Atak rekina - Bear Grylls

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Beck Gran­ger wpa­try­wał się sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi w świa­tła, któ­re zda­wa­ły się go­ręt­sze niż słoń­ce na Sa­ha­rze. Czuł na so­bie set­ki za­cie­ka­wio­nych spoj­rzeń lu­dzi w stu­dio. Nie­raz pa­trzył nie­bez­pie­czeń­stwu w twarz, ale nic nie przy­go­to­wa­ło go na obec­ność w te­le­wi­zji na żywo. Ani ja­do­wi­te węże, ani su­ma­trzań­ski ty­grys, ani na­wet czy­ha­ją­cy na jego ży­cie ban­dy­ci. Miał su­cho w ustach, w gar­dle, jego ję­zyk przy­po­mi­nał pas sztyw­nej skó­ry. Cała woda w or­ga­ni­zmie szła na pro­duk­cję potu, któ­ry za­le­wał mu wło­sy i pa­chy. Śmier­tel­ne prze­ra­że­nie wci­ska­ło go w krze­sło.

- Beck? - Przez jego spło­szo­ne my­śli prze­bił się głos. - Beck?

Po­wo­li prze­niósł wzrok na ko­bie­tę sie­dzą­cą na ka­na­pie na­prze­ciw nie­go.

Man­dy Bur­rows, go­spo­dy­ni Po­ran­ka z Man­dy, mu­sia­ła być mniej wię­cej w tym sa­mym wie­ku, w ja­kim by­ła­by jego mat­ka. Uśmiech mia­ła przy­ja­zny, głos ła­god­ny i za­chę­ca­ją­cy. Jed­na z ka­mer za jej ple­ca­mi na­je­cha­ła na jego twarz. Nad obiek­ty­wem świe­ci­ła się czer­wo­na lamp­ka, co ozna­cza­ło, że prze­ka­zy­wa­ła ob­raz na żywo. W tej chwi­li wpa­try­wa­ły się w nie­go ty­sią­ce wi­dzów talk-show.

Man­dy zwy­kle po­tra­fi­ła spra­wić, by jej go­ście się od­prę­ży­li i od­po­wie­dzie­li na pro­ste py­ta­nia. Prze­waż­nie jed­nak roz­ma­wia­ła z gwiaz­da­mi mu­zy­ki pop, ku­cha­rza­mi, pro­jek­tan­ta­mi, a nie spa­ra­li­żo­wa­ny­mi tre­mą na­sto­lat­ka­mi. Kie­dy wresz­cie uda­ło jej się przy­kuć uwa­gę chłop­ca, po­wtó­rzy­ła py­ta­nie:

- Beck, kie­dy po raz pierw­szy mu­sia­łeś wal­czyć o prze­trwa­nie?

- Yyy... - Się­gnął po szklan­kę, żeby ze­brać my­śli. Wuj Al, przy­go­to­wu­jąc go do wy­wia­dów na żywo, któ­rych sam swe­go cza­su udzie­lił wie­le, po­ra­dził mu: "Je­śli po­trzeb­na ci chwi­la, na­pij się wody". Dzię­ki temu, tłu­ma­czył, nie bę­dziesz sie­dział jak ta mu­mia, zwil­żysz gar­dło i skle­cisz sen­sow­ne zda­nie. Wszyst­ko po to, by nie zro­bić z sie­bie idio­ty na oczach wi­dzów. - Hm, chy­ba z ro­dzi­ca­mi... - Gdy po stu­dio po­niósł się chi­chot, uświa­do­mił so­bie, jak to za­brzmia­ło. Wy­si­lił się na uśmiech. - Nie, zna­czy, to nie z nimi mu­sia­łem się zma­gać, ale to oni za­bra­li mnie...

Da­lej już po­szło gład­ko. Mó­wił o swo­jej pa­sji, o przy­go­dach na ło­nie na­tu­ry, któ­re prze­żył ze swo­imi ro­dzi­ca­mi eko­lo­ga­mi.

- Ro­dzi­ce mo­gli po pro­stu zo­sta­wiać mnie pod opie­ką zna­jo­mych na czas wy­jaz­dów, ale nie chcie­li. Wo­le­li, że­bym do­ra­stał przy nich. Więc za­bie­ra­li mnie ze sobą. I kie­dy oni zaj­mo­wa­li się swo­imi waż­ny­mi spra­wa­mi, ja mia­łem oka­zję się uczyć. - Wzru­szył lek­ko ra­mio­na­mi.

