Ałe głach! Wszyscy równi - Ryszard Marek Groński

Reflow text when sidebars are open.
WADIM PATRZYŁ NA LEŻĄCEGO W JEGO ŁÓŻKU CHŁOPAKA.
Wpółotwarte usta, ciemna plama włosów na piersi, płaski brzuch, po którym wędrowało światło przedzierające się przez rozsuniętą kotarę, obkurczony penis, pamiętający jeszcze szelest krwi.
Chłopak przekręcił się - szrama biegnąca przez lewy pośladek, wspomnienie przygody z dzieciństwa, szkła, płotu, upadku z karuzeli w wesołym miasteczku. Cień skrywający wrota otwierane nagłym wtargnięciem wywołującym zduszony jęk, finał programu w teatrzyku chłopaków grających scenę rozprawiczania niewiniątka. Wadim był ostrożny, nie pokazywał się tam, gdzie łatwo o szantaż, zaczepkę, pobicie. Stało się to jeszcze bardziej niebezpieczne po artykułach o "panach kochających inaczej" w opiniotwórczym tygodniku.
Wadim, biały Rosjanin, reżyser najpierw berlińskich, później warszawskich teatrzyków, zapewniał w wywiadach, że osiedlił się w Warszawie, bo Polki to najpiękniejsze kobiety Europy. Chętnie pokazywał się z gwiazdami scen teatralnych i kabaretowych w modnych lokalach. Na premierach i konkursach sezonowych kreacji. Te kobiety sprawiały, że łatwiej godził się z życiem i upływającym czasem. Był ich doradcą i powiernikiem sekretów. On sam polegał na zdaniu Emila Greisera, ważnej postaci w światku homo. Greiser był bogaczem. Mieszkał w pałacyku odziedziczonym po rodzicach razem z akcjami belgijskich i francuskich firm. Pozwalało mu to prowadzić żywot rentiera rozpuszczonego przez los. Miał ambicje literackie - tłumaczył awangardowych poetów, układał aforyzmy, wydawał snobistyczny miesięcznik, miejsce startu młodych. No a ponadto dzięki talentom organizacyjnym stał się odkrywcą i rozprowadzaczem chłopaków cieszących znajomych.
To Emil polecił Wadimowi chłopca, który właśnie zbudził się, patrząc na skłębioną pościel.
- O dziesiątej muszę być na próbie. Premiera za dwa tygodnie. - Wadim na chwilę przysiadł na łóżku. - Idź do łazienki, weź prysznic. Ja w tym czasie zaparzę kawę.
- Denerwujesz się tą premierą, widzę to. - Antek, takie imię miał chłopak, pogładził policzek Wadima.
- Dziwisz się? Mówią, że będzie wojna, Niemcy na nas uderzą.
- Bzdura. Nie odważą się. Nasza armia...
- Widziałem już większe armie w panice, w odwrocie.
Wadim wstał z łóżka, przeszedł do kuchni. Czuł się stary. Stary i otoczony przez spiskowców: wątrobę, kruchość naczyń, ranne zesztywnienie palców, milczenie telefonu. Wszyscy tańczą, on stoi pod ścianą - przerażała go taka wizja przyszłości.
Dobrze, że przynajmniej miał Antka.
Propozycja była zaskakująca.
Dawid puścił ją mimo uszu, przekonany, że się przesłyszał. Ale nie, znowu czuł zapach potu i widział gąbczastą twarz Maksa.
- Ogłuchłeś, człowieku, ja ci proponuję interes życia, a po tobie to spływa jak po kaczce.
Język Maksa, pełen skrótów, pożyczek z jidysz, przypomnień z rosyjskiego, wyobrażeń o niemieckim stanowił nieustające źródło inspiracji dla tekściarzy. Wpisywali je do swoich skeczy i monologów, a Maks, cóż, był dumny, że "mistrzuniowie", tak ich nazywał, o nim nie zapominają.
- Człowieku - Maks patrzył na Dawida, kołysząc się na palcach - to przecież nie ma sensu: handelek w teatrze, człapanina od garderoby do garderoby, bo a nuż ktoś kupi paczkę papierosów, kogutka od bólu głowy, miętówkę. Ja ci proponuję coś porządnego. Będziesz moim następcą, królem klakierów na procencie z kasy. Zapowiem wszystkim, że od jutra ty rządzisz.
Maks mówił dalej. Dawid zastanawiał się, czy klakier z wieloletnim stażem przypadkiem nie zwariował.
- Dlaczego się wycofujesz? Premiera nowego programu już niedługo.
- Żona. - Maks potarł niedogolony podbródek. - Jej mamunia, kawał cholery, dostała wylewu. Chyba z tego już nie wyjdzie. Jest mieszkanie, wielka landara w centrum Lwowa, sklep, który prowadziła ze wspólnikami. Trzeba się tym zająć, a czasy niespokojne. Ona mówi, ta moja żoneczka, że lepiej przeczekać we Lwowie. Odpocząć od alarmów, wycia syren, skakania z maską gazową jak zwariowany pasikonik.
- Wojna. - Dawid oparł kasetę z papierosami o parapet okna. - Hitler nie odważy się nas zaatakować. A jeśli się odważy, za tydzień wmaszerujemy do Berlina.
- Z pewnością. - Maks pokiwał głową. - Zdecydowałem się jednak na Lwów. No to jak - klakierujesz czy wolisz targać to pudło?
- A co z odstępnym, Maksiu?
