Bosonoga bogini - Iwona Czarkowska

-
Proszę czekać

W MNIEJ LUB BARDZIEJ GŁÓWNYCH ROLACH WYSTĘPUJĄ:

Alicja Kalicka - rozwódka po trzech życiowych zakrętach

Paweł, Szymon, Karol - trzy zakręty w życiu Alicji

pan Karasek - sąsiad, który bał się fajfów w Ciechocinku

Łucja, Karolina, Ewa - przyjaciółki, które postanowiły wyprostować pokręcone życie Alicji

Barbara Nowik - mistrzyni gminy w jeździe karawanem

Hrabia Dakulski - właściciel prawie średniowiecznego zamku

Leon Kiliński - mężczyzna, który nie jest szewcem

Marek Nowak - towarzysz podróży podobny do Bogusia

Boguś - zmora, która straszy Alicję w zamku

Buba - kuzynka Alicji, która przykuła się do drzewa

Majeczka - asystentka despotycznego kierownika produkcji

Kudłaty - despotyczny kierownik produkcji

Maria Luiza Grabek - kobieta, która przepowiedziała Alicji kolejny zakręt

UDZIAŁ BIORĄ RÓWNIEŻ:

Koty - Zofia i Rudy Sto Dwa

Psy - Pasztet, Lili, Hula, Hop

Pelagia - kura, która kocha samochody

PO RAZ PIERWSZY NA KARTACH KSIĄŻKI:

Mistrz Yoda - kot o temperamencie filozoficznym

Felek i Bolek - psy, które uciekły z psiego hotelu

Kot fryzjerki oraz jego pchły

ROZDZIAŁ I

PODLI FACECI OKŁAMUJĄ, NOWE BUTY OBCIERAJĄ, A NA DODATEK OD TYGODNIA PADA DESZCZ

Alicja stała przy oknie i patrzyła na ociekający deszczem krajobraz. Nagle złapała się na tym, że odruchowo liczy krople spadające na balustradę balkonu. Doliczyła już do trzystu czterdziestu dziewięciu.

- Zwariowałam - powiedziała półgłosem i ostentacyjnie zasunęła rolety.

Odwróciła się i spojrzała na psa, który usiłował coś wyciągnąć spod szafki.

- Co ty tam znalazłeś? - zainteresowała się. - But? Zostaw natychmiast. Jeszcze tylko tego brakowało, żebyś zaczął zżerać moje pantofle. Przecież wiesz, że nie znoszę kupować sobie nowych. Zawsze mnie obetrą. Takie mam życie skopane. Faceci mnie okłamują, buty obcierają i na dodatek od tygodnia leje jak z cebra. Oddawaj to natychmiast! Już!

Podeszła bliżej i usiłowała wydrzeć zwierzakowi łup z pyska. Ale kundel, z powodu swojego wielkiego zamiłowania do pewnego gatunku konserw mięsnych zwany Pasztetem, nie zamierzał oddawać nowej zabawki. Zacisnął zęby i Alicja doszła do wniosku, że musi dojść z nim do porozumienia, bo inaczej zamiast dwóch butów będzie miała trzy, a właściwie to jeden oraz dwie mocno pogryzione i zaślinione połówki.

- Nie rób takiej miny. - Poklepała kundla po wielorasowej głowie (oczy jamnika, nos wilczura, uszy nie wiadomo po kim). - Za tego jednego trepa dostaniesz ode mnie pół puszki pysznego pasztetu.

Pies szczeknął wymownie, na chwilę wypuszczając z pyska but, ale zanim Alicja go złapała, znowu capnął zdobycz zębami.

- No dobra. Całą puszkę dostaniesz, ty mistrzu negocjacji. A teraz oddawaj buta, ale już! - powiedziała i zrobiła groźną minę.