Jed­nost­ka Zie­lo­na, or­ga­ni­za­cja, dla któ­rej pra­co­wa­li jego ro­dzi­ce, wy­sy­ła­ła ich w róż­ne za­kąt­ki glo­bu. Ich dzia­łal­ność przy­nio­sła wie­le ko­rzy­ści ca­łej pla­ne­cie i za­miesz­ku­ją­cym ją lu­dziom. Beck po­dą­żał za nimi, a przy oka­zji chło­nął wie­dzę. Kie­dy oni zaj­mo­wa­li się zwal­cza­niem kłu­sow­nic­twa w Bot­swa­nie, on uczył się od star­szy­zny ple­mien­nej, jak tro­pić zwie­rzę­ta w ko­tli­nie Ka­la­ha­ri. Gdy oni po­je­cha­li za koło pod­bie­gu­no­we w Fin­lan­dii, by zgłę­bić zie­lar­skie prak­ty­ki lecz­ni­cze La­poń­czy­ków, on uczył się znaj­do­wać po­ży­wie­nie i schro­nie­nie, by prze­trwać w prze­ni­kli­wym chło­dzie na śnież­nym pust­ko­wiu. Przez dłu­gi czas Beck my­ślał, że ta­kie ży­cie to coś nor­mal­ne­go.

Man­dy na­chy­li­ła się do nie­go. Jej twarz spo­waż­nia­ła, a głos nie­co się zni­żył. Wy­raź­nie uwa­ża­ła, że to, co za­raz po­wie, bę­dzie bar­dzo wni­kli­we i głę­bo­kie.

- Oczy­wi­ście, Beck, twoi ro­dzi­ce zgi­nę­li tra­gicz­nie, gdy by­łeś jesz­cze bar­dzo mło­dy - ale to nie był ko­niec two­ich przy­gód. Chcąc, nie chcąc... hm, zo­bacz­my, mia­łeś do czy­nie­nia z bos­sa­mi nar­ko­ty­ko­wy­mi w Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej, prze­myt­ni­ka­mi dia­men­tów w Afry­ce... Ży­jesz dość ry­zy­kow­nie jak na czter­na­sto­lat­ka! Nie są­dzisz, że po­nie­kąd świa­do­mie na­ra­żasz się, by do­rów­nać ro­dzi­com?

Beck po­czer­wie­niał. Jesz­cze nie­daw­no wy­da­wa­ło mu się, iż pra­wie po­go­dził się ze śmier­cią ro­dzi­ców. Aż na­gle, w Au­stra­lii, do­wie­dział się rze­czy, któ­re roz­ją­trzy­ły tę sta­rą ranę. Rze­czy, o któ­rych nie mógł mó­wić pu­blicz­nie. Nie chciał, żeby kto­kol­wiek mu o nich przy­po­mi­nał.

- To nie tak, że szu­kam kło­po­tów - sprze­ci­wił się. - Zna­czy, cho­dzę te­raz do zwy­kłej an­giel­skiej szko­ły, nie po­dró­żu­ję, no, tyl­ko w wa­ka­cje... - Man­dy kiw­nę­ła po­ta­ku­ją­co gło­wą, a on pod­jął: - Ja­koś tak wy­cho­dzi, że one znaj­du­ją mnie same. Wciąż na­ty­kam się na pro­ble­my, któ­re trze­ba roz­wią­zać. Ro­dzi­ce na pew­no by nie chcie­li, że­bym sie­dział bez­czyn­nie na czte­rech li­te­rach!

Jego ru­mie­niec po­głę­bił się, kie­dy naj­pierw dwie, a po­tem czte­ry pary rąk na wi­dow­ni za­czę­ły bić bra­wo. Na­raz całe stu­dio uto­nę­ło w okla­skach.

Man­dy znów się uśmiech­nę­ła.

- Dzię­ku­ję za roz­mo­wę. Beck Gran­ger, pro­szę pań­stwa.

Rozdział 2

- Bra­wo, Beck. Do­brze po­wie­dzia­ne!

Wuj Al cze­kał za ku­li­sa­mi. W te­le­wi­zo­rze wy­glą­da­ło to tak, jak­by Beck sie­dział w wy­god­nym sa­lo­nie z wi­do­kiem na Lon­dyn. Ale to był tyl­ko plan w stu­dio. Za nim znaj­do­wa­ły się ścia­ny ze sklej­ki, ka­ble i mo­ni­to­ry, mię­dzy któ­ry­mi krzą­ta­li się człon­ko­wie eki­py fil­mo­wej.

Wuj Al - a wła­ści­wie pro­fe­sor sir Alan Gran­ger - był opie­ku­nem Bec­ka od cza­su śmier­ci jego ro­dzi­ców. Ostat­nio peł­nił też funk­cję me­ne­dże­ra, za­rzą­dza­jąc racz­ku­ją­cą ka­rie­rą me­dial­ną opor­ne­go bra­tan­ka.

Wszyst­ko po­to­czy­ło się bły­ska­wicz­nie po jego po­wro­cie z Au­stra­lii. Za­darł tam z Lu­mo­sem, pod­stęp­ną kor­po­ra­cją zmie­rza­ją­cą do prze­ję­cia i ska­że­nia roz­le­głych ob­sza­rów Out­bac­ku1). Lumos w ogóle nie liczył się z tym, że zniszczy naturalne dzikie rejony stanowiące tradycyjne dziedzictwo Aborygenów. Przy okazji Beck dokonał bezcennego odkrycia archeologicznego - znalazł jaskinię pełną prehistorycznych malowideł naskalnych, o których wieść obiegła cały świat.

1) Słabo zaludnione rozległe pustynne, półpustynne lub górzyste obszary środkowej Australii (przyp. red.).

