Akceptacja - Lora Leigh

Reflow text when sidebars are open.
Absolutne szaleństwo. Najgorszy możliwy pomysł, jaki można sobie wyobrazić. Przez trzy lata wypierała się pragnień, wypierała się autentyczności własnych uczuć. Jeżeli wejdzie do tego pokoju, wszystko zmieni się już na zawsze.
Marey zatrzymała swój mały samochód na parkingu przed motelem i spojrzała nerwowo na zewnątrz. Czy wystarczy jej odwagi, żeby to zrobić? Czy naprawdę tam wejdzie i podda się wszystkim pragnieniom, które skrywała całe życie, a potem wyjdzie, jak gdyby to się nigdy nie wydarzyło?
Dłońmi nerwowo ścisnęła kierownicę, owinęła ją palcami i trzymała kurczowo, aż poczuła drżenie ogarniające całe ciało. Nie była pewna, czy powinna to zrobić. Zbyt wiele lat z tym walczyła. W przeciwieństwie do przyjaciółek, wesołej piątki, która zdecydowała się na małżeństwo z niesławnymi Trojanami, Marey wiedziała, że najprawdopodobniej nie będzie sobie w stanie z tym poradzić.
Tylko jedna noc, krzyczały do niej hormony. Jedna głupia noc szalonego, gorącego seksu, po co nad tym filozofować. Mogła to zrobić.
Mogła?
Oczywiście, że mogła. Miała trzydzieści pięć lat, nie dwadzieścia, i już od dłuższego czasu nie była dziewicą. To cholernie dobrze, uświadomiła sobie - Saxon Brogan mógł przecież przerazić dziewicę.
Oparła głowę o kierownicę, jęknęła żałośnie i próbowała zmusić się do wyjścia z samochodu. Czy nie tego właśnie chciała? - przypomniała sobie. Jednej gorącej, grzesznej nocy z mężczyzną ze swoich marzeń, zanim rzeczywistość obudzi się ze wschodzącym słońcem i Marey wróci do spokojnego, sterylnego życia, jakie prowadziła.
Dlaczego? Coś w niej nagle pękło. Dlaczego musiała wracać do pustki? Nie miała męża ani dzieci, ani rodziców, którzy mogliby ją przyłapać na jakimś nieprzyzwoitym postępku. Jedyne, co miała, to przyjaciele. Przyjaciółki, które jedna po drugiej wpadły w szpony stylu życia, którego Marey raczej nie rozumiała, ale też nie potępiała. I nie zanosiło się na to, żeby zrobiła coś nielegalnego.
Zignorowała przelotną myśl o bieliźnie, którą na sobie miała. A właściwie nie miała, dotarło do niej.
Możesz to zrobić. Podniosła głowę i przytaknęła stanowczo. Nie istniało prawo mówiące, że mężczyzna, który cię pieprzy, musi cię kochać, prawda? Oczywiście, że nie istniało. Poza tym ona kochała Saxa. Rzadko sama przed sobą się do tego przyznawała. Ukrywała to tak mocno, jak tylko możliwe.
Strach trzymał ją w niewoli od lat. Strach, że jej były mąż, Vince, kiedyś w końcu postrada zmysły i ją zabije. Bała się, że popełnia kolejny błąd, że tym razem jej serce za to zapłaci. Dumę już poświęciła - straciła ją przez zniszczone małżeństwo i wściekłość Vince'a. Ale serce, jeżeli Sax złamie jej serce, czy zdoła to przeżyć?
Odetchnęła ciężko. Musi to przetrwać. Do cholery, czekała już za długo. Fantazje mogą wypełniać swoją funkcję przez jakiś czas, a zabawki były kiepskim substytutem tego, o czym wiedziała, że na nią czeka.
Sax - ze swoim ekscentrycznym uśmieszkiem, ciemnymi oczami, głosem szepczącym o pożądaniu do niej. Widok jego dłoni, znacznie ciemniejszych od jej bladego ciała, przesuwających się po skórze, przynoszących przyjemność, jakiej wcześniej nie znała. Dominujący, silny, należał do ekskluzywnego klubu dla mężczyzn, którym nadano przydomek Trojanie. Lubili kontrolę, władzę, co więcej, praktykowali dzielenie się swoimi kobietami, doprowadzając je na wyżyny podniecenia. Jak głosiła plotka, później przez kilka kolejnych dni nie miały na nic sił.