Pasztet oczywiście nie dał się nabrać na ten udawany surowy ton. Zbyt dobrze znał swoją panią, żeby się jej przestraszyć. Przez chwilę nawet zastanawiał się, czy nie iść za ciosem i nie spróbować powalczyć o drugą puszkę pasztetu, ale kocur imieniem Rudy Sto Dwa, który wylegiwał się w kącie pokoju, miauknął ostrzegawczo i pies posłusznie oddał łup. Przyjaciel miał rację. W negocjacjach z ukochaną panią nie należało przeciągać struny. Jedna puszka wystarczy dla nich dwóch (w przysmaku gustował również Rudy). Na szczęście trzeci z ich paczki, stojący w kącie pokoju krasnal Wiesiek aka Gipsowy, nie chciał spróbować, choć wielokrotnie mu proponowali. Nie wiedział, co traci.

Alicja wzięła do ręki but i przyjrzała mu się uważnie.

- To nie mój - powiedziała na głos. - Nie noszę męskich martensów. To chyba... Jasne!

Zamachnęła się i ze złością cisnęła trepem o ścianę. Pocisk minął dosłownie o milimetry głowę Wieśka.

- Przepraszam - powiedziała Alicja. - Nie chciałam ci zrobić krzywdy. Tak mi się jakoś rzuciło butem tego gada.

Gadem, do którego należało latające po pokoju obuwie, był weterynarz Szymon. Tak naprawdę to Tomasz Szymon, ale używał drugiego imienia, bo pierwsze w zestawieniu z nazwiskiem Paluszkiewicz brzmiało idiotycznie i natychmiast nasuwało wszystkim nowo poznanym ludziom skojarzenie z bajką o Tomciu Paluchu - chłopczyku maleńkim jak paluszek. A on miał prawie dwa metry wzrostu!

Jeszcze kilka miesięcy temu Szymon Tomasz mieszkał w kawalerce naprzeciwko tej, którą Alicja wynajmowała od swojej przyjaciółki Łucji. Na samo wspomnienie tych kilku miesięcy tak się zdenerwowała, że wyciągnęła drugiego buta spod szafki i cisnęła nim w ścianę, tym razem celując jednak w inny kąt pokoju niż ten, w którym stał Wiesiek. Na ścianie został ślad, ale jej jakoś wcale nie ulżyło.

I pomyśleć, że już prawie zgodziłam się na ślub z tym oszustem - pomyślała z goryczą.

Oszustem, bo okazało się, że podczas gdy na jedenastym piętrze bloku z wielkiej płyty w najlepsze kwitł ich gorący romans, w dalekiej Ameryce narzeczona Szymona kupowała sobie ślubną sukienkę. Cała sprawa wydała się, gdy Łucja pojechała na kilka miesięcy do Stanów i tam poznała tę kobietę.

Alicja poszła do kuchni, otworzyła szufladę i wyciągnęła ogromne nożyczki. Wróciła do pokoju, usiadła na łóżku i zabrała się za wycinanie dziur w cholewkach martensów. Niestety, to też ani trochę nie poprawiło jej samopoczucia, a nawet jakby jeszcze bardziej zdołowało. Widocznie nie można tej metody stosować dwa razy, a ona już jeden raz ją wykorzystała. Po tym, gdy wyprowadziła się z domu w Malinówce, bo okazało się, że jej ukochany mąż Paweł od dawna zdradza ją z koleżanką z pracy. Rzuciła nożyczki na kanapę i spojrzała na Paszteta. Ten chyba już wiedział, co się święci, bo wczołgał się za Wieśka i udawał, że go tam wcale nie ma.

- Idziemy na spacer - oznajmiła stanowczo. - Wiem, że byliśmy dwie godziny temu, ale ja się muszę przejść. Bądź przyjacielem i chodź ze mną. Sama nie będę przecież łazić w taką pogodę.