Beck spo­dzie­wał się, że spra­wa szyb­ko przy­cich­nie, ale ja­kiś re­por­ter sko­ja­rzył jego na­zwi­sko z in­nym in­cy­den­tem zwią­za­nym z Lu­mo­sem sprzed kil­ku lat. Kon­cern mu­siał wte­dy po­rzu­cić za­mia­ry prze­pro­wa­dze­nia od­wier­tów na zie­miach ple­mien­nych Ana­ków na Ala­sce po tym, jak Beck i jego przy­ja­ciel Ti­ka­ani na­gło­śni­li całą afe­rę w me­diach.

Re­por­ter do­dał dwa do dwóch, a Beck do­wie­dział się o tym do­pie­ro, gdy w sie­ci po­ja­wił się ar­ty­kuł pod ty­tu­łem CHŁO­PIEC KON­TRA KOR­PO­RA­CJA: KO­LEJ­NE ZWY­CIĘ­STWO. Z tek­stu moż­na było wy­wnio­sko­wać, że Beck spe­cjal­nie jeź­dzi po świe­cie, uda­rem­nia­jąc je­den nie­cny plan za dru­gim. A wca­le tak nie było. Lu­dzi jed­nak nie in­te­re­so­wa­ły fak­ty... Od tam­tej pory te­le­fon nie prze­sta­wał dzwo­nić.

PR-owcy Lu­mo­su, któ­rym od­da­no do dys­po­zy­cji wie­lo­mi­lio­no­wy bu­dżet, oraz za­trud­nie­ni przez kon­cern re­no­mo­wa­ni praw­ni­cy w po­cie czo­ła tu­szo­wa­li ja­kie­kol­wiek po­wią­za­nia z Be­ckiem. Ale to wzbu­dzi­ło tyl­ko jesz­cze więk­sze za­in­te­re­so­wa­nie opi­nii pu­blicz­nej. Czy Beck zgo­dził­by się na wy­wiad? Zdję­cie do cza­so­pi­sma? A może na­pi­sał­by książ­kę?

I wte­dy do ak­cji wkro­czył wuj Al. Umiał so­bie ra­dzić z me­dia­mi dzię­ki do­świad­cze­niom z Jed­nost­ką Zie­lo­ną i wła­sny­mi pro­jek­ta­mi te­le­wi­zyj­ny­mi. Al sta­no­wił pierw­szą li­nię obro­ny Bec­ka. Dbał o to, żeby nikt nie wy­ko­rzy­stał bra­tan­ka, nie oszu­kał go ani nie zmu­sił do cze­goś wbrew jego woli. Pil­no­wał też, żeby wszyst­kie gaże za­si­la­ły kon­to prze­zna­czo­ne na stu­dia Bec­ka, bo za­kła­dał, że chło­pak ze­chce kon­ty­nu­ować edu­ka­cję.

To Al prze­ko­nał go do tego wy­wia­du. "Mo­że­my po­ka­zać wi­dzom, kim na­praw­dę je­steś - po pro­stu zwy­czaj­nym chłop­cem!".

Beck nie był prze­ko­na­ny, czy to mu się uda­ło. Był za to cał­kiem pe­wien, że "zwy­czaj­ni" chłop­cy nie ro­bi­li ta­kich rze­czy jak on.

- "Nie są­dzisz, że po­nie­kąd świa­do­mie na­ra­żasz się, by do­rów­nać ro­dzi­com?" - wy­re­cy­to­wał Beck, prze­drzeź­nia­jąc eg­zal­to­wa­ny ton Man­dy i od­trą­ca­jąc rękę wuja, gdy ten zwi­chrzył mu wło­sy.

- Da­łeś świet­ną od­po­wiedź. Zdo­mi­no­wa­łeś wy­wiad. Wła­śnie tak się to robi.

- No nie wiem, wuj­ku - od­parł Beck i pchnął drzwi do gar­de­ro­by.

Za­trzy­mał się w pro­gu za­sko­czo­ny, wi­dząc w środ­ku ob­ce­go męż­czy­znę. Nie­zna­jo­my ze­rwał się z fo­te­la i ru­szył w jego stro­nę, mó­wiąc:

- Hej, ty mu­sisz być Beck! Co po­wiesz na wy­pad na Ka­ra­iby?

Rozdział 3

Beck za­mru­gał zdez­o­rien­to­wa­ny.

- Co, kie­dy, gdzie, jak?

- Daj mu tro­chę ode­tchnąć, Ste­ven - wuj upo­mniał przy­by­sza, choć nie wy­da­wał się za­sko­czo­ny jego wi­do­kiem. De­li­kat­nie we­pchnął Bec­ka do środ­ka.

Choć wło­sy miał ciem­ne i gę­ste, męż­czy­zna mu­siał być w wie­ku Ala. Ubra­ny był swo­bod­nie, choć ele­ganc­ko, w chi­no­sy2) i kurtkę z cielęcej skóry. Szeroki, lśniący uśmiech niegdyś spodobałby się Beckowi. Ostatnio jednak, obracając się w światku celebrytów, chłopak naoglądał się wiele tego typu uśmiechów i nauczył się im nie ufać.

