Przyznaję, że czuję się bardzo niekomfortowo, podejmując dyskusję z Andrzejem A. Mroczkiem – autorem podręczników fotograficznych, którego cenię zarówno za wiedzę, jak i za talent popularyzatorski. Uprzedzę też od razu, że „Zdjęcia cyfrowe w oświetleniu zastanym” uważam za książkę w znacznej części ciekawą i wartościową, ale w pewnych aspektach mocno dyskusyjną. I na tych spornych kwestiach skupię się w recenzji, aby czytelnicy książki mogli – jeśli uznają moje racje – ominąć treści wątpliwe, a skorzystać z tego, co w książce Andrzeja Mroczka przydatne i interesujące.
Flesz jest be
Zastrzeżeń do „Zdjęć cyfrowych w świetle zastanym” mam kilka, o różnym ciężarze gatunkowym. Zacznę od rzeczy najpoważniejszej – generalnego założenia, które legło u podstaw powstania książki, a które autor wyraża kilkukrotnie na jej łamach, np. zaraz na początku: „po co oślepiać kogoś błyskiem, jeśli bez błyskania […] można zrobić fotografie nie tylko pozbawione widocznych błędów, ale znacznie bardziej fascynujące” (s.28). W skrócie: nieużywanie lampy błyskowej daje lepsze, atrakcyjniejsze efekty niż jej użycie. Nawet użycie umiejętne, nawet przy zastosowaniu błysku odbitego czy lampy zdjętej z aparatu – bo do tych zaawansowanych technik autor się również odnosi.
Tymczasem to nieprawda, bo nie uwzględnia jednej istotnej zalety umiejętnego użycia flesza – pozwala on kształtować światło. W zasadzie autor jest świadomy tej zalety flesza – ale tę świadomość wyraża w jednym jedynym zdaniu w całej książce, pomijając wynikające z tego zdania konsekwencje. Zdanie to brzmi: „Kolejną zaletą lamp studyjnych jest […] możliwość dowolnego kształtowania strumienia światła” (s.25). No właśnie – flesz pozwala dodać światło tam, gdzie go brakuje, w taki sposób, w jaki chce sprawny fotograf. Lampa może dać światło ostre, ale także miękkie i rozproszone, świecić w linii obiektywu, ale również wprowadzić do sceny brakujące oświetlenie kierunkowe. Andrzej Mroczek z pewnością wie o tym wszystkim, ale... z tym dyskutuje. A konkretnie dyskutuje z Joe'm McNallym. Najpierw jednak przegrywa... sam ze sobą, prezentując dla porównania dwa portrety, w tym jedyne w tej książce wykonane z użyciem lampy (s.22). Ma to wykazać, że zdjęcie wyłącznie w oświetleniu zastanym jest lepsze, ale nie bardzo to widać. Na portrecie bez lampy obaj chłopcy mają twarze w cieniu, podczas gdy zdjęcie z lampą odbitą od sufitu dało ładne, plastyczne oświetlenie skierowanej w górę połowy twarzy leżącego chłopca.
Spór z McNallym
Polski fotograf dyskutuje z amerykańskim specjalistą od lamp błyskowych całkiem wprost, odwołując się w swojej książce zarówno do „Uchwycić moment”, jak i „Z pamiętnika lampy błyskowej”. Jakie padają argumenty? Nieco demagogiczne, jak ten, że fotografie McNally'ego „wykonane zostały z wykorzystaniem kosztownego i ciężkiego wyposażenia” (s.28). Owszem, McNally lubi epatować „drzewkiem zagłady”, ale przecież jedna trzecia „Z pamiętnika...” to część zatytułowania „Jedna lampa” – i mnóstwo przykładów, jak wiele można osiągnąć stosując tylko jeden flesz. Ani to ciężkie, ani specjalnie kosztowne.
