Barwa ciszy - Rosamund Lupton

Reflow text when sidebars are open.
Pragnę podziękować wielu ludziom za to, że tak wspaniałomyślnie dzielili się ze mną swoją wiedzą (za wszelkie błędy ponoszę odpowiedzialność tylko ja). Oto oni:
Jacob Tompkins, ekspert hydrologii i dr med. z Waterwise, a także pełen pasji i genialny orędownik sprawy, jaką jest znaczenie czystej wody.
Jimmy Stotts, przewodniczący alaskiej filii Inuit Circumpolar Council.
Dr Sebastian Hendricks, konsultant w dziedzinie pediatrii audiologicznej (specjalista od zaburzeń słuchu i równowagi u dzieci).
Dr Amir Sam, starszy wykładowca Imperial College i konsultant w dziedzinie endokrynologii.
Dr Robert Scott, fizyk zatrudniony obecnie w UK Space Agency i Rutherford Appleton Laboratory's Earth and Atmosferic Science Division.
Gerry Gillespie, inżynier aeronautyki i dostarczyciel wspaniałych opowieści o maszynach.
James Holmes z Wildlife Information Center, Alaska Departament of Fish and Game.
Jean Straus, dziennikarz i recenzent Action on Hearing Loss.
Zespół Farnham Astronomical Society.
Pragnę też wyrazić wdzięczność ludziom, którzy okazali kreatywną pomoc w pisaniu tej powieści.
Przede wszystkim Felicity Blunt z Curtis Brown, która stanowiła siłę napędową tej powieści. Nie powstałaby, gdyby nie jej twórczy krytycyzm, inteligencja i wnikliwość.
Słowa podziękowania kieruję też pod adresem Emmy Beswetherick i Davida Shelleya z Little, Brown Book Group za ich pasję i twórczą reakcję na książkę; to ogromna przyjemność pracować z nimi. Dziękuję również Lindsay Sagnette z Crown Publishing. Na szczególną wdzięczność zasługuje niezwykła i wyjątkowa Alice Lutynes, moja audioagentka i krytyk.
Podziękowania, proszę, niech przyjmą również: Susan de Soissons z Little, Brown Book Group za wszystko, co zrobiła, by ta powieść ujrzała światło dzienne, Ceara Elliot za piękny i nastrojowy projekt okładki, i Kate Doran, Felice Howden, Clara Diaz i Poppy Stimpson; także Sandra Ferguson, Amber Burlinson i Rebecca Lee. Oraz Joannie Kramer za to, że wspaniałomyślnie pozwoliła mi poprawiać książkę do ostatniej chwili.
Na najszczersze słowa wdzięczności zasługują Deborah Schneider z Gelfman Schneider Literary Agents Inc., Vivienne Schuster i Kate Cooper z Curtis Brown, nie tylko za to, że są tak wspaniałymi agentkami, ale też za lekturę pierwszej wersji i cenne uwagi. Dziękuję też Emmie Herdman za jej pełną spokoju inteligencję i humor, bez względu na przeciwności losu.
Jennifer Wilson, Sara Talbot, Fabia Ma, Rachael Hum, Jenni McCann i cały zespół - dziękuję im za energię i entuzjazm. Na szczególne podziękowania zasługuje Ben Goddard i Sarah Shrubb.
Podobnie jak Grace Menary-Winefield, Dominic Wakeford, Alex Silcox, Eva Papastratis i Ugonna Hosten.
A także moi przyjaciele, Nina Calabresi i Bob Oldshue, za to, że zapoznali mnie z poezją Wallace'a Stevensa w pięknej scenerii Maine.
Wreszcie (ale nie na samym końcu) Karin Lewiston, Anne-Marie Casey, Lynne Gagliano, Claire Merryweather, Claire Fuller, Maerisna Hole i moi rodzice, Kit i Jane Orde-Powlett, którym dziękuję za bezustanne wsparcie i za to, że kazali mi wychodzić z gabinetu, by zażyć przyjaźni i świeżego powietrza.
Cosmo i Joe, którzy zainspirowali dobroć i szczodrość Ruby, a także jej inteligencję. I, przede wszystkim mój nieustraszony i wspaniały mąż Martin za to, że dzielił ze mną przygodę na Alasce i długą podróż, jaką było napisanie tej powieści.
Wiele zawdzięczam książkom, artykułom, zdjęciom, filmom i stronom internetowym, zwłaszcza następującym:
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
Slowa bez Dzwiekow@Slowa-bez-Dzwiekow
650 followersów
EKSCYTACJA: smakuje jak gwiezdny pył; czuć ją w kościach jak bum-stuk, kiedy samolot ląduje; wygląda jak wielki włochaty kaptur inuickiej kurtki, którą nosi tata.
Jest LODOWATO zimno, jakby powietrze było ze stłuczonego szkła. Nasz angielski mróz to krągłe bałwanki i hura! spadł śnieg; mróz przyjazny. Ale ten jest zły. Tata powiedział, że dwie najważniejsze rzeczy dotyczące Alaski to:
po pierwsze - jest tu naprawdę zimno i
po drugie - jest supercicho, bo są tu tysiące kilometrów śniegu i prawie nie ma ludzi. Chodziło mu pewnie o północną Alaskę, a nie okolice Fairbanks Airport - z samochodami, których opony wibrują na drodze, z ludźmi, których walizki na kółkach podskakują na chodniku, i z samolotami, które jak nożyce przecinają niebo. Tata jest wielkim fanem ciszy. Mówi, że nie jestem głucha, tylko potrafię słuchać ciszy.
Mama trzyma się tuż obok, jakby mogła owinąć mnie jeszcze jedną ciepłą warstwą samej siebie, a ja nachylam się do niej. Sądzi, że skuter śnieżny taty się popsuł i dlatego tata nie zdążył złapać awionetki. Mówi, że jego telefon satelitarny się rozładował, bo inaczej by do nas zadzwonił.
Tata miał się z nami spotkać na lotnisku. Ale zamiast niego zjawiła się ta policjantka "Nic Na Razie Nie Mogę Powiedzieć Przykro Mi". Teraz kroczy z przodu, jakbyśmy były na wycieczce szkolnej w muzeum, zaraz zamykają, a dziewczynki zbite w gromadkę wołają za nią: "Pięć minut w sklepiku z pamiątkami, proszę pani!", ale kiedy kobieta idzie w taki sposób, to wiadomo, że nie zwolni kroku.
Noszę gogle i kominiarkę. Tata był superapodyktyczny, kiedy mówił, co musimy ze sobą zabrać - "odpowiednią odzież polarną, Puggle" - i teraz, w tym powietrzu jak potłuczone szkło, jestem z tego zadowolona. Nigdy nie płaczę, a już na pewno nie wtedy, kiedy widzą mnie ludzie, bo to koniec - wezmą mnie za małą dziewczynkę. Jednak gdy płacze się w goglach, to nie jest tak, jakby się płakało publicznie, bo nikt nie widzi. Tata mówi, że na północy Alaski łzy mogą zamarznąć.