Pasztet z ociąganiem wylazł z kryjówki i zrezygnowany poczłapał do przedpokoju. Kochał swoją panią i był gotów zrobić dla niej wszystko. Nawet iść na spacer, chociaż na zewnątrz lało jak z cebra. Nieraz słyszał, jak ludzie nie wiadomo dlaczego mówili, że to "pogoda pod psem". Absurdalne! Przecież żaden pies nie wyszedłby z własnej woli na taką pluchę.

Alicja założyła mu smycz i otworzyła drzwi. Nacisnęła guzik przy windzie i czekała, aż leniwy dźwig, rzężąc i stękając, przyjedzie z odległego parteru. Gdy wreszcie nadjechał i drzwi się otworzyły, ze środka wyszła starsza kobieta w kapeluszu tak ogromnym, że ledwo mieścił się w drzwiach. W cieniu tego kapelusza człapał sąsiad Alicji, który zajmował środkowe mieszkanie na piętrze, oddzielające jej kawalerkę od tej zajmowanej kiedyś przez niewiernego Szymona. Ledwo go poznała, bo taki był elegancki. Para zniknęła za drzwiami wśród umizgów i chichotów.

Nawet łysy Karasek kogoś sobie znalazł, tylko ja nie mam szczęścia w miłości - przyszło jej do głowy, gdy winda wśród zgrzytów, stuków i szarpania sunęła na parter, i humor zwarzył jej się jeszcze bardziej. - Mnie to chyba jakaś złośliwa wróżka przeklęła w kołysce i już zawsze będę mieć pod górę.

Nie miała pojęcia, że kilka kilometrów dalej jej trzy najlepsze przyjaciółki: Łucja, Karolina i Ewa, właśnie postanowiły radykalnie zmienić jej życie.

Łucja postawiła na stole talerzyk z ciastkami.

- Dobra - powiedziała i usiadła na kanapie. - Jeszcze Grześ przyniesie herbatę i możemy zacząć naradę.

- Ali nie będzie? - zdziwiła się Ewa.

- Przyjdzie później. Powiedziałam jej, że spotykamy się za dwie godziny, bo to o niej chciałam z wami najpierw porozmawiać - zdradziła gospodyni.

- Coś się stało? - zaniepokoiła się Karolina. - Może powinnyśmy do niej jechać? Rozchorowała się?

- Nie, nic jej nie jest. Przecież mówiłam, że niedługo tu będzie - uspokoiła ją Łucja. - Dzwoniła dzisiaj przed południem, bo jakiś dziwny rachunek za prąd przyszedł. Korzystając, że jeszcze jej nie ma, muszę z wami porozmawiać, bo się martwię.

- O Ali rachunku za prąd mamy gadać? - zdziwiła się Karolina.

- Nie, skąd! - Zniecierpliwiona Łucja zamachała rękami. - Ja się martwię, bo Ala wydawała mi się przygnębiona. Chyba ciągle przeżywa to rozstanie z Szymonem.

- Myślisz, że powinnyśmy zrobić coś, żeby się pogodzili? - Ewa klasnęła w dłonie z zachwytem. - Zorganizujemy jakieś spotkanie, takie niby przypadkowe. Czytałam o tym w jednej książce. A może widziałam w jakimś filmie...?

- Zwariowałaś z tym spotkaniem - fuknęła Karolina. - Przecież to podły oszukista był...

- Oszukista? - zdziwiła się Łucja. - W życiu nie słyszałam takiego słowa.

- Oszukał ją, to jest chyba oszukistą? - Karolina wzruszyła ramionami i wsadziła sobie do ust całe ciasteczko.

- Oszustem był - sprostowała Łucja i walnęła koleżankę w plecy, bo ciasteczko utknęło jej w przełyku. - Nie, nie mam zamiaru godzić Ali z Szymonem. Zresztą słyszałam ostatnio od jednej znajomej, że on podobno wyjechał z tą swoją narzeczoną do Stanów. Trzeba jej znaleźć jakiegoś nowego faceta.

- Tej narzeczonej znajdziemy nowego faceta? - zainteresowała się Ewa. - A wtedy Szymon wróci do Alicji?