Jej przyjaciółki wyszły za mąż za członków klubu. I chociaż wyciągnięcie od nich szczegółów było porównywalne z wyrywaniem zębów bez znieczulenia, zdołała dowiedzieć się wystarczająco dużo, żeby podsycić własne nocne fantazje.
Czy była dosyć odważna? Skoro mogła o tym fantazjować, to na pewno miała odwagę, żeby to zrobić. Iść do Saxa i zaakceptować rozkosz, jaka na pewno na nią czekała. Przekonać się, czy przyszłość jest możliwa, czy fantazje są jedynie bladym odbiciem rzeczywistości, czy może odwrotnie.
Oderwała palce od kierownicy, chwyciła małą torebkę i otworzyła drzwi samochodu, zanim zdążyła zmienić zdanie. Była dorosłą kobietą. Dojrzałą. I jeżeli istniał na tym świecie mężczyzna, który mógł wyłączyć jej bezpieczniki, to był nim właśnie Sax. Co z tego, że jej nie kochał, że nie miała u niego szans. Pragnął jej. Przynajmniej dziś w nocy mogła stać się kobietą, jaką chciała być, bez obawy o plotki albo prześladowanie.
Wyprostowała ramiona i przeszła przez parking, a potem schodami w górę na piętro. Pokój dwieście dwadzieścia dziewięć. Wyjęła kartę magnetyczną z bocznej kieszeni torebki i ścisnęła ją napiętymi palcami. Nerwy wstrząsały całym jej ciałem, pulsowały w krwioobiegu, a adrenalina dudniła narastającym dźwiękiem w uszach. Marey podeszła do drzwi i wzięła mocny, głęboki wdech.
Może to zrobić. Czekała tyle lat, pragnęła tego mężczyzny, chociaż bała się, że nie będzie mogła go zatrzymać. Poza tym była już prawie gwiazdka, no dobrze, raczej prawie Święto Dziękczynienia. W tym roku powinna zrobić dla siebie coś innego. Coś ostrego i szalonego, coś, co zostanie z nią na zawsze, bez względu na to, co przyniesie przyszłość.
Wsunęła kartę do elektronicznego zamka, poczekała, aż zapali się zielone światełko, i powoli nacisnęła klamkę.
Więc jednak mogła to zrobić. Popchnęła powoli otwarte drzwi i weszła do środka, po czym zatrzymała się zszokowana, sparaliżowana.
***
- Co się do cholery stało? - Wściekły Sax Brogan wszedł na oddział ratunkowy i zatrzymał się przed Jamesem Wymanem, który wstał z plastikowego krzesła i szybko wyszedł mu naprzeciw.
Chciał w coś uderzyć. W kogoś. Każdy mięsień w jego ciele napiął się, zacisnął impulsywnie, kiedy drugi mężczyzna podszedł.
Godzina spędzona na policji nie poprawiła mu humoru. Oskarżenie o napaść i próbę gwałtu było więcej niż szokujące. A kiedy dowiedział się, kogo rzekomo napadł, niemal stracił rozum.
Myślał jedynie o tym, żeby się do niej dostać, upewnić się, że wszystko w porządku, zobaczyć na własne oczy wyrządzone krzywdy.
- Odzyskała przytomność - wymruczał James, podchodząc. Gestem dłoni pokazał windy. - Ale podali jej środki uspokajające. Obrażenia nie są aż tak poważne, wstrząs mózgu jest raczej łagodny. Doktor uważa, że wszystko będzie w porządku.
- To jej stuknięty eks? - Brogan zacisnął pięści, powstrzymując wściekłość. Nie mógł w to uwierzyć. To było nieprawdopodobne.
- Niestety - westchnął James, kiedy weszli do windy. - Detektyw zadzwonił kilka minut temu. Trzymają go teraz w areszcie, ale nie wiem, czy to dobrze dla Marey, jeżeli cię teraz zobaczy.