*
Trzymając córkę za rękę, Yasmin przystanęła w drodze do lotniskowego komisariatu - młoda funkcjonariuszka zmarszczyła zdziwiona czoło - ale przez krótką chwilę mogła powstrzymać to, co się dzieje. Wszędzie wokół zalegał śnieg, śnieg na śniegu, zakrywając wszystko, co niegdyś było, swą monotonną barwą i fakturą; scena ulepiona z gipsu. Dostrzegła delikatne odciski ptasich stóp i uświadomiła sobie, że spogląda w dół. Zmusiła się do podniesienia wzroku, ze względu na Ruby, i wystraszyła się otaczającej je przejrzystości. Śnieg przestał padać i powietrze było oślepiające, jasne i krystaliczne, a świetlistość zdumiewająca; jeszcze jeden obrót tarczy ku głębszej klarowności, a można by dojrzeć wokół siebie każdy atom powietrza. Jakby scena pozostawała w stanie zawieszenia, zbyt wyrazista, by być realna.
*
Policjantka zabrała właśnie gazetę z biurka, jakbym była dzieckiem, któremu nie wolno czytać gazet, podnoszę więc palce, żeby pokazać, że mam dziesięć lat, ale ona nie rozumie.
- Starszy funkcjonariusz wprowadzi panią za chwilę w szczegóły - mówi do mamy.
"Weźmie mnie za rękę i wprowadzi, gdzie trzeba" - pokazuje mi mama. Ludzie często nie dostrzegają, że mama jest zabawna, jakby ci, którzy wyglądają niczym gwiazdy filmowe, nie umieli żartować, co jest naprawdę niesprawiedliwe. Rzadko posługuje się językiem migowym, zawsze chce, żebym czytała z ruchu jej warg, więc też się uśmiecham, ale nasze uśmiechy to tylko reklamówki - w środku się nie uśmiechamy.
Mama mówi, że zaraz wróci i żebym przyszła do niej i zawołała ją, jeśli czegoś będę potrzebować. Pokazuję "OK", podnosząc kciuki. To znak, którym posługują się także ludzie słyszący, co prawdopodobnie tłumaczy, dlaczego mama nie mówi mi POSŁUGUJ SIĘ SWOIMI SŁOWAMI, RUBY.
Kiedy mówię "powiedziałam", chodzi mi o to, że pokazałam, czyli użyłam języka migowego, albo wystukałam na klawiaturze, co jest innym rodzajem języka migowego. Czasem posługuję się znakiem amerykańskim; to tak, jakby ludzie posługiwali się amerykańskim słowem, kiedy mówią ustami.
Jest tu telefonia komórkowa trzeciej generacji, ale nie dostałam mejla od taty. Było głupotą na to liczyć, bo:
po pierwsze - jego laptop został uszkodzony dwa tygodnie temu,
po drugie - nawet gdyby pożyczył laptopa od jakiegoś znajomego, to i tak nie ma sieci komórkowej ani Wi-Fi na północy, gdzie pewnie przebywa, ponieważ zepsuł mu się skuter śnieżny; będzie musiał więc skorzystać z terminalu satelitarnego, żeby przesłać mi mejla, a to supertrudne, kiedy jest strasznie zimno.
Puggle to australijskie określenie maleńkiego dziobaka. Tata kręci filmy dokumentalne i programy o dzikiej przyrodzie i kocha dziobaki. Ale dziobak, zwłaszcza młody, nie przeżyłby na Alasce nawet dwóch minut. Trzeba mieć specjalne futro, które zapewnia ciepło, jak u lisa polarnego, i kończyny, które nie pozwalają zapadać się w śniegu, jak u zająca amerykańskiego czy u piżmowołu arktycznego z jego wielkimi kopytami, które są w stanie kruszyć lód, dzięki czemu może dostać się do jedzenia i wody. A jeśli jest się osobą, to potrzeba gogli i polarnych rękawic, i specjalnej odzieży, i śpiwora puchowego, a tata ma to wszystko; więc nawet jeśli utknął na północy, gdzie łzy zamarzają, to da sobie radę, jak lis polarny, piżmowół arktyczny czy zając amerykański.
Wierzę w to całkowicie.
I przyjedzie tu, i nas znajdzie. Wiem, że tak będzie.
Siedząc w samolocie z Anglii, co trwało GODZINAMI i GODZINAMI, cały czas wyobrażałam sobie to, co właśnie robi tata. Myślałam - tata wyjeżdża akurat z wioski; tata siedzi teraz na skuterze śnieżnym; tata zbliża się do pasa startowego.
"W samym środku głuszy, Puggle, a środek głuszy ma to do siebie, że jest bardzo piękny i pusty, bo odnajdują go tylko nieliczni ludzie".
Tata czeka teraz na awionetkę.
"Jak list na listonosza. Musisz być tam na czas, bo w przeciwnym razie cię nie zabiorą".
Spałam całe wieki, a kiedy się obudziłam, pomyślałam - tata jest teraz na lotnisku i czeka na nas! I napisałam ten tweet o ekscytacji, że futrzany kaptur taty i bum! lądującego samolotu, choć tak naprawdę jeszcze nie wylądowaliśmy, ale pomyślałam, że to będzie najbardziej superniesamowite uczucie - odbić się parę razy od ziemi i że tata jest tak blisko.
A potem podszedł do mnie wścibski steward, a ja wiedziałam, że chce mi powiedzieć, żebym wyłączyła laptopa, co uszczęśliwiłoby mamę, bo nienawidzi "tego przeklętego laptopa". Poprosiłam mamę, żeby mu powiedziała, że przestawię komputer na tryb bezpieczny. Nie byłam pewna, czy mama by to zrobiła, bo byłaby superzadowolona, gdybym musiała go wyłączyć, ale steward zobaczył, jak pokazuję na palcach mamie, i zrozumiał, że jestem głucha, i zrobił to, co robią zawsze ludzie, to znaczy od razu się wzruszył. Tata uważa, że tak się zachowują, bo widzą piękną mamę i małą głuchą dziewczynkę (mnie!) - jak na filmie w niedzielne popołudnie. Ten wzruszony steward nawet nie sprawdził, czy przestawiłam laptopa na tryb bezpieczny, tylko dał mi za darmo twixa. Mam nadzieję, że nie zdarzają się wśród terrorystów dziesięcioletnie głuche dziewczynki, bo oznaczałoby to, że dostają darmowe słodycze.