Co proponuje polski autor zamiast? Dwie metody: wysokie ISO lub – na wysokokontrastowe sytuacje – bracketing ekspozycji, składany później w HDR-a. I jako dowód wyższości swojej techniki nad użyciem fleszy proponuje ciekawy trójstronny pojedynek: portret przy świecy. Punktem odniesienia jest zdjęcie ze s. 108 „Uchwycić moment”, a trzecią stroną pojedynku jest malarz Godfried Corneliusz i jego obraz „Dziewczyna ze świecą” (do obejrzenia tutaj). Malarz kompresuje kontrast za pomocą farb i pędzla, McNally go wyrównuje fleszem, a polski autor proponuje kilka różnych ekspozycji i łączenie ich w HDR. Zwycięzcą tego pojedynku jest... malarz. Drugie miejsce zajmuje moim zdaniem bezdyskusyjnie NcNally. Dlaczego bezdyskusyjnie? Bo Andrzej Mroczek nie osiągnął celu, który sam sobie wyznaczył – nie pokazał portretu przy świecy. Wykonał serię zdjęć o czasach od 1/500 do 8 sekund i z tego skleił zdjęcie... świecy. Owszem, świeca ładna, ale gdzie jest portret oświetlonej nim osoby? Co więcej, gdzie jest blask od świecy? Widzimy ładnie zarejestrowany płomień, ale nic więcej. 8 sekund naświetlania i mamy tylko płomień? A gdzie oświetlona nim postać? Jak długo trzeba by wówczas naświetlać zdjęcie? Jak wtedy uzyskać brak poruszenia postaci? Na te wszystkie pytania nie otrzymujemy odpowiedzi. A McNally swoją metodą zrobił portret grupie dziewczynek...
Analiza niedługiego w końcu fragmentu może wydawać się przydługa, ale służy ona uświadomieniu poważnej luki w metodzie promowanej przez Andrzeja Mroczka. Jeśli, jak zachęca autor książki, zrezygnujemy z użycia lampy błyskowej, to po prostu tracimy część możliwości fotograficznych, rezygnujemy z uzyskania pewnych kadrów czy atrakcyjnego wyglądu innych zdjęć. I nie zrekompensujemy tego wcale wysokim ISO ani HDR-ami.
Nieporozumienia
Mam do różnych fragmentów książki też nieco zastrzeżeń różnego kalibru. Cześć z nich to z pewnością efekt nieporozumień, niezrozumienia przez autora pewnych kwestii czy nieprecyzyjnego przetłumaczenia informacji obcojęzycznych.
Książka „Zdjęcia cyfrowe w świetle zastanym” jest jedynym znanym mi źródłem, które podaje, że głębia ostrości aparatu pełnoklatkowego jest... większa niż aparatu z matrycą APS-C. Właśnie – większa, a nie mniejsza! I żeby było ciekawiej – autor ma rację... na swój sposób. Bo zakłada, że porównujemy fotografowanie tym samym obiektywem, przy tej samej wartości przysłony, z tego samego miejsca i przy ostrości ustawionej na ten sam dystans. Owszem, wówczas głębia ostrości będzie większa w aparacie pełnoklatkowym, ale kadry będą zupełnie różne. Jest to więc prawda z góralskiego gatunku „tyż prowda” - formalnie zgodna z faktami, tyle że zupełnie nieprzydatna. Gdy zmienimy warunki na bliższe fotograficznej praktyki, czyli z tego samego miejsca, przy tej samej przysłonie i tym samym dystansie do celu chcemy mieć ten sam kąt widzenia (a więc różne ogniskowe – ale ten sam kadr), to oczywiście aparat pełnoklatkowy będzie miał płytszą głębię ostrości.
Do nieporozumień trzeba zaliczyć opinię, że ultrajasne obiektywy na APS-C nie są tak jasne, jak na pełnej klatce (s.94). To efekt niedokładnego przeczytania podanych przez DxO wyników pomiarów, z których wynika, że różne aparaty mają różnej wielkości straty światła z obiektywami f/1.4, ale nie ma jednoznacznej zależności między rozmiarem matrycy a tą stratą.
Nie jest prawdą to, co autor pisze na temat regulacji balansu bieli plików RAW: „Wszystkie te zmiany – matematyczne przeliczenia plików – powodują pewne uproszczenia, a więc i straty szczegółów obrazu. Można się tym nie przejmować, ale nie można tego kwestionować” (s.82). Przeliczanie następuje w tak dużej teoretycznej przestrzeni barw, że żadnych strat ani uproszczeń nie ma. Skoro jesteśmy przy balansie bieli: zalecenie, aby dla plików JPEG zawsze korzystać z automatycznego balansu bieli AWB (s.72) jest wręcz szkodliwe.
