której się znajdywaliśmy, Newcastle, mieszkało wielu Polaków. Gdy wyszliśmy z osiedla domków, skręciliśmy w główną, bardzo szeroką ulicę. Koło nas przejeżdżały same duże samochody - SUV-y, vany. Cóż, w USA paliwo jest dwa razy tańsze niż u nas, więc mieszkańcy mogą sobie pozwolić na takie potwory palące nawet po 20 litrów.

Światła na skrzyżowaniach, hydranty, znaki, parterowe budynki sklepów jak z westernów, samochody, skrzynki z darmowymi gazetami - wszystko wyglądało dokładnie jak na filmach. No, może dopóki nie zaczęliśmy się przyglądać sklepowym szyldom. Większość z nich była dwujęzyczna, z napisami po angielsku i polsku. No, prawie po polsku: wypatrzyliśmy takie cuda jak "polski piwo" i "hairdresser damsko-męski".

Polskie akcenty w Chicago

W markecie wypatrzyliśmy takie produkty jak polska woda mineralna, chleb z polskiej piekarni, a nawet mrożone polskie pierogi. Kupiliśmy chleb za dwa dolary, dżem za półtora dolara, sok za trzy i wróciliśmy do domu Tomka. Gospodarz pojawił się, gdy jedliśmy śniadanie:

- Chodźcie na zewnątrz, muszę wam coś pokazać! - krzyknął w drzwiach i wybiegł przed dom, a my ruszyliśmy za nim.

Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, Tomek siedział na masce czarnego eleganckiego chevroleta i obracał pękiem kluczyków dookoła palca.

- Wczoraj mówiliście, że chcecie jechać do Nowego Jorku autostopem. Średnio mi się podoba ten pomysł. Tu nikt nie zabiera autostopowiczów, a jeśli już zabiera, to zazwyczaj jest świrem, który potem morduje ich na pustyni. Tak czy owak, nie pozwolę moim polskim przyjaciołom zginąć w pierwszych dniach wyprawy, więc wypożyczyłem wam samochód. Dla mnie to grosze, bo współpracuję z wypożyczalnią, biorę od nich limuzyny na imprezy, a wy przynajmniej przejedziecie się jak ludzie, z klimą. Tylko macie maksymalnie 24 godziny, żeby oddać go w Nowym Jorku. Czemu robicie takie zdziwione miny? Wsiadajcie! W odtwarzaczu macie moją składankę z góralskimi kawałkami.

Nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje, szybko skończyliśmy śniadanie, zabraliśmy torby, wyściskaliśmy Dubiela i wskoczyliśmy do auta. Byłem naprawdę zaskoczony. Przecież nie znaliśmy tego człowieka, a on wiedział o nas tyle, co zdołaliśmy mu powiedzieć podczas wczorajszej popijawy. Nie znał nawet naszej strony, nie czytał książki, byliśmy dla niego nikim więcej jak grupą zagubionych młodych ludzi z Polski. A jednak nam pomógł, zupełnie bezinteresownie.

Pożegnaliśmy się serdecznie. Przekręciłem kluczyk w stacyjce. Po kilku minutach krążenia podmiejskimi uliczkami znaleźliśmy się na autostradzie. Autostrada znaczy tutaj coś innego niż w Polsce czy nawet na Zachodzie Europy. Amerykańska autostrada jest po prostu gargantuiczna! Mowa o drodze szerokiej, idealnie prostej i równiutkiej jak stolnica, z pasem zieleni pośrodku, przez który czasem nie widać nawet samochodów jadących w przeciwnym kierunku. Przez Indianę, Ohio i Pensylwanię mknęliśmy jak szaleni. Nie mieliśmy czasu na zwiedzanie, ale wiedzieliśmy, że za kilka tygodni pokonamy tę samą drogę busem i wtedy sobie odbijemy!

Od pomysłu do realizacji

Nasza pierwsza wyprawa dookoła Europy* miała być tą jedyną.

Planowaliśmy, że po powrocie sprzedamy busa i dzięki temu pomniejszymy koszty tego miesięcznego wyjazdu - wynosiłyby wtedy mniej niż dwa tysiące złotych na osobę. Przecież to były tylko wakacje! Może trochę niestandardowe, zwariowane, ale tak czy owak nic wielkiego. Po prostu, pojechaliśmy z Polski na Gibraltar. Jednak rozmach wyprawy przeszedł najśmielsze oczekiwania. Uwierzyliśmy w to, że (wbrew sądom naszych znajomych, i po części - też naszym własnym) do podróżowania nie potrzeba ani wielkich pieniędzy, ani specjalnego doświadczenia. Wystarczy zapał, chęci, wiara w możliwość odwiedzenia kawałka świata i przeżycia chwil rodem z książek przygodowych. Można spać na dziko pod gwiazdami, żywić się jedzeniem z puszek zabranych z Polski i doświadczyć niesamowitych rzeczy z przypadkowo poznanymi ludźmi.

