Prezentacje to sztuka. Sztuka multimedialna: mamy dźwięk i obraz. Sztuka także w znaczeniu przedstawienia teatralnego: jest aktor, scenografia, widzowie i historia do opowiedzenia.
By nasze przedstawienie zakończyło się sukcesem, wszystkie jego składowe muszą współgrać. Przez współgranie rozumiem, że mają się wspomagać, a nie dominować. Scenografia nie może odwracać uwagi od aktora, nie może go przytłoczyć, ma być odpowiednia do każdego momentu opowiadanej historii. Zaś historia do opowiedzenia musi być odpowiednia dla widzów, tak by ich nie zanudzić ani oczywistością, ani trudnością w odbiorze.
Poza formą musi być treść. Bez treści forma jest bezużyteczna, tracą czas i aktor, i widzowie. Historia zaś musi być tak zbudowana, by wynikające z niej przesłanie stało się jasne dla widzów oraz było dla nich przekonujące, by wreszcie coś im dało.
Z powyższego wstępu widać, że sztuka prezentacji nie polega tylko na przygotowaniu ładnych i bogatych w treść slajdów. Jest wręcz odwrotnie! Slajdy to główny element scenografii. Jeśli będą one ,,samokomentujące się′′, to prelegent, czyli aktor stanie się zbędny, a przecież nie o to chodzi. Jak wywrzeć pozytywne wrażenie zmuszając widzów do czytania całych akapitów z ekranu? Podobnie odczytywanie z ekranu tekstu, którzy widzowie mogą sami odczytać, nuży obie strony. Przypomnijcie sobie prezentacje, w których uczestniczyliście: ile z nich Was uśpiło i znużyło, ale ile zapadło Wam w pamięć.
Nam chodzi o przedstawienie swojego poglądu, produktu, siebie i wywołaniu zamierzonego wrażenia. By być przekonywującym, trzeba okazać swoje emocje i swoją pasję. Jeśli to, co chcemy powiedzieć, jest prawdą, wierzymy w to, o czym mówimy, to będzie nam łatwiej pozyskać widzów. Jeśli do tego trafimy z przesłaniem w ich oczekiwania i potrzeby, to jesteśmy blisko sukcesu. Lecz miejmy w pamięci zasadę mniej znaczy więcej i nie znużmy ani nie zamęczmy widzów. Lepiej, by odczuli niedosyt i sami zaczęli zadawać pytania niż zasnęli.
Nie każdy jest urodzonym aktorem i grafikiem, ale niewielkim nakładem pracy każdy może stać się dobrym rzemieślnikiem. W zalewie domorosłych prelegentów mordujących widzów slajdami i monotonnym marudzeniem, na pewno zostanie to dostrzeżone i odpowiednio nagrodzone.
Ale o czym jest ta książka? Właśnie o tym, jak z nudnej prezentacji zrobić ciekawą. Autor podchodzi do prezentacji całościowo, ale punkt ciężkości położony jest na slajdach. Książka stanowi punkt startu, daje pewne podstawy i kwestie do przemyślenia. Przy okazji poznamy nazwiska znanych prezenterów, ich mądre stwierdzenia oraz garść japońskich przysłów.
By stać się prezenterem, trzeba polubić swoich słuchaczy i tak przeprojektować swoje slajdy, tak opowiedzieć historię, by widzowie chcieli posłuchać raz jeszcze. By tak się stało, należy przeczytać tę książkę (inne też nie zawadzą), przemyśleć i wziąć się do pracy. Na wyniki nie trzeba długo czekać, a najdłuższe oklaski po prezentacji są bardzo miłą nagrodą, czego Wam życzę.
Na koniec tradycyjna łyżka dziegciu. Zgodnie z dopiskiem na okładce, książka jest w kolorze, dzięki czemu możemy podziwiać zdjęcia i oglądać mniej lub bardziej interesujące slajdy w ich oryginalnych barwach. Choć według mnie, ta książka nie straciłaby nic na przekazie, gdyby była w odcieniach szarości.
Natomiast książki o obróbce zdjęć czy instrukcje do programów graficznych wydane w szarościach, bez kolorowych lub przynajmniej dobrej jakości czarno-białych wkładek, to moim zdaniem jest niezbyt sensowny i nieudany skok o 60-70 lat wstecz.
Dragonia Magazine Tomasz Łuczak