2) Spodnie męskie o klasycznym kroju z miękkiego materiału, z dwiema ukośnymi kieszeniami z przodu i dwiema wpuszczanymi z tyłu.

- Wy­bacz, wy­bacz! - Męż­czy­zna cof­nął się z gra­cją, wciąż z tym wiel­kim uśmie­chem przy­kle­jo­nym do twa­rzy, i uniósł ręce w ge­ście ka­pi­tu­la­cji. - Nie chcia­łem cię sta­wiać pod ścia­ną. - Skrzy­wił się lek­ko, ale jego oczy na­dal skrzy­ły się po­god­nie.

Al za­mknął za nimi drzwi.

- Beck, po­znaj mo­je­go sta­re­go przy­ja­cie­la, Ste­ve­na Hol­bro­oka...

To wy­star­czy­ło, by uspo­ko­ić Bec­ka. Ni­g­dy wcze­śniej nie sły­szał tego na­zwi­ska, lecz Al nie na­zwał­by ko­goś "sta­rym przy­ja­cie­lem", gdy­by ten ktoś nie był ab­so­lut­nie god­ny za­ufa­nia.

- Cie­szę się, że mo­głeś przyjść, Ste­ven - pod­jął Al. - Tak mi przy­kro z po­wo­du Pau­li.

- Och... Dzię­ki. - Twarz męż­czy­zny po­ciem­nia­ła. Co­kol­wiek sta­ło się z ta­jem­ni­czą Pau­lą, mu­sia­ło być to dla nie­go bar­dziej bo­le­sne, niż chciał po­ka­zać. Za­raz jed­nak znów uśmiech­nął się sze­ro­ko do chłop­ca. - Beck, mu­szę ci po­wie­dzieć, że moja cór­ka sza­le­je z za­zdro­ści. Po­wie­dzia­łem jej, że będę się z tobą wi­dział i bła­ga­ła mnie, że­bym ją za­brał. Ale ma tyl­ko sześć lat, więc po­my­śla­łem, że waż­niej­sze, by nie opusz­cza­ła lek­cji, mam ra­cję?

Ten uśmiech był za­raź­li­wy i Beck po­czuł, jak prze­no­si się na jego twarz. Zdu­sił go. Na­dal chciał się do­wie­dzieć, o co wła­ści­wie cho­dzi.

Al i Ste­ven wy­mie­nia­li nie­co skrę­po­wa­ne spoj­rze­nia, jak­by zbie­ra­li się w so­bie, by po­wie­dzieć coś przy­kre­go; Ste­ven wy­raź­nie nie wpadł tu tyl­ko po to, żeby spo­tkać się z jego wuj­kiem. Tyl­ko co to mia­ło wspól­ne­go z Ka­ra­iba­mi?

- No więc, Beck, twój wu­jek mó­wił mi, że tro­chę do­skwie­ra ci pre­sja - cała ta sła­wa i ta­kie tam... Co po­wiesz na to, by ode­rwać się od tego wszyst­kie­go?

Beck nie za­mie­rzał nic mó­wić, do­pó­ki nie do­wie się cze­goś wię­cej. Po­słał Alo­wi py­ta­ją­ce spoj­rze­nie.

- Ste­ven re­pre­zen­tu­je fir­mę or­ga­ni­zu­ją­cą rej­sy tu­ry­stycz­ne. Dba o roz­ryw­kę dla pa­sa­że­rów. Za­trud­nia ze­spo­ły mu­zycz­ne i te­atral­ne...

- Pre­le­gen­tów... - do­dał Ste­ven, szcze­rząc się sze­ro­ko.

- ...i pre­le­gen­tów. - Al od­po­wie­dział mu uśmie­chem. - Wie­le lat temu an­ga­żo­wał mnie, że­bym za­ba­wiał dzia­nych Ame­ry­ka­nów opo­wie­ścia­mi o dzia­łal­no­ści Jed­nost­ki Zie­lo­nej w cza­sie, gdy pły­wa­li­śmy w kół­ko po Ka­ra­ibach.

- Wła­śnie za­czą­łem pra­cę w no­wej fir­mie, któ­ra or­ga­ni­zu­je ka­me­ral­ne rej­sy w tym sa­mym re­jo­nie. Szu­kam dla na­szych klien­tów cze­goś świe­że­go i nie­ty­po­we­go.

- Nie to co ja - rzu­cił Al tak au­to­iro­nicz­nie, że Beck mu­siał się za­śmiać.

- Ej no, je­steś cał­kiem nie­ty­po­wy!

- Och, dzię­ku­ję.