- Idź, głupia! - Karolina sięgnęła po kolejne ciasteczko, ale tym razem odgryzła mały kawałek. - Ali znajdziemy faceta.

- Samaś głupia - obraziła się Ewa. - A ten policjant, z którym się spotykała po Szymonie? To oni już nie są razem?

- Z tego też nic nie wyszło. Ala nie chce powiedzieć dlaczego. - Łucja wzruszyła ramionami. - Same widzicie, że musimy znaleźć jej jakiegoś fajnego faceta. Nowego faceta.

Jej ostatnie słowa usłyszał Grzegorz, który właśnie wszedł do pokoju z tacą, na której stał dzbanek z herbatą i filiżanki. Pokiwał głową z niezadowoleniem.

- Mówiłem, że nie powinnaś się do tego mieszać - powiedział. - Twoja przyjaciółka na pewno nie będzie zachwycona, że próbujesz układać jej życie.

- A ja ci mówiłam, że się z tobą nie zgadzam - odparowała żona. - Może w pierwszej chwili się na mnie okropnie wścieknie i nabluzga, ale potem będzie mi wdzięczna, jak trafi na sensownego gościa. W końcu ja znalazłam sobie męża idealnego. Może nie?

- Przez grzeczność nie zaprzeczę - roześmiał się Grzegorz. - Rób jak chcesz, ale mam nadzieję, że Ala cię nie udusi w słusznym napadzie szału. Byłoby mi trochę przykro. Drugi raz mogę nie mieć tyle szczęścia, żeby znalazła mnie taka wspaniała żona. Teraz muszę już pędzić do roboty. Jakby Alicja chciała cię zamordować, to skorzystaj z prawa skazańca do ostatniego telefonu i przekręć do mnie.

- Żeby się pożegnać? - zapytała Ewa i westchnęła romantycznie.

- Nie, żeby powiedzieć, gdzie kupuje dla mnie skarpetki - odpowiedział mąż Łucji. - Są naprawdę super.

- Idź już sobie - fuknęła żona, udając oburzenie.

Gdy Grzegorz zamknął za sobą drzwi, Łucja rozlała herbatę do filiżanek, a potem usiadła z powrotem na kanapie. Nie zauważyła, że gdy ona była zajęta poczęstunkiem dla koleżanek, na kanapie rozłożyła się stara kocica Zofia, przez co o mały włos na niej nie usiadła. Zofia prychnęła z oburzeniem, zeskoczyła z kanapy i popędziła do kuchni.

- Teraz zaszyje się za kuchenką i Grzegorz będzie ją musiał na kolanach błagać, żeby wyszła. O czym to ja mówiłam? - podrapała się w zamyśleniu w czubek nosa. - A! O Ali przecież. Mam pomysł, skąd weźmiemy dla niej faceta. Z telewizji.

Przyjaciółki spojrzały na nią ze zdumieniem.

- Ala się zaszyje za kuchenką, a Grzegorz będzie ją błagał na kolanach...? - Ewa zakrztusiła się herbatą. - Ja nic nie rozumiem.

- Zofia się zaszyje - wyjaśniła zniecierpliwiona Łucja. - A faceta z telewizji chciałam dla Ali.

- Znasz kogoś z telewizji? - zainteresowała się Karolina. - Nigdy nie mówiłaś.

- Oczywiście, że nie znam - odpowiedziała przyjaciółka. - Ale za to znalazłam to.

Sięgnęła pod jedną z poduszek leżących na kanapie i wyciągnęła kolorowe czasopismo. Przerzuciła kilka stron i położyła na stole. Zaintrygowane przyjaciółki pochyliły się nad gazetą.

- Wyście chyba do reszty powariowały, bo tak całkiem normalne to nigdy nie byłyście. Ja zresztą też nie - stwierdziła Alicja, gdy po dwóch godzinach dotarła na spotkanie i dano jej do przeczytania tę samą stronę w gazecie. - Ale nie opętało mnie do tego stopnia, żebym miała zrobić coś takiego! Mam wystąpić w jakimś reality show w lokalnej telewizji? Tak, na pewno zwariowałyście. I chyba domyślam się, kto wpadł na ten pomysł.

