Bożek Milion - Waleria Marrené-Morzkowska

Reflow text when sidebars are open.
W piękny letni poranek, młody człowiek przechodził z wolna przez jedną z głównych ulic Warszawy. Była to niedziela. Uboga ludność śpieszyła do kościołów lub na zamiejskie przechadzki, bogata nie pokazywała się jeszcze; powozy rzadko wstrząsały brukiem, dorożki nawet mało krążyły. Powietrze miało tę orzeźwiającą siłę, tę woń wiośnianą, która czasem o tej godzinie dolatuje nawet do wielkiego miasta. Młody człowiek oddychał pełną piersią jakby spragniony był ruchu i słońca; wpatrywał się w błękit nieba, w białe obłoczki przysłaniające go gdzieniegdzie, w tumany kurzu złote od słonecznych promieni, okiem marzącym myśliciela. Może dostrzegał w nich miriady jestestw wzbijające się ku światłu, powołane do bytu ożywczą siłą jego; może duch jego tonął w pogodzie błękitu - bo czoło miało wyraz dziwnego spokoju.
Szedł z wolna, mało zważając na przechodzących; aż dochodząc do ozdobnego pałacu na Nowym Świecie, zatrzymał się jakby mimowolnie, jakby siłą nawyknienia, i spojrzał wkoło siebie. Pałac był niewielki, ale wykwintny, arystokratycznej powierzchowności, co zresztą, poświadczało i nazwisko właściciela: "Hrabia Feliks Horecki", wypisane ponad bramą. Żelazna krata oddzielała od ulicy dziedziniec zasłany zielonym kobiercem murawy, wykrojonej w rozmaite klomby kwiatów. Do głównego budynku w głębi, prowadziły szerokie schody, których balustrada okrytą była wazonami egzotycznych krzewów; ganek pierwszego piętra wspierały marmurowe kariatydy, a spoza dachu wyglądały gałęzie starych drzew ogrodu, świadcząc, że właściciele nie dbali o zużytkowanie każdego łokcia ziemi, i byli dość możnymi, by nie żałować sobie największych zbytków miejskich: powietrza, przestrzeni i zieloności.
Młody człowiek zatrzymał się przy kracie dziedzińca, jak gdyby z dawna przywykł tak czynić, i spojrzał wewnątrz dziwnym wzrokiem, a twarz jego pogodna spochmurniała nagle. A jednak cóż wspólnego być mogło pomiędzy nim a mieszkańcami tego eleganckiego pałacu? Ubranie jego czyste i noszone z pewną wrodzoną wytwornością, było zwykłym ubraniem rzemieślnika; ręka pięknych, rzeźbiarskich kształtów, była jednak szorstka i spracowana. W tej chwili dziedziniec był pusty, story i żaluzje szczelnie pozamykane świadczyły, że tu wszyscy byli jeszcze pogrążeni w śnie głębokim. Jednakże on oczy badawcze zatopił w tych oknach przysłoniętych, w tych drzwiach pozamykanych, z tak dojmującą, siłą, jak gdyby chciał przejrzeć te zasłony i dostać się do głębi zaciemnionych komnat. Widać nie czekał tu na nikogo; bo gdy jedne z drzwi bocznych otworzyły się, drgnął i oddalił się szybko, jak dziecko schwytane na gorącym uczynku. Jednak nie odszedł daleko. Ruch o tak wczesnej godzinie, w tym domu, którego widać znał nawyknienia, zaciekawił go; przeszedł na drugą stronę ulicy i patrzał.
Z pałacu wyszedł służący i zawołał dorożki, która zatoczyła się przede drzwi boczne; służący wyniósł kuferek, parę pudełek i paczek, które dość niedbale umieścił w dorożce. Za nim ukazała się młoda kobieta, tak młoda, tak wątła, że raczej trzeba ją było nazwać dziewczyną, gdyby nie to, że wyraz dziewczyna oznacza zazwyczaj istotę, która jeszcze nie weszła w życie, zostając pod opieką i odpowiedzialnością cudzą; która zaznała tylko radosną stronę życia, i zamiast pamiątek posiada nadzieję. A na tej twarzy młodej i cudnie pięknej, wyryły się już bruzdy cierpienia. Samotna, zbolała, opuszczała progi tego domu, i wychodziła z niego nieżegnana i nieżałowana - bo wyjazd jej nie zmienił nic w zwyczajach jego mieszkańców, nie zbudził ich nawet ze snu rannego. Wsiadła do dorożki, nie oglądając się prawie; włożyła w rękę służącego datek snać skromny, bo on przyjął go z pewnym lekceważącym uśmiechem. Ale kobieta nie zważała na to; zasunęła się w głąb powozu, chcąc ukryć może łzy cisnące jej się do oczu.
- Gdzież ma jechać? - spytał służący zamykając drzwiczki.
Kobieta zadrżała.
- Ja mu wskażę drogę - odparła niepewnym załzawionym głosem.
Służący uśmiechnął się znowu, szepnął coś dorożkarzowi, zauważył jego numer, i powóz wytoczył się z dziedzińca i zwrócił ku miastu.
Te wszystkie szczegóły nie uszły bacznego oka młodego człowieka, który znowu zbliżył się był do kraty tak, że mógł słyszeć zamienione wyrazy. Może też odgadł więcej jeszcze, bo stał w miejscu niepewny, wahający się: brwi jego gęste, w łuk zagięte ściągnęły się, zmarszczki wystąpiły na jasne czoło, a usta przybrały wyraz zaciętej, nieubłaganej woli. I ta twarz przed chwilą tak plastycznie spokojna, zatopiona w cichym marzeniu, odbijająca błękit niezmącony nieba, zmieniła się do niepoznania, stała się surową i groźną jak sprawiedliwość. Z rękami skrzyżowanymi na piersiach przechadzał się wkoło pałacu, odbywając straż jakąś, czekając na coś - i nie czekał długo. W niespełna pół godziny, taż sama dorożka powróciła próżna przed bramę dziedzińca, wyszedł tenże sam lokaj, a dorożkarz w zamian za rubla powiedział mu adres domu na Świętojańskiej ulicy, dokąd zawiózł młodą, kobietę. Wiadomość ta widać potrzebna była człowiekowi stojącemu przy kracie, bo oddalił się szybko we wskazanym kierunku.
Jeszcze raz - cóż wspólnego być mogło pomiędzy nim a mieszkańcami pałacu? co go obchodziła ta smutna kobieta? Nie znał jej - bo ani się zbliżył ani ukrywał przed nią. A jednak stał tuż koło bramy, gdy przejeżdżała; spojrzenia ich się spotkały i rozbiegły obojętnie. Dlaczegóż teraz on szedł za nią? Nie wyglądał na człowieka goniącego za ładną twarzą. Czoło jego zachowało wyraz surowy. Daremnie wokoło niebo i ziemia zdawały się uśmiechać; on przestał zważać na harmonię świata. Burza wewnętrzna widać kipiała w jego myśli, ale na zewnątrz wybijała tylko bruzdą na czole i płomieniem wzroku.