Zapragnęliśmy więcej.

Postanowiliśmy, że nie sprzedamy busa i będziemy kontynuować nasze przygody, a za cel obraliśmy sobie objechanie całego świata.

Kiedy wróciliśmy z pierwszej wyprawy, zarówno nasz projekt, jak i poświęcony mu blog: www.busemprzezswiat.pl stały się znane w całej Polsce. Relacje i film z naszej eskapady trafiły na pierwsze strony portali informacyjnych. Gościliśmy w największych polskich stacjach telewizyjnych i radiowych, a nawet w kilku programach śniadaniowych. Odwiedziliśmy kilkadziesiąt festiwali podróżniczych i uczelni, gdzie opowiadaliśmy o naszej wyprawie, a patronat nad projektem objęły "National Geographic Traveler", Onet, "Autoświat" i ponad stu innych przedstawicieli polskich mediów. Z jednej strony, czuliśmy się przyjemnie docenieni. Z drugiej - doskwierał ciężar nowej roli. Bo jak to? Mielibyśmy teraz wszystko odpuścić, wrócić do zwyczajnego życia bez szalonych podróży? Nigdy!

Udało nam się nawet wydać książkę o naszej pierwszej wyprawie i doczekaliśmy się dziesiątków naśladowców. Naszego bloga zaczęło odwiedzać coraz więcej osób, w sumie przekroczyliśmy liczbę dwóch milionów odwiedzających, a blog stał się jednym z najpopularniejszych blogów podróżniczych w Polsce. Na Facebooku zebraliśmy ponad 30 tysięcy fanów, a filmy na YouTubie obejrzał ponad milion ludzi. Dzięki nam wielu z nich uwierzyło, że tanie podróżowanie jest możliwe, i ruszyło w świat podobnymi busami, często dokładnie powtarzając naszą książkową trasę. To więcej niż miłe. Pokazaliśmy innym, że wystarczy odrobina determinacji. Nie trzeba wydawać dziesiątków tysięcy dolarów na luksusowe wakacje po drugiej stronie globu; koniec z Turcją all inclusive! Podróżowanie staje się naprawdę ciekawe, gdy robimy to na własną rękę, a brak pokaźnych funduszy otwiera nas na prawdziwą przygodę i, co tu kryć, zmusza do kombinowania. Jadąc przez Europę, spotkaliśmy mnóstwo dobrych ludzi, dowiedzieliśmy się wiele o sobie i innych. Tego po prostu nie można kupić.

Rok po pierwszej wyprawie zrealizowaliśmy podróż dookoła Polski znaną jako "Inteleko.pl przez Polskę 2011". Zaraz po niej rozpoczęliśmy dwumiesięczną wyprawę na wschód Europy, do krajów byłej Jugosławii i zahaczającą o kontynent azjatycki - czyli wyprawę "Lenovo East Trip 2011". Po powrocie zadaliśmy sobie pytanie: co dalej? Coraz mniej białych plam na mapie Europy, właściwie została tylko Skandynawia, kawałek Europy Wschodniej i Wielka Brytania. Może północna Afryka? Albo wyprawa dookoła Morza Śródziemnego lub do Azji? Wszystkie te pomysły były banalnie i proste wobec koncepcji, jaką rzucił ktoś z ekipy:

- A może pojedziemy do Ameryki? Wiecie, wyprawa szlakiem hollywoodzkich filmów...

Początkowo nie potraktowaliśmy tego pomysłu poważnie. Wprawdzie od dawna marzyliśmy o tym, żeby zobaczyć Stany, przejechać się konno po Dzikim Zachodzie, poleżeć na kalifornijskiej plaży czy wejść na Statuę Wolności, ale wydawało nam się to zbyt odległe i nieosiągalne. Bo jak dojechać busem na drugi kontynent, od którego dzieli nas kilka tysięcy kilometrów oceanu? Czy uda nam się załatwić wizy? No i, przede wszystkim, skąd wziąć na to wszystko pieniądze? Ale Stany rozpalały wyobraźnię. Gdy tylko pojawił się pomysł, żaden z nas nie potrafił o nim zapomnieć.