Nie jestem w ogóle jak małe dziewczynki na tych filmach, mama też nie jest jak gwiazda filmowa, jest zbyt zabawna i mądra, ale tata jest zupełnie jak Harrison Ford. Wiecie, taki ktoś, kto umie rozbroić terrorystę i jednocześnie czyta opowieści do poduszki. Strasznie go bawi, kiedy mu to mówię. I choć tak naprawdę nigdy nie musiał rozbrajać żadnego terrorysty - no, wiadomo - zawsze mi coś czyta, kiedy jest w domu, nawet jeśli mam już dziesięć i pół roku, i uwielbiam zasypiać, widząc jego palce tworzące słowa tuż przed moimi powiekami.
Potem wylądowaliśmy - koła uderzyły bum-łup, a ja podekscytowałam się jeszcze bardziej superniesamowicie - i podłączyłam się pod darmowe Wi-Fi, i zamieściłam tweeta, i wzięłyśmy swoje bagaże z taśmociągu, czując się trochę dziwnie w nogach po tak długim siedzeniu, i pospieszyłyśmy do hali przylotów. Ale zamiast taty czekała na nas policjantka "Nic Na Razie Nie Mogę Powiedzieć Przykro Mi" i przyprowadziła nas tutaj.
*
Starszy funkcjonariusz policji spóźniał się, więc Yasmin poszła sprawdzić, co z Ruby. Miały przyjechać dopiero za cztery tygodnie i spędzić z Mattem Boże Narodzenie, ale po rozmowie telefonicznej sprzed ośmiu dni doszła do wniosku, że musi zobaczyć się z nim jak najszybciej - to znaczy tak szybko, jak jest to możliwe, kiedy ma się dziecko w wieku szkolnym, psa i kota, którymi ktoś musi się zająć, i mnóstwo odpowiednich ubrań do kupienia. Martwiła się, że musi zabrać Ruby ze szkoły, ale od kiedy zmarł ojciec Matta, nie było nikogo, z kim Ruby chciałaby zostać.
Patrzyła na nią przez szybę w drzwiach, przyglądając się jej lśniącym, nierówno przyciętym włosom, które opadały na twarz, kiedy dziewczynka pochylała się nad swoim laptopem. Ruby sama je podstrzygła w środę wieczorem, w chwili niezależności godnej Maggie Tulliver z Młyna nad Flossą. W domu kazałaby jej wyłączyć laptopa i powrócić do świata rzeczywistego, ale chwilowo postanowiła dać jej spokój.
Czasem, kiedy Yasmin patrzyła na córkę, zdawało się, że czas natrafił na jakąś przeszkodę i zatrzymał się, podczas gdy w przypadku wszystkich innych podąża bez niej. Zdarzało się, że nic wtedy nie słyszała, że umykały jej rozmowy. Jakby skurcze, które zaczęły się przy porodzie bólem, trwały dalej jako coś innego, równie silnego, i zastanawiała się, czy ów poród ma swój kres; czy będzie czuła to samo, gdy Ruby skończy dwadzieścia lat? Osiągnie wiek średni? Czy teraz jej własna matka czuła w stosunku do niej to samo? Zadawała sobie pytanie, jak długo można tęsknić za matczyną miłością.
Młoda policjantka zbliżyła się do niej szybkim krokiem - ta kobieta nigdy nie poruszała się powoli - i powiedziała, że porucznik Reeve czeka na nią i że nie musi się martwić o swoje walizki, które zostały przeniesione na posterunek; zdawało się, że kwestia bagażu jest równie ważna jak to, co ma do powiedzenia porucznik Reeve.
Poszła z nią do gabinetu porucznika Reeve'a.
Wstał na powitanie, wyciągając rękę. Nie uścisnęła jej.
- Co się stało z Mattem? Gdzie jest?
Mówiła gniewnym tonem, jakby winiła męża za to, że się nie pojawił. Była na niego tak zła, że jej głos nie dostosował się jeszcze do sytuacji, bez względu na jej charakter.
- Chciałbym, żeby potwierdziła pani kilka rzeczy - oznajmił porucznik Reeve. - Mamy wykaz obcokrajowców pracujących na Alasce.
Od czasu, gdy Ruby zdiagnozowano jako całkowicie niesłyszącą (bardzo rzadkie, powiedzieli, jakby głuchota jej dziecka była odmianą storczyka), Yasmin postrzegała dźwięki pod postacią fal. Będąc fizykiem, powinna robić to już wcześniej, ale dopiero pojawienie się Ruby uświadomiło jej, że dźwięk to zjawisko fizyczne. Czasem, kiedy nie chciała słyszeć tego, co ktoś mówi - specjaliści audiologii, bezmyślni znajomi - wyobrażała sobie, że surfuje po powierzchni ich słów albo w nich nurkuje, zamiast pozwalać, by uderzały w jej bębenki i zamieniały się w możliwe do rozszyfrowania pojęcia. Ale musiała słuchać. Wiedziała o tym. Po prostu musiała.
- Zgodnie z tym wykazem - ciągnął porucznik Reeve - pani mąż przebywał od pewnego czasu w Anaktue. Choć jak wynika z dokumentacji, początkowo przebywał w Kanaki.
- Tak, spędził tam osiem tygodni w lecie, na stacji badawczej, kręcił film przyrodniczy. Poznał na miejscu dwoje mieszkańców wioski, a oni zaprosili go do siebie. Wrócił na Alaskę w październiku i zatrzymał się u nich.
Niepotrzebnie szczegółowa, rozwlekła odpowiedź, ale porucznik Reeve też nie spieszył się ze swoją, jakby i on nie chciał, by ta rozmowa była kontynuowana.
- Obawiam się, że doszło w Anaktue do katastroficznego pożaru - oznajmił.
Katastroficznego. Słowo zarezerwowane dla nieprawdopodobnych zniszczeń, dla wulkanów, trzęsień ziemi i meteorytów uderzających w Ziemię, nie zaś dla małej wioski Anaktue, przypominającej bardziej osadę niż wieś z prawdziwego zdarzenia.
Wydawało się idiotyczne, że przyjechała, żeby się kłócić z mężem, stawiać ultimatum, które była gotowa wprowadzić w czyn. Przebyła pół globu, by mu powiedzieć, że ma wracać do domu, i to natychmiast. Że nie wierzy w jego zapewnienia, że do niczego więcej nie dojdzie między nim i tą Inuitką, i że nie zamierza czekać po drugiej stronie świata, podczas gdy ta kobieta niszczy ich rodzinę. Matt wydał jej się tchórzliwie słaby w sytuacji, gdy obie, tamta i ona, zmuszały go do określenia lojalności i przyszłości; rozgniewała się jeszcze bardziej, spakowała walizki, swoją i Ruby, wpychając do nich nieposkładane rzeczy. Bała się, że po przyjeździe na Alaskę ich bagaż wybuchnie w fontannie pierza i tkanin termoizolacyjnych.