- Poczekam, nie pali się. Ręka?
- Ręka.
- Zobaczysz, ci moi będą jeszcze bić brawo, że trafił się im taki puryc, ambicjoner jak ty.
Maks ruszył ciemnym korytarzem do wyjścia dla personelu, a Dawid pomyślał, że oto po raz pierwszy uśmiechnęło się do niego szczęście. Pochodził bowiem z wielkiej i rozgałęzionej rodziny pechowców. Mawiano, że kiedy pechowiec, szlemiel, przewraca się do tyłu, to łamie sobie nos. A gdy kupuje dwa bilety na loterię, jeden z nich wygrywa groszową sumę.
Dawid kręcący się po teatrze od porannej próby do wyjścia ostatniego aktora z trudem mógł wyżyć za to, co zarobił. Uciekając przed pechem z rodzinnego Kałuszyna, wyruszył do Warszawy. Minęło pięć lat i dalej mieszkał na Smoczej, w dawnym schowku na szczotki i wiadra, a jeśli wracały do niego jakieś wspomnienia, to były to obrazy przygotowań do szabasowej wieczerzy - wrzucanie przez matkę kamieni do garnków postawionych na kuchni. Woda gotowała się, podskakiwały pokrywki, wmawiając sąsiadom zaglądającym przez okna, że u nich w szabasowy wieczór będzie się jeść tak, jak Bóg przykazał. Potem, kiedy woda już ostygła, matka wyjmowała rozgrzane kamienie, owijała je w szmaty, wsuwała za szafę, by sięgnąć po nie znowu w piątek i znów zaspokoić dumę biedaków.
Dawid przycisnął się do ściany, schodząc z drogi Adzie Wiernickiej, gwieździe teatru Gong. Humorzasta była to gwiazda, świadoma swoich atutów i sukcesów - ról w filmach, okładek czasopism, ulicznej rozpoznawalności. Ciągnęła się za nią legenda o karierze: córka wozaka z Żelaznej pracowała jako pomoc w zakładzie fryzjerskim, myjąc głowy klientom i podśpiewując z nudów. Tam, we fryzjerni na Miłej, usłyszał ją i zobaczył podstarzały wodewilista. Nie miał wątpliwości: panna od fryzjera wywoła sensację. Widzowie zapamiętają blask zapalający się w jej ciemnych oczach, oświetlający twarz o wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych i ciężkich, jakby lekko nabrzmiałych, wargach. Ada śpiewała jak muzykalny anioł. Musiała tylko popracować nad dykcją. Uporała się z tym szybko i bez problemu.
Wodewilistę zastąpił w jej życiu architekt, później właściciel fabryki śrub i maszyn rolniczych. Aż w końcu po dziesiątkach oświadczyn i pustoszeniu kwiaciarni przyszła kolej na Adama Horna, najzdolniejszego z autorów mających zastąpić starą gwardię tekściarzy. Horn, obdarzony łatwością pisania i uchem do szlagwortów, zakochał się w Adzie. Ona też doszła do wniosku, że mogą razem zamieszkać - dobrze mieć szlagiermachera pod bokiem. O decyzji gwiazdy przesądził ostatni z prezentów, jaki dostała od Adama - dog o imieniu Czort. Czarny jak smoła, o rozkosznie różowym podniebieniu, pokazywanym z kompletem białych zębów, kiedy ziewał.
Wadim siedział w czwartym rzędzie wygaszonej widowni. Lampka zwana grzybkiem oświetlała pulpit, na którym leżał egzemplarz programu pokreślony reżyserskimi uwagami. Ada w trykocie cyrkówki z treserskim biczem w ręce skończyła swój numer i teraz czekała na uwagi. Ufała Wadimowi: potrafił wydobyć z aktora to, co zaskoczy publiczność, przeniesie ją w rzeczywistość występu.
- Kogo ty grasz? - Wadim przecierał szkła irchową szmatką. - Grasz hitlerówkę, brunatną cipę z Bundesmädchen. One są jak roboty, chcą maszerować w szeregu, zamiast kołysanek chcą śpiewać Pieśń Horsta Wessela, urodzić małego Adolfa. Ta twoja jest treserką ludzi. Tak jak w cyrku tresuje się zwierzęta. A ty robisz wszystko, by ocieplić jej postać. Pokazać dochodzącą do głosu kobiecość.
- Myślałam, że na widzach większe wrażenie zrobi takie rozdarcie, niejednoznaczność.
- Bzdura - przerwał jej Wadim, gasząc lampkę i znowu ją zapalając. - Masz grać bestię pozbawioną ludzkich uczuć, dumną z bicza i komend.
- Spróbuję to poprawić. Zostało jeszcze trochę czasu, zdążę. - Odwróciła głowę i usłyszała trzaśnięcie drzwi. Po bocznych schodkach wbiegł na scenę Adam Horn.
- Dopisałem kuplety na finał. - Pomachał złożonymi na pół kartkami. - Jakby co, pójdziemy na Berlin.
- A co z Moskwą, do Moskwy też się wybierasz? - Wadim zapalił lampkę.
- Tęskno ci do domu. - Adam mrugnął porozumiewawczo. - Zabierzemy cię, bądź spokojny. W twojej Matuszce Rosiji zapanuje wolność, swoboda...
- Wiesz, co to swoboda? - Wadim zgasił lampkę. - U nas powiadają, że swoboda jest wtedy, gdy ci mówią: Idi na chuj!, a ty idziesz, dokąd chcesz.
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji