Bardziej niż wczoraj, lecz mniej niż jutro - Urs Tors

-
Proszę czekać

1989

W mro­ku sza­rzy­zny gru­dnio­we­go po­po­łu­dnia, jed­nej z tych zim, co to niby są, bo zim­no, ale śnie­gu nie ma i tak jest ni­ja­ko, sie­dzia­łem przy oknie i prze­glą­da­łem swo­je sta­re no­tat­ki. Szu­ka­łem ja­kie­goś punk­tu za­cze­pie­nia, cze­goś, co po­zwo­li­ło­by mi sku­pić uwa­gę, co da­ło­by moż­li­wość ode­rwa­nia się choć na ja­kiś czas od my­śli o Dar­ku.

Gdy­by jesz­cze ty­dzień temu ktoś mi po­wie­dział, że za­ko­chał się od pierw­sze­go wej­rze­nia, zdzi­wił­bym się z pew­no­ścią, a gdy­by jesz­cze pró­bo­wał mnie prze­ko­nać, że w wy­ni­ku tak na­głe­go i nie­obli­czal­ne­go uczu­cia moż­na bar­dzo cier­pieć, ba! nie­mal sza­leć, w ogó­le nie dał­bym temu wia­ry. Hm, ja­kie to od­le­głe...

Spoj­rza­łem bła­gal­nie na te­le­fon; nie­ste­ty mil­czał. Da­rek wy­raź­nie nie miał za­mia­ru za­dzwo­nić. Czas mi­jał, a ja sie­dzia­łem na sta­rej po­czci­wej sof­ce, za­sta­na­wia­jąc się nad sen­sem ostat­nio prze­czy­ta­ne­go zda­nia: Ver­lan­ge, was du brauchst. Tak, to rów­nież wy­da­wa­ło się bar­dzo od­le­głe. Pra­gną­łem go zo­ba­czyć albo przy­najm­niej usły­szeć jego głos, jed­nak­że zda­wa­łem so­bie spra­wę, że jest to nie­re­al­ne, że nie mam pra­wa żą­dać cze­go­kol­wiek. Zna­łem wpraw­dzie jego nu­mer te­le­fo­nu, lecz ho­nor i oba­wa przed tym, by nie oka­zać się na­trę­tem po­zba­wio­nym tak­tu, nie po­zwa­la­ły mi sa­me­mu za­dzwo­nić. Czu­łem się okrop­nie. Tak, cier­pia­łem, choć głu­pio się do tego przy­znać. Do­tych­czas uwa­ża­łem się ra­czej za moc­ne­go go­ścia. Wal­czy­łem ze sobą na­praw­dę dłu­go, nim wresz­cie zde­cy­do­wa­łem się sam chwy­cić za słu­chaw­kę. Te­le­fon ode­brał ja­kiś chło­pak (przy­ja­ciel?). Dar­ka nie było w domu. Obie­cał prze­ka­zać mu moją proś­bę o kon­takt. Cóż, po­zo­sta­wa­ło te­raz tyl­ko cze­kać. Tym te­le­fo­nem wy­czer­pa­łem już osta­tecz­nie wszyst­kie moż­li­wo­ści. Je­śli Da­rek nie za­dzwo­ni ju­tro, po­ju­trze, bę­dzie to ozna­cza­ło, że nie za­le­ży mu na zna­jo­mo­ści ze mną. Praw­da ta bę­dzie z pew­no­ścią okrut­na, ale trud­no się dzi­wić - ja je­stem prze­cież rów­no­le­gle zwią­za­ny z Rosą i jak na ra­zie wca­le nie mam za­mia­ru z tego związ­ku zre­zy­gno­wać, on zaś jest zde­kla­ro­wa­nym ge­jem i pew­nie nie­co in­a­czej wy­obra­ża so­bie ukła­dy part­ner­skie, sam nie wiem. Do­dat­ko­wo kom­pli­ku­je sy­tu­ację fakt, że Da­rek zu­peł­nie nie wie, co do nie­go czu­ję. Po­dob­nie jak on, ja sam też nie je­stem zbyt wy­lew­ny. W kwe­stii uczuć ła­twiej mi pi­sać, niż mó­wić, na­wet przez te­le­fon. W cza­sie ostat­niej na­szej roz­mo­wy mó­wi­łem róż­ne rze­czy; ot tak, żeby coś mó­wić lub ra­czej, aby cze­goś in­ne­go nie po­wie­dzieć. Opo­wia­da­łem mu na­wet o dziew­czy­nie, któ­rą ostat­nio po­de­rwa­łem. Póź­niej zro­zu­mia­łem, że nie było to zbyt mą­dre i tyl­ko jesz­cze bar­dziej od­da­li­ło mnie od nie­go. Nie wie­dzia­łem już, co ro­bić. Z Ewą (tak mia­ła na imię) po­sze­dłem do łóż­ka tyl­ko po to, by spró­bo­wać za­po­mnieć na chwi­lę o nim. Tego oczy­wi­ście mu nie po­wie­dzia­łem. Tak więc Da­rek nie po­dej­rze­wa na­wet, jak bar­dzo mi na nim za­le­ży. Nie zdo­ła­łem prze­ła­mać pa­ra­li­żu­ją­ce­go stra­chu przed od­trą­ce­niem i za­ofe­ro­wać mu moją przy­jaźń, mi­łość, wszyst­ko. Ale czy zmie­ni­ło­by to co­kol­wiek? W koń­cu on pew­nie do mnie nic nie czu­je. Nasz kon­takt fi­zycz­ny, nie oszu­kuj­my się, wy­padł dość nie­zręcz­nie, ja­koś me­cha­nicz­nie. Mam pew­ne opo­ry w tym za­kre­sie i w grun­cie rze­czy wła­ści­wie sam nie bar­dzo wiem, cze­go pra­gnę. Bra­ko­wa­ło mi uczu­cia, tej odro­bi­ny ser­decz­no­ści z jego stro­ny. Ja sam zaś nie zda­wa­łem so­bie jesz­cze wte­dy spra­wy z siły ro­dzą­cej się mi­ło­ści i nie po­tra­fi­łem być czu­ły za nas obu.

