Bóg nas nienawidzi - Hank Moody

-
Proszę czekać

1

Daphne lubiła ostrą jazdę.

Nie samochodem, oczywiście. Rzadko wrzucała coś wyżej trójki w swojej odrapanej Hondzie Civic. Dla Daphne wyścig odbywał się w długich i krętych tunelach jej umysłu, a do tego dziewczynie potrzebne było odpowiednie paliwo. Jeśli miała pieniądze, była to kokaina. Jeśli nie, zaprawiane efedryną leki do udrażniania dróg oddechowych. Nigdy jednak nie widywałem jej bardziej szczęśliwej, niż gdy otrzymywała dostawę czegoś o nazwie Simpamina, ewidentnie włoskiego określenia na "72 bite godziny seksu, rock'n'rolla i wypełniania obowiązków domowych z maniackim zapałem". Po których następowały niezmiennie cztery godziny paranoicznych urojeń i wściekłych awantur o byle co. Podczas ostatniego tygodnia naszego związku doszły do tego jeszcze dwie próby samobójcze pod pozorem ataków z użyciem niebezpiecznego narzędzia.

Poznałem Daphne w drugiej klasie liceum. Wróciłem wtedy na wakacje do U., byłem bez grosza przy duszy i desperacko szukałem pracy na pół etatu. Moje plany kariery chłopca na posyłki w snobistycznym Hempstead Golf and Country Club zostały przekreślone, gdy usiłowałem zaparkować latający wózek golfowy na wielkiej szybie. Moja pasażerka, druhna z fryzurą od Stevie Nicksa, miała wygłosić toast na weselu po drugiej stronie owej szyby. Była spóźniona, może ze względu na palcówkę, którą zrobiłem jej parę chwil wcześniej za Pro Shopem. Eksplozja szkła, która nastąpiła chwilę później, zakończyła nasz zwycięski rajd na przełaj przez bunkry z piachem przy trzynastym dołku, urozmaicony dzięki połówce Stolicznej, wnerwionemu woźnemu na naszym ogonie i ręce druhny w moich spodniach. Udało nam się wyjść z tego mniej więcej bez szwanku dzięki opancerzającym właściwościom wódki, mowa o pozwaniu nas do sądu też nie okazała się niczym więcej niż mową. Praca jednak była stracona. Spędziłem resztę wakacji jako bezrobotny wrzód na kolektywnej dupie moich rodziców.

Po powrocie do szkoły odpowiedziałem na ogłoszenie ze szkolnej gazetki: obsługa imprez. Rozpocząłem rozmowę od mocno zmodyfikowanej wersji wydarzeń w klubie golfowym, ale moja rozmówczyni – dwudziestoparoletnia punk-rockerka i weekendowa didżejka studenckiej rozgłośni, właścicielka tlenionych blond włosów i zabójczego uśmiechu – wyciągała ze mnie kolejne szczegóły do momentu, aż oboje tarzaliśmy się po podłodze. Tak zdobyłem pracę oraz wstęp do dziwnego i cudownego świata Daphne Robichaux, poligonu muzyki alternatywnej, środków chemicznych i mnóstwa seksu z okazjonalnym lekkim bondage. Pozwoliłem jej przekłuć mi lewe ucho i nauczyłem się paru chwytów gitarowych. Gdy wróciłem do domu na święta, oznajmiłem, że rzucam szkołę, by tworzyć muzykę i żyć z nową towarzyszką. Matka rozpłakała się i nie chciała ze mną rozmawiać przez resztę świąt. Ojciec tylko się wzdrygnął i powiedział:

– Przynajmniej zaoszczędzimy trochę wydatków.

Jakimś cudem, albo przez dowcip losu, mimo ciągłego darcia kotów nasz związek przetrwał jakiś czas i w następne Święta Dziękczynienia nadal byliśmy razem. Żadne z nas nie chciało spędzić ich z rodziną. Moja była nadal na mnie zła, a Daphne twierdziła, że jest sierotą. Zamiast tego zaplanowaliśmy Długi Weekend Błogosławionej Niewdzięczności: cztery dni i trzy noce w Niagara Falls. Obraliśmy sobie za punkt honoru, by ani razu nie powiedzieć "dziękuję" i pieprzyć się, ile wlezie, w najbardziej tandetnym apartamencie dla nowożeńców, na jaki będzie nas stać.

Zapakowaliśmy hondę i wyjechaliśmy z zaśnieżonego podwórka, o mało nie biorąc na maskę listonosza. Wykrzywił się szyderczo, po czym wręczył Daphne małe, białe pudełko z włoskim znaczkiem pocztowym.

– Dziękuję – wybąkała. Listonosz pokazał jej w odpowiedzi środkowy palec i sobie poszedł.

– Chciałbym zauważyć – powiedziałem, spoglądając na gównianego timexa, którego ojciec nazywał absurdalnie swoją spuścizną – że złamanie jedynej zasady na ten weekend zajęło ci zaledwie trzydzieści sekund.

– Ty prowadzisz – odparła, przełażąc już na moje siedzenie. Zanim siadłem za kółkiem i wyprowadziłem samochód na ulicę, zdążyła już przedrzeć się przez wszystkie warstwy taśmy, tektury, folii bąbelkowej i zabezpieczeń przed dziećmi, by uwolnić przybyszy z Włoch. Jej oczy błysnęły, gdy dostrzegła znajome kształty pigułek. W połowie złowieszczo czarne, w połowie przezroczyste, ukazywały ładunek malutkich, pomarańczowo-białych głowic z opóźnionym zapłonem.

– A salut – powiedziała i połknęła pigułkę na sucho.

Godzinę później zatrzymaliśmy się w opuszczonym kinie dla zmotoryzowanych w pobliżu Seneca Falls. Zdążyła już pozbyć się swoich spodni i właśnie rozpinała moje. Ledwie udało mi się wyłączyć silnik, gdy wspięła się na deskę rozdzielczą, wyłuskała mi kutasa z rozporka i odciągnęła majteczki na tyle, by go przyjąć.

To był koniec; od tego momentu czas biegł w rytmie Simpaminy. Jedną rękę miałem zajętą osłanianiem jej głowy przed niskim sufitem hondy, drugą sięgnąłem w dół, by odchylić fotel. Siedzenie odskoczyło z hukiem, co, połączone z fizyką naszego parzenia się, pchnęło samochód do tyłu, w dół łagodnego zbocza. Zaciągnięcie hamulca jakoś nie przyszło mi wcześniej do głowy.

Oczy Daphne rozszerzyły się gwałtownie. Strach? Podniecenie? Obie te rzeczy? Osobiście doświadczałem głównie paniki. Moje ciało ześliznęło się w tył samochodu i nie mogłem dosięgnąć nogą pedałów. Chwyciłem za siedzenie pasażera, podciągnąłem się do siadu, zacisnąłem palce na rączce hamulca i szarpnąłem mocno. Ujechaliśmy jeszcze kilka metrów po oszronionej trawie i wyrżnęliśmy w metalowy słup nagłośnieniowy.

Daphne pochyliła się, roześmiała, po czym szybko odnalazła zagubiony rytm. Skończyliśmy szybko i wysiedliśmy z samochodu, by ocenić stopień uszkodzeń, który okazał się niewielki. Łyknęła kolejną tabletkę i znów byliśmy w drodze.

Dwie godziny później zameldowaliśmy się w pensjonacie Royal Camelot, który reklamował się dostępnością apartamentów dla nowożeńców i koszulkami z napisem: "Dochodzisz w lot w Camelot" do nabycia w recepcji. Do kompletu otwarliśmy butelkę różowego szampana, wbiliśmy się do jacuzzi i zaliczyliśmy jeszcze jedno dzikie bzykanie na łóżku w kształcie serca, zanim osunąłem się w sen bez marzeń. Kiedy obudziłem się osiem godzin później, Daphne czyściła jacuzzi za pomocą zdobycznego sprayu przeciwbakteryjnego, który znalazła w trakcie nocnej eksploracji hotelu i okolic. Zaplanowała już, co będziemy tego dnia robić: mieliśmy odwiedzić winiarnię po kanadyjskiej stronie granicy.

Nasz przewodnik tłumaczył, że region jest zbyt zimny, by robić wino w tradycyjny sposób, gdyż winogrona zamarzają na krzaku, nim zdąży się je zebrać. Dzięki swej pomysłowości spragnieni miejscowi opracowali czaso– i pracochłonny proces, w którym z każdego zamarzniętego owocu pozyskuje się tylko kilka kropli soku. W rezultacie powstaje ciężka i słodka mikstura zwana Winem Lodowym.

Nie mieliśmy okazji go spróbować. Cała wyprawa była po to, by wykorzystać bardziej przyjazne dla dzieci kanadyjskie regulacje prawne w sprawie picia alkoholu – Daphne była odpowiedzialną dwudziestodwulatką, ale mi nadal brakowało półtora roku do dwudziestych pierwszych urodzin. Gdy jednak nasza grupa wycieczkowa zaczęła próbować napitek, Daphne zaciągnęła mnie do ubikacji.

Aliści nasza seksualna odyseja zaczynała już dawać się we znaki, zwłaszcza mojej męskości. Wchodząc w wilgotną miękkość Daphne, miałem wrażenie, jakbym szorował po tarczy szlifierki. Powiedziałem jej to, gdy na parkingu rozpięła mi spodnie, zapewne w intencji zrobienia loda.

– Jak tam sobie chcesz – odparła, szarpnięciem zapinając rozporek. Ruszyła w stronę głównej atrakcji okolicy, huczącego wodospadu Niagara. Po chwili przyspieszyła do truchtu, który szybko zmienił się w sprint.

Być może wcale nie zamierza rzucić się w dół, myślałem, pędząc za nią i starając się ignorować ból w kroczu, któremu obcisłe jeansy dawały porządny wycisk. Wyglądała jednak jak ktoś, kto zawziął się, by spróbować. Gdy zbliżyła się do krawędzi, dosłownie wślizgiem chwyciłem ją za kostki i sprowadziłem do parteru.

– Co jest, kurwa? Daphne!

Moje męstwo spotkało się z zapłatą w postaci gradu ciosów na głowę i korpus. Osłaniając twarz, strząsnąłem ją z siebie na ziemię. Zamachałem do kilku gapiów, którzy wskazywali palcami w naszym kierunku.

– Wszystko w porządku! – krzyknąłem. – Ona bierze leki.

Nie odzywaliśmy się do siebie przez całą drogę powrotną do hotelu. Gdy wysiadłem z wozu, chwyciła kluczyki i odjechała na pełnym gazie. Wróciłem do pokoju, gdzie spędziłem następne cztery godziny, leżąc na łóżku i oglądając w kółko te same wiadomości sportowe na ESPN. W końcu pojawiła się w drzwiach.

– Nie byłem pewny, czy wrócisz – powiedziałem.

– Ani ja – odparła. – Ale bałam się, że zabierzesz pigułki.

Poszła po fiolkę do łazienki, po czym znów sobie łyknęła.

– Chcesz sobie, kurwa, zrobić dobrze, to proszę, nie krępuj się – powiedziałem.

– Pojęłam tę aluzję na parkingu, kiedy kazałeś mi spadać.

Nie pamiętam, jakie jeszcze słowa padły tamtej nocy. Z dzisiejszego punktu widzenia przebiegało to w typowy sposób: oskarżenia i łzy, ostre słowa, wreszcie pojednanie. Próba seksu na zgodę, drastycznie skrócona przez kiepski stan mojego odparzonego członka. Zapanowało między nami milczące zawieszenie broni, aż w końcu zapadliśmy w niespokojny sen.

Przynajmniej ja. Gdy gwałtownie się przebudziłem, napotkałem jej spojrzenie. Kiwała się lekko, pozornie pełna życia. Jedynie wzrok zombie zdradzał, że była na nogach już dwie bite doby.

– Trzecie miejsce – oznajmiła.

Nasza "najgorsza kłótnia w historii" miała miejsce po zaledwie dwóch tygodniach związku, w drodze powrotnej z koncertu Meat Loafa. Mniej więcej tydzień później, podczas międzynarodowej balangi u mnie w akademiku, odbyłem z Daphne powtórkę z hiszpańskiej wojny domowej, suto zakrapianą sangrią. Niedawno w ramach kolejnego godzenia się, zapisaliśmy na tablicy w kuchni Daphne listę Top 5 naszych kłótni, w nadziei na to, że ten zatrważający widok zainspiruje przyszłą harmonię. Póki co, jedynym pożytkiem z listy było dostarczanie okazji do sprzeczek o kwalifikację nowych awantur.

– Doprawdy? – odparłem, wskazując na posiniaczone ramię. – Drugie miejsce, paniusiu. A jeśli zostaną mi po tym blizny, to może być zażarta walka o pierwsze.

– Mięczak – powiedziała i uderzyła mnie w ramię.

Żadne z nas nie miało ochoty wrócić nad wodospad. Dwa dni później hotelowy pokój zaczął wydawać się bardziej więzieniem, niż wolnością. Zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w drogę powrotną do szkoły. Daphne uczciła to kolejną Simpaminą.

– Skąd ty je w ogóle bierzesz?

– Od Dina.