W tym miejscu zamilkła i spojrzała wymownie na Łucję.

- Ale dlaczego nie? - broniła się przyjaciółka.

- Na przykład dlatego, że tytuł tej imprezy brzmi idiotycznie - powiedziała Alicja i postukała palcem w gazetową stronę. - "Dwie połówki pomarańczy"! Ja nie czuję się wcale, jakby mnie było pół. I dlaczego pomarańczy? Powinno być chyba jabłka! Mowy nie ma. Sama możesz wziąć w tym udział. O, właśnie! Doskonały pomysł.

- Przecież ja mam już męża - przypomniała jej Łucja.

- Ja też miałam i nie żałuję. To znaczy nie żałuję, że już nie mam - stwierdziła stanowczo Alicja, po czym zamknęła gazetę i ostentacyjnie odsunęła ją od siebie.

Coś jej jednak przyszło do głowy, bo sięgnęła po czasopismo, odszukała ogłoszenie i przeczytała, a potem odetchnęła z ulgą.

- Na szczęście termin zgłoszeń już minął i mamy problem z głowy - roześmiała się i odchyliła z wyraźną ulgą w fotelu.

Ale zaraz okazało się, że ta radość była przedwczesna. Łucja spojrzała na nią niepewnie, a potem wzięła głęboki oddech i powiedziała:

- Tylko że ja cię już zgłosiłam, no bo właśnie ten termin się kończył. A teraz możesz mnie udusić, ale idź na te eliminacje. Proszę cię!

- To tam są jakieś eliminacje? - zainteresowała się Alicja i sięgnęła po raz kolejny po gazetę. - Faktycznie! To nie ma problemu. Na eliminacje mogę ostatecznie pójść, i tak odpadnę. Zawsze odpadam we wszystkich eliminacjach.

- Brałaś udział w jakichś eliminacjach? - zdziwiła się Łucja.

- Przecież do chóru szkolnego - przypomniała jej przyjaciółka. - Chciałam się zapisać, bo tam śpiewał ten Łukasz z trzeciej be. Nie pamiętacie?

- Ja pamiętam. Widziałam go ostatnio i strasznie się roztył. Ale przecież tu nie każą ci śpiewać - pocieszyła ją Ewa. - Na pewno ci się uda.

- Na pewno nie - obstawała przy swoim Alicja.

Karolina spojrzała na nią ze zdziwieniem.

- A dlaczego myślisz, że odpadniesz? - zapytała.

- Właśnie! Dlaczego? - przyłączyła się Ewa.

- To proste. - Przyjaciółka wzruszyła ramionami. - Zrobię wszystko, żeby nie przejść dalej. To może być nawet niezła zabawa. Kiedy te eliminacje? Bo nagle nabrałam na nie ochoty.

- Za trzy dni - odpowiedziała Łucja i uśmiechnęła się pod nosem. - Dobrze się składa. Mówiłaś, że macie teraz przymusowy urlop w hotelu, a Baśka może się spokojnie zająć waszą firmą. Planów wyjazdowych chyba nie masz?

Alicja wspólnie ze swoją przyjaciółką i równocześnie szefową Barbarą Nowik (pracowały razem w kuchni w jedynym hotelu w Zabrzeźnie) prowadziły firmę, która zajmowała się organizowaniem imprez rozwodowych. Interes szedł coraz lepiej, bo coraz więcej kobiet, które uwolniły się od mężowskiego balastu, chciało to wydarzenie uczcić hucznie w towarzystwie przyjaciółek. Panowie na tych imprezach bywali rzadko.