Zostawiam na boku różne pomyłki nie wpływające na wartość informacyjną książki – choć autor powinien się liczyć, że i te niezgodności będą mu wypominane. Na przykład nieprawdą jest, że pomiar skupiony został w przez Canona wprowadzony dopiero w modelach EOS 550D i 7D.
Irytujące drobiazgi
Marudzenie skończę na rzeczach drobnych, ale jednak irytujących. Pierwszą z takich drażniących cech książki jest jej podtytuł. Dlaczego „available light” a nie po prostu „światło zastane”? Nie mam pojęcia, a o pretensjonalność i uleganie modzie na anglicyzmy naprawdę autora nie podejrzewam. Gdyby to jeszcze było uzasadnione dwuznacznością anglojęzycznego terminu, jak w anegdocie u McNally'ego, gdzie fotograf zapytany, dlaczego mówi, że jest zwolennikiem światła zastanego, a znany jest z użycia flesza, odpowiada: „Any f..ing light that is available!” (czyli, w wolnym tłumaczeniu: „każde cholerne światło, które jest pod ręką”). Ale nie. W książce światło zastane to światło zastane – żadnych fleszy, lamp studyjnych, żadnego oświetlenia, które fotograf mógłby ustawić, zmodyfikować itp., a więc żadnych dwuznaczności terminologicznych.
Nie rozumiem też, co oznacza podawanie przy EXIF-ach zdjęć konsekwentnie AdobeRGB jako przestrzeni koloru, zwłaszcza że zawsze obok widnieje informacja, że zdjęcie zostało zapisane w RAW-ie. RAW nie ma przestrzeni AdobeRGB ani w ogóle nie ma żadnej przypisanej przestrzeni barw. To, co oglądamy w książce, to z całą pewnością nie AdobeRGB, tylko CMYK. Czy autor wywoływał zdjęcia do przestrzeni AdobeRGB albo je później w tej przestrzeni edytował? Możliwe. Tylko jakie to ma znaczenie dla każdego zaprezentowanego zdjęcia?
Przy całej fascynacji HDR-ami, autor nad nimi nie do końca panuje. Efekty sklejania ekspozycji przeważnie nie wyglądają tutaj naturalnie i to też działa przeciwko książce: promowanie tej metody nie jest tak przekonujące. Mam wrażenie, że Andrzej Mroczek zauważa ten problem. Stąd np. podpis do zdjęcia na s. 145: „Wiele zdjęć przetworzonych w programach HDR daje obrazy wywołujące ból zębów”. Trudno się nie zgodzić.
Łyżka miodu
Poza tymi usterkami książka zawiera mnóstwo przydatnych wiadomości. Wiem, że po długim punktowaniu błędów i usterek ta pochwała brzmi mało wiarygodnie, ale Andrzej Mroczek ma ogromną wiedzę fotograficzną. Wiedza ta pochodzi z czasów analogowych i jeśli tylko tematyka nie dotyczy technologii cyfrowych lub komputerowej obróbki, to możemy autorowi wierzyć. A takich uniwersalnych, pozatechnologicznych tematów jest w książce większość: kompozycja, fotografowanie architektury, dzieci przed obiektywem.
Mnie szczególnie przypadły do gustu dwa rozdziały: pyszna historia prawdziwych narodzin fotografowania przy świetle zastanym oraz rozdział o panoramach. Ten ostatni ilustrowany jest (brawa dla wydawcy!) rozwijanymi wkładkami, pozwalającymi obejrzeć niektóre z panoram na długości prawie metra!
Mam nadzieję, że następną książkę mój ulubiony polski autor będzie pisał nieco dłużej i nieco dokładniej, abym mógł ją z czystym sumieniem polecić – tak, jak polecałem poprzednie książki Andrzeja Mroczka.
Digital Foto Video Piotr Dębek