Jak zwykle - poszukiwania rozpoczęliśmy od internetu. Nie znaleźliśmy relacji z żadnej polskiej samochodowej wyprawy po Ameryce, a informacje na temat formalności, jakie trzeba załatwić, były sprzeczne lub bardzo zdawkowe. Okazało się jednak, że samochód można... wysłać do Stanów - po prostu co kilka tygodni odpływają z Europy promy z kontenerami. Bawiła nas myśl o tym, jak Amerykanie, przyzwyczajeni do swoich wielkich, błyszczących wozów, zareagują na naszego kolorowego busa. Zapewne wezmą nas za nieszkodliwych marzycieli, którzy chcieliby powrócić do lat 60. Ta zabawna wizja dodawała nam sił do dalszego działania. Wkrótce okazało się, że załatwienie wiz turystycznych też nie powinno stanowić problemu - teoretycznie wystarczy wypełnić specjalny formularz i udać się na spotkanie do konsulatu amerykańskiego w Krakowie.

Podczas realizacji drugiej wyprawy zgłosiło się do nas kilka firm gotowych zasponsorować nam paliwo w zamian za umieszczenie naklejki z ich logo na naszym Supertrampie. Uznaliśmy, że skoro wcześniej znaleźli się chętni, to teraz sami wyjdziemy z taką propozycją do innych przedsiębiorstw, dzięki czemu może uda nam się zebrać budżet potrzebny na paliwo i transport busa, czyli główne koszty wyprawy.

Podsumowaliśmy wszystko, co należałoby załatwić, i stwierdziliśmy, że chyba jednak damy radę. Musieliśmy dostać wizy, przekonać kilka firm do zareklamowania się podczas naszej wyprawy, przygotować auto na amerykańskie pustynie, zmodyfikować wyposażenie busa, uzupełnić braki w ekipie, załatwić transport samochodu oraz pozwolenie na poruszanie się po amerykańskich drogach i upolować tanie loty do Ameryki. Planowaliśmy wyjechać w lipcu 2012 roku, więc na przygotowania - no i oszczędzanie - mieliśmy cały rok. Teraz brzmi to zwyczajnie, jak lista zadań do "odhaczenia". Tak naprawdę wymagało masy maili, telefonów i spotkań. Można było pomyśleć, że szykujemy nie kilkuososobową wycieczkę, ale prawdziwy desant na Amerykę!

Wstęp

Lecimy do Stanów!

Pakowanie trwa do samego rana. Limit bagażowy doskwiera tak jak nigdy, a nasi bliscy, równie życzliwi co zatroskani, nieustannie przypominają, co jeszcze powinniśmy zabrać. Wydawałoby się, że Ameryka to dziki kraj, w którym nie ma map ani scyzoryków. Samolot wylatuje o 19.00, ale z rodzinami żegnamy się już o świcie. Razem z Wojtkiem i Paziem wsiadamy do autobusu linii Świdnica - Wrocław, by następnie udać się do Warszawy. Podróż upływa na niespokojnych myślach, pozbawionych większego sensu. Co będzie, jeśli ktoś nawali? A co, jeśli zgubimy się na lotnisku w Helsinkach, podczas przesiadki? Największy lęk wiąże się ze złowrogą figurą urzędnika imigracyjnego, już w Stanach. Wystarczy, że taki będzie miał zły dzień i któregoś z nas nie wpuści. Wówczas jesteśmy załatwieni.

Jednocześnie w głowie pojawiają się obrazy z filmów: przepych Piątej Alei w Nowym Jorku, Wielki Kanion, wzburzone wody wodospadu Niagara, nawet kurz teksaskiej drogi i wymarłe miasteczka na uboczu. Jeśli się uda, niedługo to wszystko zobaczymy. Jeśli się uda...

Na lotnisku czeka na nas, wraz ze swoją rodziną, Alex. Brakuje już tylko piątego członka ekipy, czyli Kuby, naszego mechanika. Czemu zawsze muszą pojawić się jakieś trudności? Martwimy się, że może w ostatniej chwili zrezygnował. Po ponad godzinie nerwówy i kilkudziesięciu próbach dodzwonienia się do niego - w końcu się zjawia, spóźnienie tłumacząc korkami. Dopadamy odpowiedniego stanowiska, odbieramy karty pokładowe i oddajemy bagaże. Każda torba waży prawie 20 kilogramów! Zaraz potem gnamy do bramki. Uff, wreszcie siedzimy w samolocie, a stewardessy zaczynają swój taniec, pokazując, jak powinniśmy się zachować w wypadku katastrofy. Pocieszam się myślą, że wypadki samolotowe zdarzają się wyjątkowo rzadko. Statystycznie - bezpieczniejszym środkiem transportu jest tylko winda.