Zro­bi­ło się dość póź­no. Ra­czej z przy­zwy­cza­je­nia niż z na­dziei na wia­do­mość od Dar­ka włą­czy­łem au­to­ma­tycz­ną se­kre­tar­kę i po­sze­dłem na spa­cer. Cho­dzi­łem po pu­stym o tej po­rze par­ku, snu­jąc się to tu, to tam. Do­bie­ga­ła pół­noc. Blask księ­ży­ca od­bi­jał się w za­mar­z­nię­tym sta­wie, roz­ta­cza­jąc wo­kół sre­brzy­stą aurę ułu­dy.

Da­rek nie za­dzwo­nił. Nie prze­szka­dza mi to jed­nak ko­chać go da­lej.

Mi­nę­ły ja­kieś trzy, może czte­ry ty­go­dnie. W tym cza­sie kil­ka razy upi­łem się z roz­pa­czy, ale by­łem twar­dy - w ża­den spo­sób nie pró­bo­wa­łem na­rzu­cać się Dar­ko­wi. Cią­gle jed­nak nie po­tra­fi­łem prze­stać my­śleć o nim. Nie prze­szka­dza­ło mi to, że był te­raz z kimś in­nym. Wręcz prze­ciw­nie, z ca­łe­go ser­ca pra­gną­łem, by ktoś prze­lał na nie­go moje uczu­cia. By­ło­by mi wte­dy ła­twiej o nim za­po­mnieć.