Dino był rzymianinem. Daphne chodziła z nim, kiedy przez semestr studiowała sztukę we Włoszech. Był też genialnym artystą; przynajmniej tak twierdziła. Miałem tendencję do puszczania mimo uszu większości tego, co o nim mówiła, gdyż poza talentem artystycznym, obdarzony był ponoć kutasem molto monstruoso i posiadał ekwiwalent doktoratu we włoskiej sztuce miłosnej. Chociaż generalnie wierzyłem w swój rozmiar i umiejętności, rozmowy o Dino przypominały mi, że to Daphne była starszą i bardziej doświadczoną stroną w naszym związku. Czułem się przez to jak byle obmacywacz.

– A, Dino. Ten twój kumpel, co ma imię jak z Jaskiniowców.

– Ten żart nie był śmieszny nawet za pierwszym razem. Ani za żadnym z kolejnych sześciu tysięcy.

Mięśnie Daphne napięły się w oczekiwaniu na walkę. Ja zaś byłem na tyle głupi, że podjąłem wyzwanie.

– Dino. Ten genialny artysta, który ma ile lat, trzydzieści? I ciągle mieszka z rodzicami.

– Doskonale, kurwa, wiesz, że we Włoszech taka właśnie jest tradycja. Nie to, co w  tym konsumpcjonistycznym piekle tutaj. Dla nich wartości rodzinne faktycznie coś znaczą.

– Mówię tylko, że prawdziwi geniusze nie mieszkają z rodzicami.

Jej reakcja była szybka, skuteczna i niemal zabójcza dla nas obojga. Złapała mnie za rękę i pociągnęła do siebie, razem z kierownicą. Gdy desperacko wychyliłem się w drugą stronę, zaczęła mnie bić po szyi i głowie, tak szybko i mocno, jak mogła. Czego jej brakowało w sile, z nawiązką nadrabiała szybkością.

– Nienawidzę konsumpcjonizmu! – krzyknęła.

Samochód zaczął wirować, powoli, lecz nieubłaganie. Wolną ręką walczyłem o odzyskanie panowania nad pojazdem, drugą próbowałem parować ciosy.

– Nienawidzę konsumpcjonizmu! – krzyczała nadal, raz po raz, niczym mnich odmawiający mantrę.

Teraz jechaliśmy już tyłem. Samochody śmigały obok, twarze kierowców zastygły w szoku, przerażeniu i złości na nieprzewidywalność Wszechświata. Zacząłem się uśmiechać. Ten głupi wyraz pozostał na mojej twarzy, gdy honda ukończyła swój zwrot o 360 stopni i walnęła bokiem o barierkę rozdzielającą pasy.

W ciszy i bezruchu staliśmy na pasie awaryjnym. Do czasu, gdy Daphne wyskoczyła z fotela, przebiegła trzy ruchliwe pasy międzystanowej i zniknęła między ośnieżonymi drzewami.

Ze złością uderzyłem w kierownicę. Miałem dobre powody ku temu, by ją tu zostawić. Niech łapie stopa. W końcu wróci do domu, pełna kurwy i kwasu, może nigdy mi nie wybaczy, ale jebać to. Tym razem nasz związek był skończony. Numer dwa awansował na pierwszą pozycję i nie było już odwrotu.

Uderzyłem w kierownicę jeszcze kilka razy. Przeklinałem Daphne, Dino, siebie samego, a na końcu moich rodziców, bo gdyby nie byli takimi dupkami, nie musiałbym w ogóle udawać się na ten cholerny wyjazd. Wreszcie wypiąłem się z pasów i zagrałem we Froggera1 na żywo, podążając za Daphne.

Znalezienie jej nie było trudne. Klęczała na ziemi jakieś trzydzieści metrów od szosy. Zbliżałem się powoli, łagodnie wołając ją po imieniu. Usiłowałem odczytać jej emocjonalną temperaturę. Zinterpretowałem milczenie jako zgodę, więc podszedłem i położyłem dłoń na ramieniu Daphne. Gwałtowny ból uświadomił mi, jak bardzo się pomyliłem.

Sprężynowiec był kolejną pamiątką z Włoch. Nosiła go przy sobie zawsze, od czasu, gdy zgwałcono studentkę na naszym kampusie.

Wyciągnęła nóż z mojego ramienia. Zdążyłem krzyknąć, nim zadała kolejny cios, tym razem w udo. Po tym wzięła na cel klatkę piersiową. Jakiś instynkt samoobrony kazał mojej ręce odepchnąć napastnika. W niemal zabawny sposób Daphne wylądowała plecami w zaspie. Próbowałem ruszyć w jej stronę, ale ból w nodze pokrzyżował te plany. Opadłem na kolana, po czym przewróciłem się na plecy. Patrzyłem w ciemnoszare niebo, krwawiłem na śnieg i oczekiwałem śmierci.