- Chcesz tę ro­bo­tę, Beck? - za­ofe­ro­wał Ste­ven. - Zbli­ża­ją się świę­ta, mo­że­my zro­bić to wte­dy, że­byś nie mu­siał opusz­czać za­jęć, a pie­nią­dze są znacz­nie lep­sze niż z roz­wo­że­nia ga­zet. Pły­nie­my z Mia­mi na Ber­mu­dy. Pięć dni w jed­ną stro­nę, pięć w dru­gą. Zdą­żył­byś wró­cić na Gwiazd­kę z wuj­kiem. - Beck słu­chał w mil­cze­niu. - W tym cza­sie dał­byś dwie, trzy po­ga­dan­ki. Opo­wie­dział­byś o so­bie, swo­ich do­świad­cze­niach i su­rvi­va­lu; mógł­byś też wspo­mnieć o Jed­no­st­ce Zie­lo­nej, ochro­nie śro­do­wi­ska, in­nych spra­wach, któ­re są dla cie­bie waż­ne. A po­nie­waż od­po­wia­dam za roz­ryw­kę w cza­sie rej­su, będę na miej­scu, gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wał. Co ty na to?

- Jak niby ma mi to po­móc się ode­rwać? - za­py­tał Beck po chwi­li za­sta­no­wie­nia.

Ste­ven znów bły­snął tym swo­im za­raź­li­wym uśmie­chem.

- Po­wiedz­my, że trze­ba być na­praw­dę ofiar­nym pa­pa­raz­zo, żeby ści­gać ko­goś aż na sta­tek wy­ciecz­ko­wy.

- Hm. - Beck uniósł brew i spoj­rzał na Ala. - Ty też się wy­bie­rasz?

- Ja? Nie. Wy­ko­rzy­stam tę oka­zję, żeby za­brać się za po­waż­ne ba­da­nia, sko­ro nie bę­dziesz mi się plą­tał pod no­ga­mi.

Beck znów się za­my­ślił. Choć po­do­bał mu się po­mysł spę­dze­nia prze­rwy świą­tecz­nej w tro­pi­kach, nie był do koń­ca prze­ko­na­ny. Lu­bił prze­by­wać na ło­nie na­tu­ry. A wy­ciecz­ko­wiec miał z na­tu­rą tyle wspól­ne­go co nic. Fil­tro­wa­na woda. Sil­ni­ki spa­la­ją­ce olej na­pę­do­wy. Od­grze­wa­ne po­sił­ki z za­mra­żar­ki. Krót­ko mó­wiąc, nud­no i bez­piecz­nie.

- Spo­koj­nie, nie utkniesz na po­kła­dzie. - Ste­ven naj­wy­raź­niej czy­tał mu w my­ślach. - Star­tu­je­my z Flo­ry­dy i po dro­dze bę­dzie­my się za­trzy­my­wać na róż­nych wy­sep­kach. By­łeś kie­dyś w Par­ku Na­ro­do­wym Ever­gla­des, Beck? Na­praw­dę war­to.

Nie, Beck ni­g­dy nie był w tym re­jo­nie. Miał świa­do­mość, że Ste­ven pró­bu­je go prze­ku­pić. Cie­ka­wi­ło go, czy ro­bił to świa­do­mie i wcze­śniej po­ra­dził się Ala. No ale... Ever­gla­des! Po­nad sześć ty­się­cy ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych ba­gien i mo­kra­deł na po­łu­dniu Flo­ry­dy za­miesz­ki­wa­nych przez nie­zli­czo­ne ga­tun­ki eg­zo­tycz­nych zwie­rząt. Obi­ło mu się o uszy, że przy­wra­ca­li mo­kra­dła do na­tu­ral­ne­go sta­nu po tym, jak w XX wie­ku pró­bo­wa­no je osu­szyć. Jed­nost­ka Zie­lo­na wło­ży­ła wie­le wy­sił­ku w uświa­do­mie­nie lu­dziom, jak wiel­kie szko­dy przy­no­sił taki dre­naż.

- Brzmi świet­nie - od­parł Beck z uśmie­chem rów­nie sze­ro­kim i pew­nym sie­bie. - Wcho­dzę w to!

Rozdział 4

Beck wy­dał z sie­bie ra­do­sny okrzyk, gdy wie­cha tra­wia­stej kło­ci śmi­gnę­ła le­d­wie pół me­tra od jego oczu. Cie­płe, wil­got­ne po­wie­trze wia­ło mu w twarz z pręd­ko­ścią sześć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę, nio­sąc ze sobą za­pach mi­lio­na ton ro­ślin­no­ści. Ever­gla­des!

Na pierw­szy rzut oka ba­gna wy­da­wa­ły się gę­ste jak traw­nik, jak­by moż­na było zwy­czaj­nie się po nich przejść. Ten "traw­nik" był jed­nak w rze­czy­wi­sto­ści cia­sno zbi­tym ziel­skiem wy­ra­sta­ją­cym z ciem­nej wody. Zwy­kła mo­to­rów­ka nie da­ła­by rady mię­dzy nim prze­pły­nąć, bo śru­ba w mig by się w nie wkrę­ci­ła. Po mo­kra­dłach moż­na było się po­ru­szać je­dy­nie w pła­sko­den­nej ło­dzi z za­mon­to­wa­nym z tyłu po­tęż­nym śmi­głem sa­mo­lo­to­wym na­pę­dza­nym ośmio­cy­lin­dro­wym sil­ni­kiem o mocy sze­ściu­set koni me­cha­nicz­nych. Ta­kiej jak ta, w któ­rej te­raz sie­dzie­li. Beck za­czy­nał ży­wić prze­ko­na­nie, że to naj­lep­szy śro­dek trans­por­tu nie tyl­ko na ba­gnach, ale i na ca­łym świe­cie. No do­bra, może nie da­ło­by się pod­je­chać nim do skle­pu, ale i tak był cza­do­wy.