1990-1991

Wcho­dząc na pocz­tę, uj­rza­łem we­wnątrz Dar­ka przy au­to­ma­cie te­le­fo­nicz­nym. Wszyst­ko na­gle sta­ło się nie­waż­ne. Ko­cha­łem go nadal, lecz nie mo­głem prze­cież w miej­scu pu­blicz­nym rzu­cić mu się na szy­ję. Poza tym wca­le nie by­łem pe­wien, czy po­dzie­la moją ogrom­ną ra­dość z na­sze­go spo­tka­nia.

Da­rek bar­dzo się spie­szył, umó­wi­li­śmy się na te­le­fon.

wra­ca­jąc do domu

my­śla­łem so­bie

wkrót­ce na­dej­dzie wio­sna

są­siad­ka wy­nie­sie swo­je kwiat­ki na bal­kon

i bę­dzie się cie­szyć

im­pon­de­ra­bil­nym szczę­ściem

ja­kie nio­są ze sobą

pierw­sze pro­mie­nie słoń­ca

* * *

Było to do­brych kil­ka lat temu. Cho­dzi­li­śmy chy­ba jesz­cze do szko­ły. Nie, mie­li­śmy już let­nie wa­ka­cje. Tuż za ple­ba­nią, na ku­pie wie­leb­nych śmie­ci le­ża­ło wów­czas czter­na­ście bla­sza­nych im­bry­ków i duży, pe­łen se­kre­tów noc­nik. Nie­raz, szu­ka­jąc śla­dów bo­skiej świet­no­ści, za­cho­dził tu ksiądz pro­boszcz i ba­dał sta­ran­nie te za­rdze­wia­łe skar­by.

Dziś w nocy by­li­śmy tu sami - Kry­sty­na, G. i ja. Na­szej trój­ce to­wa­rzy­szył tyl­ko księ­życ do­bro­dziej. Wy­raź­nie za­chę­cał nas do opróż­nie­nia bu­kłacz­ka, w któ­rym przy­nie­śli­śmy piwo. Noc była par­na, al­ko­hol szyb­ko wcho­dził do gło­wy. Le­że­li­śmy, a ra­czej bez­tro­sko ba­rasz­ko­wa­li­śmy po pu­szy­stej mięk­kiej tra­wie. Było bar­dzo przy­jem­nie. Mia­łem kil­ka or­ga­zmów.

Póź­niej, gdy już zu­peł­nie opa­dłem z sił, pa­nie po­zo­sta­wi­ły mnie w spo­ko­ju albo to ja sam zdo­ła­łem się ja­koś od nich uwol­nić, nie pa­mię­tam. Sia­dłem z boku i pa­trzy­łem, jak one ro­bią to da­lej same. Po­czu­łem się cał­kiem nie­po­trzeb­ny, ni­czym jesz­cze je­den dziu­ra­wy im­bryk. Może to wła­śnie wte­dy po raz pierw­szy za­pra­gną­łem spró­bo­wać sek­su z chło­pa­kiem?

* * *

Umó­wi­łem się z Dar­kiem u mnie w miesz­ka­niu. Miał przyjść oko­ło trze­ciej po po­łu­dniu. My­śla­łem, że zje­my ra­zem obiad. Nie po­ja­wił się w ogó­le, na­wet nie za­dzwo­nił. Było mi bar­dzo smut­no. Nie po­tra­fię się jed­nak na nie­go gnie­wać. Mimo wszyst­ko mam na­dzie­ję, że jesz­cze się kie­dyś spo­tka­my.

Na­stęp­ne­go dnia rano jadę po­cią­giem. Na­prze­ciw­ko mnie sie­dzi chło­pak z dziew­czy­ną. Ona jest dość ład­na, on też ma wie­le uro­ku. Nie wiem, któ­re z nich dwoj­ga po­do­ba mi się bar­dziej. Gdy na nich pa­trzę, jak sie­dzą przy­tu­le­ni, cie­szę się, że są ze sobą szczę­śli­wi. Jed­no­cze­śnie ja sam czu­ję się ja­koś nie­swo­jo; chciał­bym, by Rosa była te­raz przy mnie. W pew­nym mo­men­cie wzrok chło­pa­ka krzy­żu­je się z moim. Jest w tym coś nie­okre­ślo­ne­go; jego spoj­rze­nie za­wie­ra py­ta­nie, na któ­re nie umiem w tej chwi­li, a może nie chcę od­po­wie­dzieć. Nie wiem, co ro­bić. Wy­cho­dzę z prze­dzia­łu. Po­ciąg jest pra­wie pu­sty, tak więc bez tru­du znaj­dę so­bie inne miej­sce. Nie spie­szę się z tym jed­nak. Za­trzy­mu­ję się na ko­ry­ta­rzu i uchy­lam okno. Chłod­ne po­wie­trze dzia­ła orzeź­wia­ją­co. Po­ciąg mo­no­ton­nie pły­nie w po­ran­nej mgle. Gdzieś w od­da­li na łące pa­sie się bez­tro­sko ja­kaś kro­wa, może dwie. Pa­trzę na prze­su­wa­ją­cy się przed ocza­mi kra­jo­braz i nie my­ślę już o ni­czym. Ot, jadę. Nie trwa to jed­nak dłu­go. Po chwi­li pod­cho­dzi do mnie chło­pak z prze­dzia­łu.

- Za­pa­lisz? - Pod­su­wa mi otwar­tą pacz­kę pa­pie­ro­sów.

Mam te­raz oka­zję przyj­rzeć mu się uważ­niej. Jest rze­czy­wi­ście ład­ny, a przy tym spra­wia dość nie­win­ne wra­że­nie. Z pew­no­ścią jest tro­chę młod­szy ode mnie - może mieć dwa­dzie­ścia, naj­wy­żej dwa­dzie­ścia dwa lata, nie wię­cej.

- A two­ja dziew­czy­na? - Ru­chem gło­wy wska­zu­ję prze­dział. - Nie bę­dzie jej smut­no?

- Ona nie pali, poza tym... - wzru­sza ra­mio­na­mi i uśmie­cha się dość wy­mow­nie, kła­dąc przy tym rękę na moim ra­mie­niu.

Czu­ję, że jego cia­ło drży, zda­je się, jak­by nie­śmia­ło szep­tać:

- Weź mnie!

Pa­trzę w jego oczy. Są ufne, wy­cze­ku­ją­ce. Czu­ję, że nie po­tra­fię mu od­mó­wić; zresz­tą, dla­cze­go miał­bym to zro­bić?

Po­szli­śmy ra­zem do klo­pa. Było eks­tra. Wspa­nia­le cią­gnął la­skę; cie­ka­we, gdzie się tego na­uczył? Nig­dy póź­niej już się nie spo­tka­li­śmy. Nie wiem na­wet, jak miał na imię. Je­stem mu bar­dzo wdzięcz­ny. Dzię­ki nie­mu zdo­ła­łem wresz­cie uwol­nić się od Dar­ka, zro­zu­mia­łem, że świat się na nim nie koń­czy. Nie zna­czy to wca­le, że Da­rek na­gle stał mi się cał­kiem obo­jęt­ny. Nie, od­zy­ska­łem tyl­ko psy­chicz­ną rów­no­wa­gę, prze­sta­łem za nim sza­leć. Nadal ży­czę mu jak naj­le­piej i szcze­rze pra­gnę jego szczę­ścia.

Nur nicht aus Lie­be we­inen,

es gibt auf Er­den nicht nur den einen.

Es gibt so vie­le auf die­ser Welt

ich lie­be je­den, der mir ge­fällt!1

* * *

By­łem na ze­bra­niu ciot wo­ju­ją­cych. Szko­da słów - ist­ny ba­zar, chwi­la­mi na­wet gro­te­ska. Dwóch ją­ka­ją­cych się nie­bo­ra­ków o pre­zen­cji nie­god­nej na­wet ko­men­ta­rza pro­wa­dzi­ło agi­ta­cję do pe­dal­skie­go kół­ka te­atral­ne­go. Cóż, moż­na i tak.

Za­raz po ze­bra­niu po­je­cha­li­śmy w kil­ka osób (były też les­bij­ki) na Żo­li­borz do ciot­ki W. na ko­la­cyj­kę. Ciot­ka ta udzie­la­ła się wów­czas w ru­chu ho­mo­sek­su­al­nym i mia­ła w związ­ku z tym dość sze­ro­kie kon­tak­ty. Nie wiem, jak ona to ro­bi­ła, ale za­wsze po­tra­fi­ła zwa­biać do sie­bie cał­kiem nie­zły to­war. Była przy tym nie­ste­ty wy­jąt­ko­wo nie­cie­ka­wa: gru­ba, prze­gię­ta, roz­plot­ko­wa­na i po­twor­nie zło­śli­wa. Przyj­mu­jąc za­pro­sze­nie, mia­łem na­dzie­ję po­znać u niej ja­kie­goś faj­ne­go chło­pa­ka. Tak też się i sta­ło.

Po­zna­łem dwóch - Ra­fa­ła i Jur­ka. Chłop­cy ci byli ze sobą ra­zem od czte­rech mie­się­cy. Sta­no­wi­li ślicz­ną parę. Było to w pew­nym sen­sie nie­zwy­kłe spo­tka­nie. Ju­rek jest do­kład­nie o 23 mi­nu­ty młod­szy ode mnie. Uro­dzi­li­śmy się w tym sa­mym szpi­ta­lu. Nie­sa­mo­wi­te! Fi­zycz­nie nie je­ste­śmy do sie­bie po­dob­ni. Ju­rek jest niż­szy, drob­nej bu­do­wy cia­ła i w żad­nym wy­pad­ku nie wy­glą­da na swo­je 25 lat. Ra­fał od­wrot­nie, jest nie­mal 3 lata młod­szy, lecz spra­wia wra­że­nie dużo star­sze­go. Nie ma to jed­nak dla mnie zna­cze­nia. Obaj są uro­czy.

Idzie­my we trzech ra­zem uli­cą.

- Czu­ję się męż­czy­zną - mówi z pew­no­ścią sie­bie Ra­fał.

- A ja je­stem chłop­cem - bez­tro­sko wy­zna­je Ju­rek i ta­jem­ni­czo uśmie­cha się, rzu­ca­jąc mi nie­win­ne spoj­rze­nie, jak­by coś już pla­no­wał.

Ja nic nie mó­wię. Do­cho­dzi­my do mnie do domu. Co­raz bar­dziej czu­ję, że Ju­rek ma rów­nież ocho­tę spę­dzić tę noc ze mną. Po­do­ba­ją mi się obaj. Sta­ram się jed­nak o tym nie my­śleć, ma­jąc w pa­mię­ci nie tak daw­ne cier­pie­nia zwią­za­ne z Dar­kiem. Boję się wy­bu­chu no­wej mi­ło­ści bez szan­sy na urze­czy­wist­nie­nie. Poza tym Ra­fał jest bar­dzo za­bor­czy. Nie chciał­bym go zra­nić, ni­czym so­bie prze­cież na to nie za­słu­żył.

W koń­cu on też mi się po­do­ba. By­ło­by miło zro­bić to we trój­kę. Nie­ste­ty, Ra­fał robi sce­nę za­zdro­ści i od­cho­dzi. Psu­je nam to na­strój. Jest mi au­ten­tycz­nie przy­kro, a Ju­rek mru­czy coś pod no­sem, że cze­ka go ju­tro okrop­ny dzień. Za oknem roz­le­ga się jesz­cze kil­ka­krot­ne roz­pacz­li­we wo­ła­nie Ra­fa­ła:

- Ju­rek! Ju­rek!