- Podejrzewamy, że w jednym z domów doszło do wybuchu grzejnika albo piecyka - powiedział porucznik Reeve. - Ogień rozprzestrzenił się na skład paliwa do skuterów śnieżnych i generator, co wywołało znacznie większą eksplozję i ogromny pożar. Nikt w Anaktue nie przeżył. Przykro mi.
Poczuła się ugodzona miłością jak nożem; jej ostrość pozbawiła ją tchu. To wrażenie było dziwnie znajome; brutalniejsza wersja bólu, którego doznawała w ich wczesnych dniach, na długo przed małżeństwem i dzieckiem, nim pojawiła się jakakolwiek niezachwiana pewność, że nazajutrz Matt też z nią będzie. Czas już nie ciągnął się i nie był linearny, tylko zakrzywił się i rozpadł na fragmenty; młody człowiek, którego kochała tak namiętnie, wydawał się równie wyrazisty i obecny jak mąż, z którym kłóciła się osiem dni wcześniej.
Przypomniała sobie blask niskiego zimowego słońca, wpadający ukośnie przez okna, powolny, spokojny głos profesora filozofii, grube ściany sali wykładowej, odgradzające ich od krakania ptaków na zewnątrz. Potem powiedział jej, że to szpaki i płochacze. Siedział kilka pustych miejsc dalej. Widziała go wcześniej dwukrotnie i spodobała jej się jego kanciastość, to, że szybko chodził i był zaaferowany, jakby umysł dyktował mu tempo kroku; ostro nakreślone płaszczyzny twarzy. Kiedy stuknęła szydełkiem, zerknął w jej stronę, a w ich oczach pojawił się niespodziewany błysk wzajemnego zrozumienia. Potem odwrócił wzrok, jakby dłuższe patrzenie oznaczało przyganę za to stuknięcie. Kiedy wykład dobiegł końca, podszedł do niej; odłożyła robótkę, wyraźnie speszona.
- Wdzianko dla węża?
- Osłona na balustradę.
Wyznał potem, że wydała mu się lekko stuknięta, ale chciał dać jej szansę obrony.
- Jesteś narwana, co?
"To miała być ta szansa obrony?".
- Astrofizyczka - odparła.
Przyszło mu do głowy, że żartuje, a potem dostrzegł wyraz jej twarzy.
- Szydełkująca astrofizyczka na wykładzie z filozofii?
- Uczę się o metafizycznych aspektach fizyki. Na uniwersytecie oksfordzkim można studiować dwa kierunki jednocześnie. A ty?
- Zoologia.
- Co więc robisz na wykładzie z filozofii? Pomijając twoje pytania o moje szydełkowanie.
- Filozofia jest ważna.
- Dla zwierząt?
- Chodzi o to, jak o nich myślimy. O sobie. O naszym środowisku i miejscu, które w nim zajmujemy. - Umilkł, speszony. - Zwykle nie gadam tak poważnie. Nie tak od razu.
"Musiało upłynąć sporo czasu, żebym mogła gadać tak jak ty".
Jej szkoła brutalnie ją rozczarowała. Przeżyła dzięki temu, że się nie wychylała i pozostała anonimowa; na szczęście jej wysokie kości policzkowe i małe piersi nie wzbudzały zainteresowania nastoletnich chłopców. Sekret swojej bystrości zachowała dla siebie, celowo osiągając kiepskie wyniki, aż do matury, kiedy to w spektakularny sposób sypnęła jak z rękawa czterema najwyższymi ocenami, choć wszyscy spodziewali się miernych. Przez lata ukrywała swoją pracowitość, a teraz mogła się nią popisać.
Schowała długą szydełkową robótkę.
- Ósma wieczorem. Przed stołówką. Pokażę ci.
*
Porucznik Reeve nachylił się do niej, a ona uświadomiła sobie, że siedzą oboje przy stole, naprzeciwko siebie; nie pamiętała, jak się tu znalazła. Coś jej podawał.
- Policjant stanowy z Prudhoe znalazł to na miejscu zdarzenia i przywiózł tutaj, żebyśmy pani pokazali. Sądząc po inicjałach wygrawerowanych od spodu, należało prawdopodobnie do Matthew?
Pogłaskała ciepłą w dotyku i twardą powierzchnię jego obrączki. Wewnątrz widniały inicjały, jej i Matta; połowa pierwszego wersu przysięgi. Wyczuwała drugą połowę przysięgi pod swoją obrączką, odciśniętą w miękkim podbiciu palca.
- Tak, to jego - odparła.
Zdjęła swoją obrączkę i na jej miejsce wsunęła obrączkę Matta, o wiele za dużą na jej palec. Włożyła z powrotem swoją, która strzegła teraz jego obrączki, bo pewnego dnia mógł powrócić i znów zechciałby ją nosić. Wydawało się niemożliwe, by nie żył. Nie w sytuacji, gdy tkwił w niej ten miłosny nóż, a Ruby siedziała w sąsiednim pomieszczeniu. Nie mogła - nie chciała - w to uwierzyć.
Zdała sobie sprawę, że porucznik Reeve patrzy na jej dłonie.
- Matt zdejmuje obrączkę przy pracy. Odkłada ją w bezpieczne miejsce.
Wyjaśnienie, którym ją uraczył wiele tygodni wcześniej, gdy dostrzegła jego nagi palec na zdjęciu przesłanym mejlem. Na szczęście Ruby niczego nie zauważyła.
Nie powiedziała porucznikowi Reeve'owi, że nie uwierzyła w wymówkę Matta.
*
Kilka godzin po wykładzie z filozofii, kiedy już zrobiło się ciemno, oddalili się od historycznej części miasta, zaludnionej przez studentów i turystów, i weszli do centrum handlowego na obrzeżach jakiegoś osiedla, beton i asfalt wydawały się bezosobowe, cienie odpychające i posępne. Zauważył dziane rękawy otulające znaki drogowe, balustrady i stojak na rowery. Nie był oczarowany świetlistymi oczami, długimi kończynami i szczodrym uśmiechem, lecz miękką wełną wokół twardego metalu, przędzą pokrywającą stal i aluminium barwnymi paskami i wzorami.
Powiedziała mu, że należy do grupy partyzanckich ogrodników, którzy zamieniają w środku nocy betonowe ronda i skrzyżowania w małe kwietne łąki, ale że od jakiegoś czasu już tego nie robi.
- Za dużo skrzyżowań? - spytał.
- Niewłaściwa pora roku - odparła. - Poza tym nie da się uprawiać ogrodu podczas wykładów.
- A więc to jest ta twoja sekretna pasja? - domyślił się.
- Szydełkowanie osłon na poręcze i balustrady? Na szczęście nie.