- Faktycznie nie zaplanowałam wyjazdu - odpowiedziała zgodnie z prawdą Alicja. - Co bym zrobiła z tą moją menażerią? Właśnie! Nie mogę wziąć udziału w programie, bo kto będzie wyprowadzał Paszteta?

- My z Grześkiem chętnie weźmiemy go do nas. Rudego Sto Dwa i Wieśka oczywiście też. Zośka się ucieszy. Nie martw się o nich i jedź sobie spokojnie do tego zamku - roześmiała się Łucja.

- Do jakiego zamku? - zapytała podejrzliwie Alicja.

- Nie doczytałaś? Przecież cały ten program będą kręcić w zamku sto kilometrów od Zabrzeźna - powiedziała Karolina.

- Super! - krzyknęła Ewa.

- Jak super, to może jedź za mnie - rzuciła sarkastycznie przyjaciółka.

- Nie mogę, bo właśnie poznałam jednego bardzo przystojnego barmana - powiedziała Ewa, której pasją było komponowanie nowych drinków. Na co dzień pracowała jako chemik w laboratorium, a w czasie wolnym usiłowała stworzyć napitek, który zdobędzie główną nagrodę w jakimś prestiżowym konkursie dla barmanów amatorów. Swoje wynalazki testowała na przyjaciółkach. Z bardzo różnym skutkiem. Karolina po jednym drinku dostała zielonych plam na twarzy, a po innym libido Łucji skoczyło tak, że Grzegorz własnej żony nie poznawał.

- To niech Karolina weźmie udział - rzuciła Alicja w stronę trzeciej z przyjaciółek.

- Chciałam nawet, ale karty mówią, że nie powinnam. Postawiłam sobie kabałę - stwierdziła poważnym tonem Karolina. Jako główna księgowa całymi dniami miała do czynienia z długimi szeregami nudnych cyfr i przewidywalnych wyników. Może dlatego po pracy z lubością zanurzała się w nieracjonalnym i nieprzewidywalnym świecie wróżb i magii. - Tobie też postawiłam i karty mówią, że już wkrótce nastąpi wielka zmiana w twoim życiu.

Alicja pokiwała głową i spojrzała z politowaniem na siedzące naprzeciwko niej trzy kobiety.

- Nastąpi, nastąpi - powiedziała. - A jakże! Pewnie, że nastąpi. Zamorduję was wszystkie po kolei i spędzę resztę życia w kryminale. Chyba że zanim przyjedzie policja, Grzesiek zamorduje mnie i dołączę do was. Zrobią nam piękny zbiorowy pogrzeb, a Baśka zorganizuje stypę, jakiej Zabrzeźno jeszcze nie widziało. Może nawet przemianuje naszą, to znaczy już tylko swoją firmę na "Wesoły pogrzeb". Mogłaby nawet wejść w spółkę z Kowalami.

- Co ma kowal do pogrzebu? - nie zrozumiała Karolina.

- Kiedyś konie ciągnęły karawan z trumną - przypomniała sobie Ewa. - Może to o to chodzi?

- Nie kowal tylko Kowalowie. Bracia Kowalowie - wyjaśniła Alicja. - Trzech naprawdę uroczych starszych panów, którzy prowadzą zakład pogrzebowy w Zabrzeźnie. Wynajmujemy od nich salę na przyjęcia rozwodowe. O rany! Dobrze, że mi przypomniałyście! Muszę już lecieć. Imprezę dzisiaj mamy. Trzymajcie się.

- Ale pójdziesz na te eliminacje? - zapytała proszącym tonem Łucja.

Alicja zatrzymała się w drzwiach i głęboko westchnęła.

- Pójdę, pójdę - odpowiedziała po dłuższej chwili, podczas której przyjaciółki wpatrywały się w nią z napięciem. - Jak już mnie zapisałyście, to co mam zrobić? Na razie, naprawdę muszę lecieć.