Za­le­d­wie czter­dzie­ści osiem go­dzin temu Beck był w Lon­dy­nie - w prze­ni­kli­wie zim­ny sza­ry dzień wra­cał do domu ze szko­ły po za­koń­cze­niu se­me­stru. Dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny póź­niej do­tarł ze Ste­ve­nem Hol­bro­okiem na pod­zwrot­ni­ko­wą Flo­ry­dę, gdzie mie­li przejść akli­ma­ty­za­cję, za­nim wsią­dą na sta­tek. Nie mógł uwie­rzyć wła­snym oczom, gdy w cen­trum han­dlo­wym zo­ba­czył Świę­te­go Mi­ko­ła­ja ubra­ne­go w tra­dy­cyj­ny czer­wo­ny strój, oto­czo­ne­go przez dzie­ci w T-shir­tach i szor­tach.

Beck na­chy­lił się i pod­niósł głos, żeby Ste­ven mógł go usły­szeć.

- Lon­dyn się nie umy­wa!

Ste­ven kur­czo­wo trzy­mał się re­lin­gu. Jed­no oko miał za­mknię­te, dru­gie tyl­ko w po­ło­wie otwar­te, by wi­dzieć, do­kąd pły­ną. Męż­czy­zna zwy­kle wy­da­wał się my­śleć, że świat jest jed­nym wiel­kim żar­tem - za­zwy­czaj jego kosz­tem, ale to i tak było za­baw­ne. Do­pie­ro po chwi­li przy­po­mniał so­bie, żeby się uśmiech­nąć.

- Się wie! - zgo­dził się.

No do­bra, uznał Beck, Ste­ven nie lubi pły­wać z dużą pręd­ko­ścią ło­dzią, któ­ra wy­da­je się tak źle wy­wa­żo­na, że może się w każ­dej chwi­li prze­wró­cić.

Wy­ciecz­ka za­czę­ła się dość spo­koj­nie. Łaj­ba su­nę­ła po­wo­li na­tu­ral­nym ka­na­łem, a opie­ku­ją­cy się tu­ry­sta­mi straż­nik par­ku po­ka­zy­wał im flo­rę i fau­nę, w tym ali­ga­to­ry, któ­re cza­iły się tuż pod po­wierzch­nią albo wy­grze­wa­ły na ła­wi­cach, wy­glą­da­jąc jak ele­ment kra­jo­bra­zu, do­pó­ki się nie po­ru­szy­ły, oraz żół­wia­ki wy­le­gu­ją­ce się na kło­dach albo wy­sta­wia­ją­ce je­dy­nie sam ry­jek nad wodę. Było tu też wię­cej pta­ków, niż kto­kol­wiek po­tra­fił­by zli­czyć.

W koń­cu jed­nak na­de­szła chwi­la, na któ­rą Beck cze­kał. Ster­nik przy­spie­szył i łódź wy­pły­nę­ła na mo­kra­dła, mi­ja­jąc w za­wrot­nym pę­dzie tra­wia­ste kło­cie.

- Wła­ści­wie to jest rze­ka - straż­nik sta­rał się prze­krzy­czeć war­kot sil­ni­ka. - Woda nie stoi jak w praw­dzi­wym ba­gnie. Pły­nie bar­dzo po­wo­li z pół­no­cy na po­łu­dnie, a ro­ślin­ność ją fil­tru­je, więc jest czy­sta.

Tłu­ma­czył, że na te­re­nie par­ku nie ma su­che­go lądu, za wy­jąt­kiem ham­mocks - wy­se­pek na mo­kra­dłach, z któ­rych część wy­sta­je za­le­d­wie kil­ka cen­ty­me­trów nad po­ziom wody. Ła­two je za­uwa­żyć, bo za­zwy­czaj są po­ro­śnię­te drze­wa­mi. Przy­po­mi­na­ją za­gaj­ni­ki roz­rzu­co­ne po otwar­tej rów­ni­nie.

- Moż­na spo­tkać na nich roz­ma­ite zwie­rzę­ta - kon­ty­nu­ował straż­nik. - Dzi­kie świ­nie, szo­py pra­cze, je­le­nie. Nie­dłu­go na chwi­lę się za­trzy­ma­my...