- Zatem?
Nie darzyła go jeszcze takim zaufaniem, żeby mu pokazać.
*
Porucznik Reeve nie był pewien, czy dotknąć jej dłoni pocieszającym gestem, ale czuł się niezręcznie, wyciągając rękę. Miała w sobie tyle godności zamiast histerii, której oczekiwał. Nie, nie histerii. Raczej emocji, z którymi nie potrafiłby sobie poradzić, bo nie wiedział jak. I żalu.
- Płomień dostrzeżono wczoraj po południu - poinformował ją, bo sądził, że zależy jej na szczegółach. Jemu na jej miejscu by zależało. - Pilot leciał nad Anaktue tuż przed burzą śnieżną. Policjanci z okręgu North Slope i funkcjonariusze bezpieczeństwa publicznego zaczęli akcję poszukiwawczą i ratunkową pomimo kiepskiej pogody i koszmarnych warunków lotniczych. Kontynuowali działania aż do wczesnych godzin rannych, ale niestety nie znaleziono nikogo żywego.
- Wczoraj po południu? - spytała.
- Tak. Obawiam się, że nic więcej nie mogę powiedzieć. Na miejscu zdarzenia była policja stanowa i ci z bezpieczeństwa publicznego.
- Dzwonił do mnie wczoraj. Matt do mnie dzwonił. O siedemnastej czasu miejscowego.
*
Wiedziała cały czas, ale teraz miała dowód. Gdy policjant dzwonił do kogoś, przypomniała sobie fragmenty ich rozmowy, kiedy wracali do swoich akademików, i to, jak cały czas toczyła się inna rozmowa, która polegała na tym, że nachylał się ku niej, że ona podświadomie dostosowywała swój krok do jego kroku; zauważyła spłowiały kołnierzyk koszuli, na jego szyi wystające jabłko Adama, jakby wciąż podlegał procesowi formowania, ten mężczyzna-chłopiec.
Dostrzegł ostre światło lamp ulicznych na jej czole, policzkach i ustach i dojrzał kobietę, jaką byłaby za lat dziesięć, i stało się, o czym ją później zapewniał. Bum! Magiczna sztuczka. Cud. "Kobieta, z którą chcę być".
Nie pokładała tak wielkiej nadziei w tej jego wyimaginowanej przyszłości. Ale gdy szli ramię w ramię, poczuła, jak samotność jej dawnego życia, życia dziwaczki, jedynej osoby w rodzinie, szkole i na swoim osiedlu, która poszła na uniwersytet, oddala się odrobinę.
Kapitan Grayling był śmiertelnie zmęczony. Siedział w swoim gabinecie, w odległym północnym zakątku Prudhoe Bay. Z góry padał oślepiający blask elektryczny, a on tęsknił za łagodnością dziennego światła. Poranek miał nastać dopiero za dwa miesiące. Zżerało to człowiekowi duszę. Myślał o Timothym. Czy to z jego powodu przejawiał ojcowskie uczucia wobec młodych funkcjonariuszy, którzy mu podlegali? Tak wszyscy sądzili, z czego zdawał sobie doskonale sprawę. Zawsze widział siebie jako maszera powożącego zaprzęgiem pełnych entuzjazmu husky - trzymał wodze, by skierować czworonogi we właściwą stronę, zawsze z psim śpiworem na saniach, na wypadek gdyby któryś został ranny i trzeba było go odtransportować w bezpieczne miejsce.
Jednak w Anaktue nie był ani postacią ojcowską, ani człowiekiem powożącym psim zaprzęgiem. Ludzie widzieli, jak wymiotuje raz za razem - każde zwłoki wstrząsały nim na nowo. Nad poczerniałą wioską szalała burza, helikopter ledwie mógł wylądować, wietrzny chłód kąsał policzki jak wygłodniałe zwierzę. "Dmijcie, wichrzyska, aż wam miechy pękną"[1]. Ustawili oślepiająco jasne reflektory łukowe, świecące do wnętrza zniszczonych domów, zalewające iluminacją ledwie rozpoznawalne szczątki mężczyzn, kobiet i dzieci. Ciemność, która ich otaczała, wydawała się kapitanowi nieskończona.
Pracowali w milczeniu, cały zespół ludzi, większość jawiła mu się jako młodzi chłopcy; żadnej pogawędki, która chroniłaby ich jak kokon, gdy zapełniali worki, robili zdjęcia i dokumentowali. "Wy, siarką tchnące, jak myśl chyże błyski". Jego umysł nawiedzały słowa króla Leara, lecz "dzika okolica" wydawała się wyjątkowo łagodna w porównaniu z Anaktue, a "jak myśl chyże błyski" były prawdziwe tylko dla tych, którzy umarli; tych, którzy musieli przeglądać zwęglone resztki, prześladowały głębsze myśli.
Przed wielu laty, nim zaczęło się życie wypełnione pracą, Grayling chciał iść na uniwersytet i studiować literaturę. Jednak jego ojciec pragnął, by syn "robił coś konkretnego", a nie "bawił się w poezję". Był to krytycyzm trafiający w sedno. Pomyślał, że jeśli ma robić "coś konkretnego", to powinno być to coś, co przysłuży się jego ukochanej Alasce. Początkowo miał zamiar studiować medycynę, ale nie potrafił opanować w wymaganym stopniu chemii, więc postanowił zostać policjantem stanowym. Tylko w jego przypadku kurs szkoleniowy stanowił drugi wybór. Zorientował się po trzech tygodniach, że nie ma umysłu odpowiedniego dla policjanta, był on bowiem pełen zbędnych informacji i koncepcji. Pozbył się ich więc, wyrzucając z niego wszystko, czego już nie potrzebował (sporna kwestia, czy kiedykolwiek tego potrzebował). Przez lata nie myślał więc o "dzikiej okolicy". Jednak Anaktue było inne. Dosięgało jakiejś jego cząstki, której nie potrafił z siebie wyrzucić.
Kiedy zorientowali się w rozmiarach katastrofy i gdy burza złagodniała, do jego zespołu przyłączyli się kolejni policjanci i funkcjonariusze bezpieczeństwa publicznego. Grayling dowodził grupą poszukiwawczą. Włączyli szperacz w helikopterze i zaczęli oblatywać wioskę, zataczając coraz szersze kręgi, ale nikogo nie znaleźli. Grayling otrzymał wcześniej informację, że w wiosce przebywało dwadzieścioro troje ludzi. Przerwał poszukiwania dopiero wtedy, gdy policjanci doliczyli się szczątków dwudziestu czterech ciał. Wiedział, że będzie musiał ustalić tożsamość dwudziestej czwartej ofiary.