Wyszła i ruszyła w stronę bramy. Była już prawie na ulicy, gdy zorientowała się, że nie wzięła torebki. Wróciła, otworzyła drzwi, weszła do salonu i zobaczyła, jak Karolina na jej widok szybko przykryła coś gazetą z ogłoszeniem o reality show, a Ewa postawiła dodatkowo na niej talerz z ciasteczkami.

- Mam do was prośbę - powiedziała, udając, że nie widzi spanikowanych spojrzeń wymienianych przez przyjaciółki. - Nie zgłaszajcie mnie już więcej do żadnych programów telewizyjnych. No, chyba że ogłoszą plebiscyt na najbardziej naiwną kobietę Zabrzeźna, co to ją każdy kolejny facet wystawia do wiatru. Albo na taką, co mieszka z gipsowym krasnalem zamiast z facetem.

- Jeszcze z Pasztetem mieszkasz i Rudym Sto Dwa - przypomniała jej Karolina i w ostatniej chwili złapała talerz z ciastkami, który zsuwał się z gazety. - To w końcu faceci.

- I tym się będę pocieszać - odpowiedziała sarkastycznie Alicja, a potem spojrzała na gazetę i dodała: - I nie stawiajcie mi kabały. Za każdym razem, jak to robicie, mrowi mnie, jakby ktoś wbijał mi szpilki. Coś jak rytuał voodoo. Właśnie coś czuję.

- Ale przecież ja żadnej kabały ci teraz nie stawiałam! - krzyknęła Karolina.

W tym samym momencie zrobił się przeciąg, bo Alicja nie zamknęła drzwi wejściowych, ze stołu zwiało gazetę i oczom wszystkich ukazała się dobrze im znana talia kart.

- Ja was kiedyś naprawdę zamorduję, stare wariatki - powiedziała i wyszła.

Przyjaciółki przez chwilę siedziały nieruchomo, wpatrując się w drzwi, za którymi zniknęła. Pierwsza ocknęła się Łucja.

- Układaj te karty - popędziła Karolinę. - Zawsze mówiłaś, że najlepsza kabała wychodzi, jak jeszcze jest świeża obecność jakiejś osoby w pomieszczeniu. Dawaj, zanim nam Ala zupełnie wywietrzeje.

- Dobra, ale niech któraś z was zerknie przez okno, czy ona na pewno odjechała - zażądała Karolina.

Ewa wstała i podeszła ostrożnie do okna, a potem zza zasłony wyjrzała na zewnątrz.

- Nigdzie jej nie widzę. Pewnie już odjechała - stwierdziła.

- Kogo nie widzisz? - rozległo się tuż za jej plecami.

Ewa wrzasnęła ze strachu i odwróciła się.

- Sorki, zapomniałam jeszcze szalika - powiedziała Alicja, zabrała zgubę i wybiegła z domu.

- Teraz już pojechała na pewno - powiedziała po chwili Ewa.

- Ja nie układam. - Karolina złożyła karty i schowała do pudełka. - Ja się boję Ali.

Łucja i Ewa spojrzały na nią, a potem na siebie. Ryknęły śmiechem.

- Chyba zwariowałaś! - Łucja otarła oczy, z których pociekły jej łzy. - Ali się boisz? Wariatka! Rozkładaj te karty, bo musimy przecież wiedzieć, czy wszystko u niej w porządku.

Karolina z ociąganiem jeszcze raz rozłożyła talię.

- I co? I co? - padło zniecierpliwione pytanie równocześnie z dwóch stron, bo przyjaciółki ulokowały się jedna po prawej, a druga po jej lewej stronie.

- To dziwne - szepnęła Karolina. - To bardzo dziwne.

- Coś się stanie Ali? - zaniepokoiła się Łucja.

- Nie, nie Ali. - Kabalarka pokręciła głową. - Ten brunet, co tu był obok niej, nagle zniknął.

Łucja rozejrzała się.

- Mam bruneta! Ze stołu spadł. - Podała przyjaciółce kartę. - Nóżka mu się złamała. To znaczy, chciałam powiedzieć, że róg mu się zagiął...