Fak­tycz­nie, nie­ba­wem łódź przy­bi­ła do wy­słu­żo­ne­go po­mo­stu przy jed­nej z więk­szych wy­se­pek. Była oka­zja, by roz­pro­sto­wać nogi, sko­rzy­stać z to­a­le­ty i - co Beck za­uwa­żył z roz­ba­wie­niem, ale bez za­sko­cze­nia - ku­pić pa­miąt­ki. Sto­isko z upo­min­ka­mi przy­po­mi­na­ło chic­kee, czy­li tra­dy­cyj­ną sta­ni­cę do po­ło­wu ryb, na któ­rą skła­da się po­dest z drew­na pal­mo­we­go i cy­pry­so­we­go oraz wspar­ty na pa­lach spa­dzi­sty dach kry­ty li­ść­mi pal­my. Beck przy­znał jej punk­ty za au­ten­tycz­ność. Wi­dział po­dob­ne kon­struk­cje gdzie in­dziej. Na ca­łym świe­cie rdzen­ne ple­mio­na ży­ją­ce w re­jo­nach, któ­re, tak jak Flo­ry­da, były nę­ka­ne hu­ra­ga­na­mi, nie bu­do­wa­ły nic na sta­łe, wie­dząc, że na­stęp­na wi­chu­ra roz­nie­sie wszyst­ko w pył. Tego typu chat­ki dało się po­sta­wić w pół dnia.

Ste­ven pod­szedł do koń­ca po­mo­stu i za­marł, z od­ra­zą wpa­tru­jąc się w roz­cią­ga­ją­cą się przed nim roz­mo­kłą zie­mię. Sły­sząc śmiech Bec­ka, rzu­cił mu krzy­we spoj­rze­nie.

- Beck, one kosz­to­wa­ły ma­ją­tek! - jęk­nął, prze­no­sząc wzrok na no­wiut­kie za­mszo­we buty, któ­re ku­pił z my­ślą o póź­niej­szym rej­sie. - Są z cie­lę­cej skó­ry, a po­wszech­nie wia­do­mo, że cie­lę­ta się nie bru­dzą.

- Tak się to robi. - Beck sko­czył na bło­to i po­szu­rał no­ga­mi.

- Okej, okej. - Ste­ven zszedł ostroż­nie. - Wszyst­ko jest lep­sze niż ku­sze­nie losu na tym ustroj­stwie. - Za­tarł ręce. - No do­bra, to gdzie są kok­taj­le?

- Chy­ba wi­dzia­łem bar gdzieś tam. Po­da­wa­li je w, yyy, ko­ko­sach. Z, eee, czte­re­ma czy pię­cio­ma li­kie­ra­mi w róż­nych ko­lo­rach. I co naj­mniej trze­ma pa­ra­sol­ka­mi.

- I to ro­zu­miem, Beck! Za chwi­lę wra­cam.

Obaj wie­dzie­li, że może li­czyć co naj­wy­żej na cie­płą pusz­kę coli. Ste­ven ru­szył do chic­kee, a Beck sko­rzy­stał z oka­zji, żeby się do­brze prze­cią­gnąć. Kie­dy tak stał, wpa­tru­jąc się w kło­cie, usły­szał Ste­ve­na:

- Hej, Beck, spójrz!

Pod­szedł do nie­go, za­sta­na­wia­jąc się, co tak za­cie­ka­wi­ło męż­czy­znę, któ­ry przy­kuc­nął przy krza­kach. Kie­dy przyj­rzał się uważ­niej, aż gwizd­nął. To, co wy­glą­da­ło jak wiel­ka kępa zwię­dłej tra­wy, ru­sza­ło się, śli­zga­ło, od­wi­ja­ło. Mi­nę­ła chwi­la, za­nim zro­zu­miał, na co pa­trzy, a na­wet wte­dy jego mózg po­trze­bo­wał jesz­cze kil­ku se­kund na od­po­wied­nie prze­two­rze­nie ob­ra­zu. Wąż ma­sko­wał się nie­mal bez­błęd­nie.

To był py­ton, i to duży. Jego gru­be ciel­sko, sze­ro­kie jak ra­mię si­ła­cza, po­kry­wa­ły cęt­ki, któ­re przy­po­mi­na­ły ob­la­ne kar­me­lem kro­ple gorz­kiej cze­ko­la­dy. Łu­ski lśni­ły ni­czym do­brze wy­po­le­ro­wa­na skó­ra.

- Pięk­ny! - szep­nął chło­pak ze szcze­rym za­chwy­tem w gło­sie.

Znał się na wę­żach na tyle do­brze, by wie­dzieć, że ten nie był ja­do­wi­ty i rzad­ko ata­ko­wał lu­dzi; a na­wet je­śli zde­cy­do­wał­by się na atak, ru­szał się wol­no, więc wy­star­czy­ło się po pro­stu wy­co­fać. Do­pie­ro gdy­by uda­ło mu się ko­goś zła­pać, by­ła­by bie­da - taki duży okaz mógł za­du­sić do­ro­słe­go. Ste­ven naj­wy­raź­niej też o tym wie­dział, dzię­ki cze­mu zy­skał kil­ka punk­tów w oczach Bec­ka. Może i gry­ma­sił, że musi ubru­dzić buty, ale wie­dział coś o dzi­kiej przy­ro­dzie.

Ten osob­nik wy­raź­nie chciał, żeby zo­sta­wio­no go w świę­tym spo­ko­ju.

- Nie wie­dzia­łem, że na Flo­ry­dzie są py­to­ny - zdzi­wił się Beck.