W końcu ta przyprawiająca o mdłości robota dobiegła końca. Pozostawił miejsce zdarzenia jako ostatni, zabierając do śmigłowca lampy łukowe. Anaktue zniknęło w ciemności.
Czekały go rozmowy w ciepłych, dobrze oświetlonych studiach telewizyjnych i radiowych z dziennikarzami, którzy mieli spać tej nocy spokojnie, bez koszmarów.
Odezwała się jego komórka - połączono go z porucznikiem Reeve'em z Fairbanks. Chodziło o Matthew Alfredsona, ich dwudziestą czwartą ofiarę, którą zidentyfikowano dzięki dokumentacji wizowej; twórca filmów przyrodniczych, którego błyszczącą obrączkę Grayling znalazł w pogorzelisku. Wszystko uległo zniszczeniu, każdy kawałek metalu przybrał odrażający kształt, ale ten jeden zachował idealną krągłość. Grayling wiedział dzięki swemu krótkiemu romansowi z chemią, że platyna może wytrzymać nawet intensywny żar; mimo wszystko jednak ta nienaruszona obrączka wydawała się czymś nieprawdopodobnym. Nie znaleziono jej obok jakiegokolwiek ciała, więc choć metal tworzył nieprzerwany krążek, Grayling przypuszczał, że samo małżeństwo nie było tak trwałe, i miał nadzieję, że się nie myli. Mogło to złagodzić ból i żal.
Jednak poprzedniego dnia o piątej, kiedy przeszukiwali szczątki Anaktue, człowiek ten zadzwonił do żony. Jak było to możliwe? Boże, czy wciąż gdzieś się znajdował, cały i zdrowy? Pomyślał, że musi porozmawiać z jego żoną.
*
W przekonaniu Yasmin kapitan Grayling uosabiał archetyp policjanta stanowego. Mówił głosem pewnym i głębokim. Wyobrażała sobie, że jest odpowiednio barczysty i że odznacza się topornymi rysami.
- Czy mąż powiedział pani, gdzie akurat przebywa? - spytał.
- Nie. Ale wydaje mi się, że znajdował się na pasie startowym i czekał na awionetkę. Porucznik Reeve powiedział mi, że była wczoraj burza, a warunki w powietrzu koszmarne, więc samolot i tak by nie przyleciał. Mój mąż wciąż tam może być.
- Przeszukaliśmy znaczny teren, włącznie z pasem startowym.
- Było jednak ciemno i szalała burza... mogliście go nie zauważyć?
*
Dosłyszał nadzieję w jej głosie, to pragnienie innego zakończenia, i poczuł, jak ogarnia go bolesne współczucie.
- Pas startowy jest płaski i dobrze widoczny - powiedział. - Dysponowaliśmy silnym oświetleniem i sprawdziliśmy wszystko dokładnie.
Nie dodał, że sam latał nad tym terenem z sześć razy, penetrując go uparcie.
- Korzysta ze skutera śnieżnego? - spytał.
Anaktue leżało na pustkowiu, na niedostępnym obszarze, więc z pewnością skuter był tam jedynym środkiem transportu, ale pragnął się upewnić.
- Tak.
Polecił swojemu zespołowi zebrać stopione szczątki skuterów śnieżnych. Wiedział, że te fragmenty są teraz zamrożone na kamień.
*
Yasmin przypomniała sobie, jak Matt mówił jej i Ruby, że kupił od mieszkańca wioski skuter, który zamierzał podrasować. Wydało jej się dziwne, że mężczyźni z plemienia Inuitów polują na karibu, wykorzystując skutery śnieżne, ale Matt nie widział w tym nic niezwykłego.
- Wie pani, ile tych skuterów znajdowało się w wiosce? - spytał kapitan Grayling.
- Trzy - odparła.
Był skuter Matta, drugi, podrasowany, i jeszcze jeden, który należał do człowieka pracującego przy odwiertach w Prudhoe Bay. Rozmawiała o tym z Mattem; bezpiecznie neutralny temat w obecności Ruby.
Czekała, aż kapitan Grayling coś powie, i zorientowała się po jego milczeniu, że znaleziono trzy skutery - pozostałości trzech - w wiosce. Nie jechał na swoim wehikule, cały i zdrowy, będąc już niemal w Fairbanks, by uściskać Ruby i by ona sama mogła mu powiedzieć, że go kocha. Jednak myśl, że mógłby dotrzeć w ten sposób na lotnisko, była absurdalna, i wiedziała o tym. Chciała go po prostu jak najszybciej zobaczyć.
- Mógł podróżować psim zaprzęgiem - podsunęła.
Kilka tygodni wcześniej napisał do Ruby w mejlu, że wybiera się z jednym z autochtonów na taką przejażdżkę. Wątpiła w jego entuzjazm, nie bardzo rozumiejąc, dlaczego ktokolwiek chciałby przemieszczać się w ten sposób w arktycznych temperaturach, ale może podniecenie w jego liście było szczere.
- Kojec dla psów też się spalił - powiedział kapitan Grayling.
- Wobec tego może wybrał się coś sfilmować, kiedy wybuchł pożar, i zabrał psy ze sobą.
- W środku zimy? - zdziwił się kapitan. - W ciemności?
- Kręci film przyrodniczy na Alasce. Anaktue było dla niego tylko bazą wypadową.
Nie powiedziała, jak sceptycznie traktowała powody, dla których Matt został w Anaktue, i że nie spytała o to wprost. Może jednak mówił jej prawdę.
- Nawet jeśli wyjechał w tym celu, to z pewnością wróciłby do Anaktue albo na pas startowy, żeby zdążyć dotrzeć do Fairbanks i spotkać się z panią.
- Coś musiało się stać z saniami albo z psami - argumentowała.
- Powiedziała pani, że mąż nie wspomniał o tym, gdzie jest, kiedy dzwonił.
- Nie.
- Jakieś przypuszczenia co do jego miejsca pobytu?
- Nie.
- Mogę wiedzieć, co pani powiedział?
- Nie rozmawialiśmy.
- Słucham?
- Straciliśmy połączenie, zanim się zdążył odezwać.
- Nic w ogóle nie powiedział?
- Nie. Jak już mówiłam...
- Więc skąd pani wie, że to on dzwonił?
- W Anglii była druga nad ranem, a tylko on dzwoni do mnie o tej porze. Często tracimy połączenie. Ma telefon satelitarny i musi dokładnie widzieć niebo. A może stracił zasięg. Ponieważ nie zadzwonił ponownie, sądzę, że to najbardziej prawdopodobne.
- Może dzwonił do pani ktoś inny, przez pomyłkę?
- Nie. To był na pewno on.