Sax spojrzał na Jamesa z dezaprobatą. Śledczy powiedział mu, że Marey sama zadzwoniła na posterunek, potwierdzając jego niewinność i gwarantując zwolnienie.
- Ona ma świadomość, że znasz wszystkie szczegóły. Sądziła, że to z tobą spotka się w tym motelu - wyjaśnił cierpliwie. - Wiesz, jaka ona jest. Już za długo walczy z tym, co jest między wami. A to, co się wydarzyło, na pewno nie pomoże.
Sax milczał. Wpatrywał się w panel wyświetlacza windy, odliczający piętra, aż zabrzmiał przytłumiony sygnał i winda się zatrzymała.
Drań eksmąż odkrył jej słabość, tak jak wszyscy się tego spodziewali.
- Poradzi sobie z tym - powiedział w końcu, powstrzymując potrzebę przemocy. - Zaczynając od teraz.
Trzymał się z dala od niej, ponieważ ją szanował, ponieważ go o to poprosiła. Delikatny głos i łagodne szare oczy błagały, żeby jej nie naciskał, i nie zrobił tego.
Squire Port w Virginii, siedziba firmy Delacourte and Conover Electronics, była małą społecznością. Każdy przynajmniej znał z widzenia każdego, a wielu znało się całkiem dobrze. Delacourte Electronics wspierało przyjacielską, nieformalną atmosferę między pracownikami i ich rodzinami, dlatego Sax znał Marey od lat. Jeszcze przed kłopotliwym rozwodem, zanim wycofała się z życia towarzyskiego, a kontakt utrzymywała tylko z najbliższymi przyjaciółkami. Znał też jej byłego na tyle dobrze, żeby się spodziewać, że jakakolwiek relacja między nim a Marey zostanie zniszczona przez zaborczość i niepoczytalność tego mężczyzny.
- Skąd wiedział, że może wykorzystać moją osobę? - Zatrzymał się w szpitalnych drzwiach, mówił cicho i jeszcze raz spojrzał na Jamesa.
Sax w ciągu ostatnich lat był ostrożny, bardzo ostrożny, uszanował życzenie Marey i trzymał się od niej z daleka. Nie podobało mu się to. Do diabła, nienawidził tego z całego serca, ale szanował jej prośbę. Więc jakim sposobem Vince odkrył, że Marey odpuści sobie ostrożność i zgodzi się na sekretną schadzkę z Saxem?
- Nie wiemy. - James potrząsnął głową, wepchnął ręce do kieszeni spodni i spojrzał na niego z powagą. - Po prostu nie wiemy. Policja znalazła notatkę - podpisaną przez ciebie - z prośbą o spotkanie w tamtym pokoju. Jej krzyki zaalarmowały parę w pokoju obok, zadzwonili po policję. Kiedy ją znaleźli, była nieprzytomna. On chyba chciał ją zabić.
A winę za zbrodnię zrzucić na Saxa. Skurwysyn. Przejechał dłonią po ogolonej głowie i westchnął ciężko.
- Muszę się upewnić, że wszystko u niej w porządku - powiedział ochryple, w gardle ścisnęło go z bólu na myśl o tym, co przeszła. - Muszę ją zobaczyć.
- Wiedziałem, że musisz - przytaknął powoli James. - Kiedy się obudziła i Terrie wytłumaczyła jej, co się stało, była przerażona. Sama zadzwoniła na policję. Ale od tego czasu nie powiedziała zbyt dużo. Wie, że przyjdziesz.
Przytaknął i sięgnął do klamki. Przekręcił powoli gałkę, popchnął drzwi i wszedł cicho do środka.
Terrie, bratowa Jamesa, wstała. Twarz miała jeszcze wilgotną, a oczy zaczerwienione, gdy na niego spojrzała.
- Wejdź - wyszeptała, spoglądając na przykryte prześcieradłem łóżko. Sax mógł dostrzec tylko dolną część. - Na razie odpoczywa.
Wszedł do pokoju i ruszył powoli w kierunku łóżka.