W Helsinkach musimy czekać na przesiadkę kilkanaście godzin. Ściemnia się, a że lotnisko jest położone z dala od centrum miasta, zwiedzanie nie wchodzi w rachubę. Szwendamy się więc po lotnisku, przy okazji szukając miejsca, w którym moglibyśmy się zdrzemnąć i przeczekać do rana. Czujemy się jak Tom Hanks w Terminalu. Brakuje tylko wózków na zakupy, żebyśmy mogli wydłubywać z nich drobne na jedzenie. Znajdujemy względnie wygodne ławki i szykujemy się do snu, jako poduszek i okrycia używając plecaków i bluz. Między nami koczują i inni, głównie Polacy albo przybysze z krajów Europy Wschodniej. Jedzą wyszarpywane z folii aluminiowej tłuste kanapki i rozmawiają z pełnymi ustami. Przed północą wszystko milknie i nawet chrapanie innych podróżnych przestaje nam przeszkadzać.

Rano budzi nas typowy lotniskowy harmider - ktoś biegnie do bramki, z głośników raz po raz rozlegają się komunikaty, dzieci płaczą, a obok grupka młodych ludzi zawzięcie o czymś rozprawia w którymś z języków skandynawskich. Wyjmujemy szczoteczki i ręczniki i udajemy się na poranną toaletę, a potem zasiadamy do śniadania: kawy z automatu i zabranych z Polski kanapek. Wreszcie zbliża się godzina odlotu - przejęci i wciąż rozespani przechodzimy przez kolejne etapy kontroli.

Lot trwa prawie dziesięć godzin, ale posiłki są podawane tak często, a filmy puszczane tak intensywnie, że nawet nie mamy czasu na sen. Zresztą kto by spał w takiej chwili! "Lecimy do Ameryki", raz po raz powtarzam w myślach, jakby dotarło to do mnie dopiero teraz. Przez ostatnie miesiące zafundowaliśmy sobie straszną bieganinę związaną z przygotowaniami i dopiero teraz mam chwilę, by pozbierać myśli. Zaczyna do mnie docierać, w co się wpakowaliśmy: na całe trzy miesiące zostawiliśmy rodziny, przyjaciół, dziewczyny, studia i pracę, by wyruszyć w podróż marzeń i wysłużonym busem przejechać przez cały kontynent amerykański. Żadne z nas nie było dotąd tak daleko od domu. Słyszałem nawet, że podróżowanie po tej części świata jest typowo europejskim pomysłem. Amerykanie lubią siedzieć w jednym miejscu i rzadko kiedy opuszczają obręb stanu. Kto wie, może będą na nas patrzeć jak na wariatów?

Oczywiście mamy również przyziemne myśli. Ktoś zamartwia się, że zapomniał czegoś ważnego i z pewnością skończy się to tragedią, inny zastanawia się, czy plecak z 17 kanapkami z kotletami schabowymi na pewno przejdzie kontrolę celną, a jeszcze ktoś po wysłuchaniu opowieści siedzącego obok Anglika, żalącego się, jak to jego torba poleciała do Hongkongu zamiast wraz z nim do Paryża, żałuje, że nie podpisał swojego bagażu. Mimo to czujemy wielką radość i narastającą ekscytację - lecimy do Stanów! Jakby na to nie spojrzeć, dopięliśmy swego: udało się nam przebrnąć przez wszystkie problemy i załatwić formalności, mimo że wielu mówiło nam, że się nie uda i że powinniśmy odpuścić. Teraz wiemy już, że nic nas nie powstrzyma. Mamy za sobą niespełna rok przygotowań, stresów, niepewności, zwątpień i momentów pełnych poczucia beznadziei. Wbrew wszystkim i wszystkiemu udało się, podróż po USA rozpocznie się lada moment. A wszystko zaczęło się jak zwykle - od pomysłu.

Pomysłu, w który nie wierzył prawie nikt.

Droga do Doliny Monumentów na Dzikim Zachodzie