Nie powiedziała kapitanowi Graylingowi, jakie zdziwienie wzbudził w niej ten telefon Matta. Pomijając tę koszmarną rozmowę sprzed ośmiu dni, przestał się z nią kontaktować, choć uparcie przesyłał Ruby mejle. Miesiąc wcześniej, podczas jednej z rzadkich rozmów zarzuciła mu, że przestał się czymkolwiek przejmować, a on jej powiedział, że nie mógł dodzwonić się z Anaktue i musiał wędrować ponad trzy kilometry, a potem wspiąć się na oblodzoną grań, żeby uzyskać połączenie satelitarne. Aha, było smoliście ciemno, kiedy szedł, a w chwili kiedy z nią rozmawiał, temperatura wynosiła prawie minus trzydzieści stopni Celsjusza. Nie przypomniała mu, że musiał odbywać tę wędrówkę za każdym razem, kiedy wysyłał Ruby mejl, co zdarzało się bardzo często; była zadowolona, że to robi. Poprzedniego dnia była burza. Oznaczało to jeszcze cięższą i trudniejszą wyprawę.
Chciała wierzyć w jakiś nagły zwrot w ich związku, coś, o czym nie wiedziała, a co oznaczało, że brnął przez ponad trzy kilometry w arktycznym zimnie i ciemności, żeby z nią porozmawiać, czuła jednak, że to nieprawda. Nie potrafiła się zorientować, dlaczego do niej zadzwonił, zwłaszcza że miała razem z Ruby wsiąść za kilka godzin do samolotu; i tak by się spotkali.
- Z jakiej sieci korzysta pani mąż? - spytał kapitan Grayling.
A więc zamierzał sprawdzić to, co mu powiedziała, kontaktując się z operatorem satelitarnym Matta. Podała mu nazwę firmy w nadziei, że nie opóźni to poszukiwań.
Czekała na jakiś przypływ ulgi, lecz bezskutecznie. By zaznać jej naprawdę po tym całym niepokoju, musiałaby dotknąć męża.
Nie spytała jeszcze porucznika Reeve'a ani kapitana Graylinga, czy i Corazon znajdowała się wśród ofiar pożaru. Nie chciała wypowiadać tego imienia.
Slowa bez Dzwiekow@Slowa-bez-Dzwiekow
650 followersów
NIEPOKÓJ: wygląda jak szachownica z szybko przesuwającymi się polami; przyprawia o pot i drżenie; smakuje jak kolczaste lody.
Zwykle nie idzie mi dobrze z terapeutami mowy, ale był taki jeden, jeszcze bardzo młody, myślę, że wciąż uczył się na doktora, i on mnie spytał, czy widzę słowa, skoro najwyraźniej nie mogę ich słyszeć. Mama nie lubi, kiedy mówię: "Ale z ciebie cholerny Sherlock", ale tata uważa to za zabawne. Tak jak ten młody niby-doktor. Nikomu przed nim o tym nie mówiłam, ale naprawdę widzę słowa, dotykam ich i także czuję ich smak. Wiem, że to dziwaczne, ale ten młody niby-doktor wcale tak nie myślał. Powiedział, że powinnam zamieścić to na Twitterze, a ja odparłam: "Superplan, Batman" (bo wiedziałam, że lubi, jak w naszych rozmowach pojawiają się postaci z książek). Był moim pierwszym followersem, a teraz mam ich setki, co jest dziwaczne (DZIWACZNE: wygląda psychodelicznie; smakuje słodko-chrupkowato-sorbowato-bąbelkowato).
Ten tweet o ekscytacji, kiedy myślałam, że tata czeka na nas w hali przylotów? To zabawne, bo napisałam, że ekscytacja wygląda jak włochaty kaptur jego inuickiej kurtki, ale w październiku, kiedy wyjechał na Alaskę, napisałam "Smutek", a smutek też wyglądał jak włochaty kaptur jego kurtki. Więc myślę, że sposób, w jaki widzi się jakieś słowo, a także jego znaczenie w zdaniu, sprowadza się do kontekstu i danej chwili. W szkole nie użyłabym słowa "kontekst", bo ludzie myślą, że jak jestem w programie rozszerzonym dla zdolnych i utalentowanych, to jest to równie dziwaczne, jak zaliczać się do grupy specjalnej troski; a jedno i drugie razem to superdziwaczne, i to nie w sposób słodko-chrupkowato-sorbowato-bąbelkowaty.
Zazwyczaj pomaga, jak się zamieści na Twitterze jakieś słowo czuciowe.
Ale nie pomogło.
*
Policjantka sprawdzała połączenie telefoniczne Yasmin, kiedy zjawił się porucznik Reeve. Poprosił ją do gabinetu; chciał z nią rozmawiać kapitan Grayling. Poszła z nim i podniosła słuchawkę.
- Przykro mi - powiedział kapitan. - Doszło do strasznej pomyłki.
Mówił łagodnie. Jego twarz w jej wyobraźni przybrała cieplejszy wyraz, postać straciła na barczystości.
- Młody funkcjonariusz znalazł obok jednego ze spalonych domów telefon satelitarny. Wystukał ostatni numer. Miał nadzieję, że uda mu się zlokalizować kogoś, kto być może przeżył, prawdopodobnie ranną osobę.
- Nie rozumiem.
- To on do pani dzwonił, nie pani mąż. Połączenie trwało sekundę, może dwie. Przykro mi. Warunki są trudne, a on jest młody i niedoświadczony. Od razu powinien mi o tym zameldować. Został oczywiście pouczony. Nie wolno mu było pod żadnym pozorem tego robić.
- Matt żyje - powiedziała do kapitana Graylinga. - Czy to on dzwonił, czy nie on.
- Pani Alfredson...
- Musiał upuścić telefon, kiedy uciekał przed pożarem.
- Ale go nie znaleźliśmy.
- Musiał się oddalić, żeby wezwać pomoc. Tak właśnie postąpiłby Matt. Sam spróbowałby coś zrobić, a gdyby się okazało, że nie może, postarałby się sprowadzić pomoc. Upuścił telefon, ale tego nie zauważył. Musi zawsze pokonać kilka kilometrów, żeby złapać sygnał...
- Przykro mi, pani Alfredson...
- Albo wybrał się gdzieś z kamerą, żeby filmować - ciągnęła. - Tak jak mówiłam, upuścił niechcący telefon, nim wyruszył...
- Na miejscu znaleziono dwadzieścia cztery ciała - przerwał jej kapitan Grayling. Boże, jak bardzo nie chciał tego robić. - W chwili pożaru w wiosce znajdowało się dwadzieścioro troje mieszkańców. Otrzymałem tę informację wczoraj, a dzisiaj sprawdziłem ją ponownie.
- Nie może być pan absolutnie pewien liczby ludzi, którzy tam przebywali - odparła i dosłyszała desperację w swoim głosie, a w jego niezachwianą pewność.