- Poczekam na zewnątrz. - Poklepała Saxa delikatnie po ramieniu, gdy go mijała.
Kiedy drzwi się zamknęły, odwrócił się i przełknął ciężko ślinę, zanim zmusił się, żeby spojrzeć, jak bardzo Marey została poszkodowana.
Boże, miej w swojej opiece tego drania, pomyślał, kiedy zobaczył jej twarz, bo zamierzam go zabić. Twarz była potwornie posiniaczona, oczy i wargi - opuchnięte. Sax modlił się, żeby Vince Clayton nie zdołał wyjść z więzienia, bo jeżeli tak się stanie, będzie martwy.
Miękkie, jasne blond włosy otaczały jej twarz. Wiedział, że to delikatnie zaokrąglona twarz osoby dociekliwej, upartej.
- Raczej kiepsko, prawda? - Głos miała zachrypnięty, wycieńczony. Otworzyła oczy, delikatna szarość była niemal niewidoczna spod opuchniętych powiek.
Zrobił wszystko, co mógł, żeby się opanować, powstrzymać się. Chciał wziąć ją w ramiona, trzymać mocno przy piersi i przysiąc, że nie pozwoli, żeby to się powtórzyło. Że ją ochroni, zapewni bezpieczeństwo. Ale był wystarczająco mądry, żeby wiedzieć, że ona tego nigdy nie zaakceptuje.
- Zabiję go, Marey. - Wbił dłonie do kieszeni i zacisnął je w pięści, spalała go wściekłość. - Przysięgam, że zabiję drania.
Przyspieszył jej oddech i skrzywiła się boleśnie.
- To moja wina. - Łzy przytłumiły jej głos. - Powinnam była wiedzieć lepiej. - Gorzki śmiech wyrwał się jej z gardła. - Głupio zrobiłam, że nie potwierdziłam tego z tobą.
Podszedł do brzegu łóżka, w piersi ścisnęło go z emocji. Nie mógł uwierzyć w to, co się stało, nie mógł sobie wyobrazić, że ktoś mógł zrobić jej coś takiego.
Powoli usiadł na krześle obok, zdjął marynarkę i zwiesił ramiona, po czym westchnął ze znużeniem.
- Rozważałem coś takiego raz czy dwa razy - przyznał w końcu z grymasem. - Właściwie moją ulubioną fantazją było porwanie cię i przywiązanie do mojego łóżka na tydzień.
Krótki, półprzytomny śmiech wyrwał się jej z gardła. - Trojanie i ich bicze i łańcuchy - powiedziała z lekkim westchnieniem.
Podniósł jej dłoń. Zauważył, że się wzdrygnęła, kiedy to zrobił. I nie była to reakcja na ból.
- Nie. - Odsunęła się od niego i przełknęła mocno. - Przykro mi z powodu tego, co się stało. Po prostu mi przykro. Ale nie mogę...
- Przyjechałaś do tego motelu, myśląc, że ja tam będę - powiedział łagodnie, patrząc na delikatne kremowe ciało w uchwycie swojej dużo ciemniejszej dłoni. - Nie spodziewałem się tego, w przeciwnym razie miałbym cię już dawno temu. Teraz nie możesz się wycofać.
- Już to zrobiłam. - Pomimo lekarstw i bólu jej głos był stanowczy.
- Może ci się tak wydawać. - Jeszcze raz podniósł jej rękę, trzymał ją mocno palcami, spojrzała na ich złączone dłonie. - Ale ja, Marey, potrafię być nieustępliwy. Nie pozwolę ci teraz odejść, nie po tym, czego się dowiedziałem.
W jej oczach pojawiła się panika.
- A on już nigdy więcej cię nie skrzywdzi. - Pochylił się bliżej i spojrzał na nią uważnie, pulsowała w nim determinacja. - Słyszysz mnie? Ten drań nigdy więcej cię nie dotknie. Żeby to zrobić, musiałby najpierw poradzić sobie ze mną. Jesteś moja i kiedy stąd wyjdziesz, zamierzam wziąć to, co do mnie należy, Marey. Każdy słodki centymetr ciebie. Moja.