- Bo nie ma - ode­zwał się straż­nik par­ku, pod­cho­dząc do nich. - A ra­czej nie było. Ale ja­kiś przy­głup za­czął im­por­to­wać je jako eg­zo­tycz­ne zwie­rza­ki i nie­któ­re ucie­kły albo wy­pusz­czo­no je, gdy zro­bi­ły się za duże i prze­sta­ły być słod­kie... i ni stąd, ni zo­wąd sta­ły się ga­tun­kiem in­wa­zyj­nym. Nie­źle dają po­pa­lić ali­ga­to­rom.

Za­czę­li się wo­kół nich zbie­rać inni tu­ry­ści, z "ocha­mi", "acha­mi" i bły­ska­ją­cy­mi fle­sza­mi. Py­ton po­ru­szył się i uniósł gło­wę. Wy­su­nął roz­wi­dlo­ny ję­zyk, ba­da­jąc tłum.

Beck wie­dział, że węże są wraż­li­we na drga­nia. Kie­dy wę­dru­je się przez te­ren, w któ­rym roi się od węży, naj­bez­piecz­niej jest cięż­ko stą­pać. To da im sy­gnał, żeby usu­nę­ły się z dro­gi, za­nim ktoś w ogó­le je za­uwa­ży. Ten gad uznał naj­wy­raź­niej, że nie po­do­ba­ją mu się drga­nia wzbu­dza­ne przez gru­pę roz­krzy­cza­nych, cy­ka­ją­cych fot­ki tu­ry­stów, i po­wo­li za­czął się od­wi­jać.

- Ej, ko­le­go, nie bój się. Nikt nie zro­bi ci krzyw­dy.

Nim Beck zdą­żył go po­wstrzy­mać, Ste­ven wy­cią­gnął rękę, by po­ła­sko­tać węża pod bro­dą. Py­ton cof­nął gło­wę, roz­warł pasz­czę i wbił zęby w dłoń.

Bohaterowie

Beck Granger

W wie­ku czter­na­stu lat Beck Gran­ger wie wię­cej na te­mat sztu­ki su­rvi­va­lu niż nie­je­den eks­pert woj­sko­wy. Wie­lu tri­ków gwa­ran­tu­ją­cych prze­trwa­nie na­uczył się od rdzen­nych lu­dów za­miesz­ku­ją­cych naj­bar­dziej od­le­głe miej­sca na świe­cie - od An­tark­ty­dy po afry­kań­ski busz - któ­re od­wie­dził wraz z ro­dzi­ca­mi i wu­jem Alem.

Wuj Al

Pro­fe­sor sir Alan Gran­ger jest jed­nym z naj­bar­dziej sza­no­wa­nych na świe­cie an­tro­po­lo­gów. Choć rola ju­ro­ra w re­ali­ty show przy­nio­sła mu nie­ocze­ki­wa­ną po­pu­lar­ność, dla Bec­ka i tak za­wsze po­zo­sta­nie on po pro­stu wu­jem Alem, któ­ry woli spę­dzać czas w la­bo­ra­to­rium przy mi­kro­sko­pie, niż ob­ra­cać się wśród bo­ga­tych i sław­nych. Wuj uwa­ża, że cier­pli­wość to cno­ta i wy­zna­je za­sa­dę "ni­g­dy się nie pod­da­waj". Przez ostat­nich kil­ka lat był opie­ku­nem Bec­ka, któ­ry za­czął go po­strze­gać jako dru­gie­go ojca.

David i Melanie Grangerowie

Ro­dzi­ce Bec­ka kie­ro­wa­li ope­ra­cja­mi spe­cjal­ny­mi dzia­ła­ją­cej na rzecz ochro­ny śro­do­wi­ska or­ga­ni­za­cji Jed­nost­ka Zie­lo­na. Wraz z Bec­kiem mie­li oka­zję spo­tkać lu­dzi ży­ją­cych w naj­bar­dziej nie­przy­ja­znych czło­wie­ko­wi re­jo­nach świa­ta. Beck wcze­śnie stra­cił ro­dzi­ców, ich awio­net­ka roz­bi­ła się w dżun­gli. Ciał ni­g­dy nie od­na­le­zio­no, nie wy­ja­śnio­no też przy­czy­ny wy­pad­ku...

James Blake

Ja­mes jest wy­so­ki, bar­czy­sty i rok star­szy od Bec­ka. Fa­scy­nu­je się na­uką i wie dużo na te­mat le­gend do­ty­czą­cych Trój­ką­ta Ber­mudz­kie­go, choć nie wie­rzy, że za za­gi­nię­cia w tym re­jo­nie od­po­wia­da­ją zja­wi­ska pa­ra­nor­mal­ne. Nie­chęt­nie dał się na­mó­wić na rejs swo­jej mat­ce, Abby, któ­ra chce, żeby Ja­mes pra­co­wał w ro­dzin­nej fir­mie, pod­czas gdy on sam skła­nia się ku eks­cy­tu­ją­ce­mu i peł­ne­mu przy­gód ży­ciu na ło­nie na­tu­ry.