- Planowano zainstalować w Anaktue nowe generatory, więc przeprowadzono spis ludności, nie pomijając żadnego domostwa. Zrobiono to także z myślą o nowej szkole. Zwracano szczególną uwagę na liczbę mieszkańców z uwzględnieniem pory roku.
Sprawiał wrażenie rozsądnego i serdecznego. Zauważyła, że porucznik Reeve przygląda jej się z uwagą; musiał wcześniej rozmawiać z kapitanem Graylingiem. Trzymał w pogotowiu szklankę wody. Kapitan mówił dalej, a fale dźwiękowe uderzały bezlitośnie w jej bębenki uszne i przemieniały się w słowa.
- Z dwudziestu siedmiu mieszkańców czterech młodych mężczyzn pracuje przy odwiertach w Prudhoe Bay, jak robią to każdej zimy, co oznacza, że w wiosce pozostały dwadzieścia trzy osoby. Jak już powiedziałem, znaleźliśmy na miejscu dwadzieścia cztery ciała.
- Ale nie zidentyfikowaliście jeszcze Matta? - spytała.
- Powiedziała pani porucznikowi Reeve'owi, że obrączka należała do pani męża.
- Ale jej nie nosił, prawda? Nie przeprowadziliście jeszcze specjalistycznych badań, bo w przeciwnym razie powiedziałby mi pan o tym.
Grayling doznawał głębokiego współczucia, bojąc się, że poruszy ono martwy ciężar żalu, który zawsze był w nim obecny i który utrzymywał w kruchej równowadze. Żałował, że nie da się tego zrobić inaczej niż brutalnie.
- Pożar był bardzo intensywny - powiedział.
Niektóre ciała nie przypominały ludzkich, nie wspominając już o osobach obdarzonych imieniem i rodziną. Wydawało się w paru przypadkach wręcz nieprawdopodobne, by zdołali uzyskać DNA na podstawie badań uzębienia.
- Naprawdę żałuję, że to ja muszę o tym powiedzieć, ale pani mąż nie żyje. Przykro mi. Wiem, że porucznik Reeve zajmie się panią.
Odłożył słuchawkę.
*
Telefon od Matta stanowił po prostu namacalny dowód czegoś, o czym Yasmin już wiedziała, doznając tamtego pchnięcia nożem, a teraz czując to w samej głębi - że jej mąż żyje.
Nie była na dobrą sprawę zaskoczona, dowiedziawszy się, że to nie on do niej dzwonił; była raczej zdziwiona, gdyż sądziła, że to zrobił. Żałowała, że jest inaczej, nie dlatego, że byłby to znak ponownie rozbudzonej miłości do niej, ale dlatego, że policja musiałaby jej uwierzyć, a ona sama nie siedziałaby teraz na tym posterunku obok lotniska, nie mając na dobrą sprawę pojęcia, co dalej.
*
Mama właśnie przyszła. Przyklęka, jej twarz jest blisko mojej, więc mogę bez trudu czytać z jej warg. Mówi, że z tatą wszystko dobrze. Doszło do pomyłki, ale to wyjaśni. Wygląda na spiętą, to tak, jakby nie trafiło się w piłkę od tenisa ogrodowego i teraz sznurek owija się raz za razem wokół słupka. Udaję, że tego nie widzę, i uśmiecham się do niej.
Mówi mi, że tata zgubił telefon i dlatego nie mógł do nas zadzwonić ani przesłać esemesa. Wchodzi starszy policjant i prosi, żeby mama z nim poszła. Mama mówi, że niedługo wróci. Kiedy wychodzą, starszy policjant wyciąga do niej ręce, a potem je opuszcza i w ogóle jej nie dotyka. Wielu ludzi nie wie, jak się zachowywać wobec mamy, wygląda tak uroczo, że ich to deprymuje. Ale teraz jest jasne, że chce, by ktoś ją objął.
*
Kiedy weszli do gabinetu, porucznik Reeve starał się nakłonić Yasmin, żeby usiadła, ale nie chciała.
- Matt nie zginął - powiedziała. - Ten policjant z północy, kapitan Grayling, musi go szukać.
Porucznik Reeve czytał gdzieś, że są cztery fazy żalu i że pierwszą jest zaprzeczenie.
- Przykro mi, ale uważa, że nie ma to sensu.
- Więc rezygnuje? Czy to takie trudne szukać kogoś?
Bał się, że jej głos zamieni się w krzyk albo szloch, i starał się za wszelką cenę panować nad własnym.
- Gdyby kapitan Grayling uważał, że istnieje choć cień szansy, to z pewnością by nie zrezygnował. Poleciał do Anaktue pomimo burzy. Nie był nawet na służbie, ale i tak się tam udał. I jako ostatni opuścił miejsce zdarzenia. Prowadził poszukiwania przez prawie dwanaście godzin w trzydziestoczterostopniowym mrozie.
Ten człowiek był indywidualistą wedle norm obowiązujących w Fairbanks; szefował na północy, jakby ten teren stanowił jego własność, i często lekceważył przepisy. Ale zawsze robił więcej, niż do niego należało, i nigdy nie przerywał akcji ratunkowej, jeśli tliła się jeszcze nadzieja. Ludzie powiadali, że działo się tak od czasu, gdy jego syn zginął w Iraku.
Yasmin umilkła. Wstała bez słowa i wyszła z pokoju.
*
Moja bransoletka wibruje, co oznacza, że jest jakiś głośny hałas. To jak gadżet Jamesa Bonda dla głuchych ludzi, więc wiem, czy ktoś do mnie strzela (tak powiedział sprzedawca w specjalnym sklepie, a ja pomyślałam, że to bardzo zabawne). Chodzi o to, żeby się orientować, że nadjeżdża samochód, gdyby ktoś zapomniał spojrzeć w lewo i prawo.
Wchodzi mama z naszymi walizkami; pewnie drzwi trzasnęły i dlatego moja bransoletka zaczęła wibrować. Nie uśmiecha się do mnie. Zawsze się uśmiecha, kiedy mnie widzi, nawet jeśli widziałam ją zaledwie pięć minut wcześniej; uśmiecha się za każdym razem, kiedy mnie widzi, bo jest superzadowolona, że znów mnie widzi. Niektórzy ludzie myślą, że jest wyniosła. Czytam z ich ruchu warg, kiedy to mówią. Wredne słowa są łatwiejsze do odczytania z ruchu warg niż miękkie i ciepłe. Myślę, że gdyby nie wyglądała tak pięknie, to ludzie widzieliby ją lepiej.
Mówi mi, że tata jest okej, ale że był straszny pożar w Anaktue. Mówi, że policjanci to idioci i guzdrały, więc musimy wyruszyć i znaleźć go same.
*
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
1 Ten cytat i następny z: William Szekspir, Król Lear, w przekładzie Józefa Paszkowskiego.